Lew w salonieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Niektóre z dzieci Kiwi mają piękne, srebrne umaszczenie, co czyniłoby je szczególnie łatwymi w adopcji, gdyby nie uniemożliwiał tego ich temperament. „Tamten nazywa się Snow Witch, Śnieżna Wiedźma” – mówi Roelke, wskazując na najgorszą ze złoczyńców. Jako kociak była tak śliczna, że jeden z pracowników laboratorium nieopatrznie zgodził się wziąć ją do siebie. Podczas pierwszej nocy pobytu w nowym domu zerwała wentylator z sufitu w łazience, po czym wróciła do piwnicy Roelke-Parker.

Na drugim krańcu skali jest Poppy. Łączono ją z tymi samymi partnerami co Kiwi, z jakiegoś powodu jednak jej kocięta zwykle są przyjazne i stają się bardziej przytulaste z każdym kolejnym pokoleniem. Poznajemy kilka z nich: Pistachio, Pecan i Pyro. „Czasem zdarzają takie słodkie przylepki, które chcą siąść mi na ramieniu” – mówi Roelke-Parker.

Jakby na jakiś niewidzialny znak rozlega się płaczliwe miauczenie i ku mojemu zaskoczeniu rdzawobrązowy kot imieniem Cyprus, należący do rodu Poppy, wyskakuje z klatki otwartej przez Roelke – nie widziałam, żeby którykolwiek inny cieszył się takimi przywilejami. Przy pralce zjada swoją prywatną puszkę jedzenia i otrzymuje mnóstwo dodatkowych pieszczot, w tym buziaków, od swojej pani, którą wydaje się uwielbiać, ciągle szukając z nią kontaktu wzrokowego. Wcale nie zdziwiłoby mnie, gdyby ten kot ostatecznie wymiauczał sobie przeniesienie z piwnicy do salonu na górze: choć sypia z resztą kolonii, Cyprus jest, praktycznie rzecz biorąc, zwierzątkiem domowym. Co jednak sprawia, że jest tak wyjątkowy?

Jak się okazuje, nie jestem pierwszą odwiedzającą zainteresowaną piwnicami Roelke-Parker. Niedawno gościła u siebie naukowców prowadzących najsłynniejsze badanie nad udomowieniem, jakie kiedykolwiek podjęto: wciąż trwający rosyjski eksperyment na fermie lisów. Ponad pięćdziesiąt lat temu syberyjscy badacze postanowili krzyżować srebrne lisy[19], lecz zamiast dobierać je pod względem jakości futra, rozmiaru ciała czy innych standardowych cech fizycznych, które mogłyby być pożądane w hodowli zwierząt futerkowych, skupili się wyłącznie na ich usposobieniu. Rezultaty przeszły wszelkie wyobrażenia: już po kilku pokoleniach krzyżowania najbardziej przyjaźnie nastawionych zwierząt niegdyś powarkujące srebrne lisy – gatunek ten nigdy nie był udomowiony – lizały swoich opiekunów jak psy. Dziś sprzedaje się je jako zwierzątka domowe.

Rosjanie chcieli dowiedzieć się czegoś więcej o sympatycznej Poppy i złośliwej Kiwi oraz ich rodzinach. Naukowcy mają nadzieję, że pewnego dnia uda się zidentyfikować geny kształtujące tego rodzaju różnice w temperamencie, mogące leżeć u podstaw owianego tajemnicą procesu domestykacji.

Mimo wszystko jednak piwnice Roelke-Parker są środowiskiem wysoce sztucznym, w którym człowiek odgrywa rolę nadzorcy. Prawdziwa historia udomowienia kota – podczas której zachodzą, przede wszystkim, kluczowe zmiany w kociej osobowości – jest nęcącym odpowiednikiem sławetnego doświadczenia z lisami dziejącym się w prawdziwym świecie. W naturze i w ciągu naszej wspólnej drogi przemiany dokonujące się w charakterze kotów zachodziły głównie wśród zwierząt pozostawionych samym sobie, plądrującym nasze osady i parzącym się w nich z rosnącym animuszem. To nie ludzkość dzierżyła stery.

Przemiana osobowości srebrnych lisów zajęła zaledwie kilka dziesięcioleci, zaś udomowienie większości powszechnie występujących gatunków zagrodowych – i to pomimo faktu, że stawiający pierwsze kroki pasterze sprzed dziesięciu tysięcy lat wiedzieli znacznie mniej niż współcześni rosyjscy naukowcy – nie trwało dłużej niż kilkaset lat. W przeciwieństwie do nich koty domowe nawet dziś nie są prawdopodobnie do końca udomowione. Kiedy badacze z Uniwersytetu Waszyngtona w St. Louis porównali niedawno genomy kota domowego i jego dzikiego krewnego, kota nubijskiego, liczba różnic genetycznych, jakie udało im się odnaleźć, nie była porażająca, szczególnie na tle zmian, które przeszły psy. „Liczba regionów genomicznych wykazujących silne oznaki selekcji, które pojawiły się od czasu domestykacji kota – piszą autorzy – wydaje się skromna”[20].

Budowa ciała współczesnego kota domowego pozwala wyciągnąć podobne wnioski. U większości udomowionych zwierząt można dopatrzyć się wspólnego zestawu osobliwych wyróżników fizycznych, na który składają się między innymi łaciate umaszczenie, niewielkie zęby, młodzieńczy wygląd pyska, opadające uszy i zakręcony ogon. Naukowcy nazywają ten nie do końca zrozumiały wachlarz cech „syndromem udomowienia” (ang. domestication syndrome). Darwina, który opisał go jako pierwszy[21], dziwiły szczególnie obwisłe uszy, tak powszechne u domowych psów, świń, kóz i królików, a przy tym, jeśli nie liczyć słoni, niemal całkowicie nieobecne w królestwie dzikich zwierząt. W miarę jak stawały się coraz przyjaźniejsze, rosyjskim lisom nagle zaczęły charakterystycznie kłapać uszy, zaś na ich sierści pojawiły się białe plamy, upodabniające je bardzo do owczarków collie. (Nawet łuski hodowlanych karpi bywają nakrapiane na biało). Przyczyna powstania tego specyficznego, nieco głupkowatego „wyglądu” udomowionych zwierząt była jedną z największych zagadek biologii ewolucyjnej.

Co zabawne, koty domowe naprawdę tak nie wyglądają. Nie mają opadających uszu. Nie kręcą im się ogony. Ich zęby nie są mniejsze w porównaniu do zębów ich dzikich odpowiedników, a ich pyski – a właściwie w ogóle większość ich ciała – nie noszą cech niedojrzałości. W istocie są niemal identyczne z dorosłym dzikim kotem nubijskim.

Owszem, występują u nich anomalie związane z rozłożeniem pigmentu: miewają białe brzuchy, strzałki na czole i inne nietypowe ubarwienia, ale wydaje się, że tego typu ozdobniki są stosunkowo nowym nabytkiem[22]. Dowody wskazują, że zróżnicowanie umaszczenia kota domowego to kwestia zaledwie kilku ostatnich tysiącleci – przedtem najwyraźniej występowały tylko w jednym kolorze. Na płaskorzeźbach nagrobnych starożytnego Egiptu na przykład nie pojawiają się koty dwukolorowe – choć już wtedy towarzyszyły człowiekowi od tysięcy lat, wszystkie przypominają dzikiego kota nubijskiego: są brązowe i pręgowane. Według Driscolla pierwsze wzmianki o zmianie maści pojawiają się dopiero w pismach medycznych pochodzących z roku 600.

Poza obnoszeniem się z nowym ubarwieniem współczesne koty domowe wpasowują się w domestykacyjny wzorzec na kilka innych sposobów. Cykle reprodukcyjne niektórych z nich na przykład są częstsze niż u dzikich kuzynów[23], co powoduje, że mogą wydawać na świat potomstwo przez cały rok, jeszcze pełniej korzystając z rozrodczej bonanzy, jaką umożliwia udomowienie. W dodatku w ich budowie ciała można dostrzec najbardziej charakterystyczną i fundamentalną cechę związaną z udomowieniem[24]: mózg kota domowego jest o jedną trzecią mniejszy niż mózg kota nubijskiego.

Początkowo statystyki te przywiodły mi na myśl co bardziej nierozgarnięte z moich własnych kotów, niemniej jednak zmniejszenie mózgu jest standardową właściwością udomowionych zwierząt, od indyków po lamy. Nie oznacza to, że stworzenia te są głupie: chodzi raczej o przystosowanie się do życia w naszych osadach. Zwykle redukcji ulegają obszary położone w przodomózgowiu, między innymi ciało migdałowate i inne części systemu układu limbicznego, sprawujące kontrolę nad postrzeganiem i strachem. Przytępiona reakcja „walcz lub uciekaj” pozwala zwierzęciu lepiej radzić sobie ze stresem – sednem domowego życia. W dużej mierze dzięki obniżonemu poziomowi lęku koty domowe są śmiałe i – o ile miały wystarczająco dużo kontaktu z człowiekiem w ciągu pierwszych dwóch miesięcy życia – potrafią wykazać uległe czy wręcz jawnie przyjazne zachowania (ocieranie się o kostki, lizanie po twarzy), tak dziś cenione przez ich właścicieli.

Ponieważ jednak w rzeczywistości człowiek nie kierował tym procesem[25], zmniejszanie się mózgu kota trwało wieki. Badanie egipskich mumii kotów sprzed zaledwie kilku tysięcy lat pokazało, że ówcześnie zwierzęta te wciąż miały mózgi równie duże jak ich dzicy krewni.

Obecnie naukowcy podejrzewają[26], że syndrom udomowienia może mieć związek z niedoborem embrionalnych komórek macierzystych zwanych komórkami grzebienia nerwowego, które biorą udział w ustalaniu wielkości przodomózgowia danego zwierzęcia. Co ciekawe, w czasie rozwoju płodu komórki grzebienia nerwowego wędrują po całym ciele, wpływając przy tym na cały szereg innych parametrów, takich jak kształt czaszki, ukształtowanie się tkanki chrzęstnej czy kolor sierści. Być może ludzie – obdarzając względami bardziej potulne osobniki z mniejszym przodomózgowiem i przytłumioną reakcją na strach, należące do różnych gatunków, od krów po karpie – nieświadomie dobierali zwierzęta pod względem ograniczonej liczby komórek grzebienia nerwowego i niezliczonych związanych z tym konsekwencji, w tym dziwnego ubarwienia, kłapiących uszu i zakręconego ogona.

Fakt, że u kotów domowych można dostrzec niektóre, ale nie wszystkie fundamentalne cechy syndromu domestykacji, może oznaczać, że komórki ich grzebienia nerwowego wciąż jeszcze nie zostały dostatecznie osłabione i przed nimi wciąż długa droga do udomowienia. Kiedy genetycy z Uniwersytetu Waszyngtona porównali niedawno genomy kota domowego i nubijskiego, faktycznie odkryli, że geny związane z tymi komórkami są jednymi z niewielu, które uległy zmianie[27]. Niewykluczone, że pewnego dnia zobaczymy koty z oklapniętymi uszami i świńskim ogonkiem, ale niestety nie stanie się to w najbliższym czasie.

Istnieje tylko kilka innych mierzalnych różnic między kotem domowym a jego dzikimi krewnymi. Nasi ulubieńcy mają odrobinę krótsze nogi[28]. Ich miauknięcia brzmią trochę słodziej[29]. Nieco zmienili także swoje przyzwyczajenia dotyczące życia społecznego[30]: wiele z kotów domowych wciąż najchętniej żyje w pojedynkę, ale w odróżnieniu od kota nubijskiego potrafią także tworzyć rodzinne kolonie podobne do stad lwów. Są w stanie tolerować w swoim otoczeniu niespokrewnione z nimi osobniki (choć często w mniejszym stopniu, niżby sobie życzyli ich właściciele), a czasem nawet wydają się czerpać radość z ich towarzystwa: syjam i kot burmski moich rodziców uwielbiały tulić się do siebie, tworząc futrzaste yin i yang.

 

Nie powinno być też zaskoczeniem, że wydłużeniu uległy ich jelita[31] – co pozwoliło tym hipermięsożercom korzystać z bardziej urozmaiconych, ale trudniejszych do strawienia źródeł białka dostępnych w ludzkich osiedlach.


Po tym więc, jak pierwsze nieustraszone kotowate naruszyły granice naszych społeczności, potomkowie pewnych dzikich kotów bardzo, bardzo powoli – znacznie wolniej, niż gdybyśmy to my sterowali tym procesem – stawali się w nich coraz częstszymi i jeszcze śmielszymi gośćmi. Przez kolejne stulecia zmniejszał się ich mózg (żeby były w stanie znieść życie w naszym towarzystwie) i wydłużały jelita (żeby mogły pełniej korzystać z menu naszych mięsnych odpadków). Gdzieś po drodze dorobiły się uroczych białych plamek.

To był niezwykły ruch z ich strony: dokonując jedynie kilku kosmetycznych poprawek, koty – gatunek z tak wielu względów nienadający się do udomowienia – mogły czerpać korzyści płynące ze sprzymierzenia się z ludźmi. Dziś idące z tym w parze względy dotyczą nie tylko uprzywilejowanych domowych pupili, z którymi dzielimy się łóżkiem i dobrze zaopatrzoną spiżarnią, ale także żyjących w zaułkach, na pustkowiach i w innych nieciekawych miejscach dachowców, które – choć mogły w życiu nie poczuć dotyku dłoni człowieka – prosperują dzięki temu, że ich odległy przodek postanowił niegdyś ukradkiem się do nas zbliżyć.

Nie licząc jednak tych drobnych zmian, koty domowe niemal nie ruszyły wąsem, żeby zadowolić ludzkość – ani wtedy, ani już z pewnością nie teraz.

Co znowu nasuwa pytanie: dlaczego pozwoliliśmy im zostać?


ROZDZIAŁ 3

Gdzie jest haczyk?

Jedną z największych tajemnic kotów domowych jest to, co robią ze swoim czasem. Nawet najbardziej rozpieszczony pies zwykle realizuje jakąś wersję swoich pradawnych obowiązków: obszczekuje obcych, aportuje, towarzyszy swojemu właścicielowi, na próżno wypatrując okazji do polowania, pilnowania stad czy innych możliwości przysłużenia się panu. Życie Cheetoha z kolei to niekończące się wygrzewanie w słońcu, przerywane jedynie gorączkowym pędem do miski tuż przed tym, jak automatyczny czasowy podajnik suchej karmy ma wyrzucić z siebie chrupiącą wypłatę. Jedzenie i odpoczynek – plus kilka przyjętych z łaską zabawek i okazjonalna przechadzka po podwórku za domem – to cała jego praca. Stwierdzenie, że zwierzę to ostatnio niewiele dla mnie zrobiło, to wręcz śmieszne niedopowiedzenie.

Być może Cheetoh jest po prostu szczególnie niemrawym przedstawicielem swojego gatunku. A może koty jako takie nie były nigdy niczym więcej niż puszystą ozdobą, czymś w rodzaju żyjącego dobra luksusowego. Ale przecież to takie zagadkowe stworzenia: musiałam coś przeoczyć. Koniec końców, są z nami od tysiącleci. Kiedy już wślizgnęły się między nas, musiały sobie znaleźć jakiś wyższy cel albo przynajmniej określoną funkcję, która wyjaśniałaby, dlaczego je tolerujemy.

Pewnego wrześniowego poranka wybrałam się do nowojorskiego Jacob Javits Center na Meet the Breeds, doroczny festiwal zwierząt domowych, organizowany wspólnie przez American Kennel Club i International Cat Association. Wydarzenie to reklamowane jest jako okazja do zapoznania się z różnymi rasami domowych pupili („Czy Dandie Dinmont terier będzie dla mnie odpowiedni? Czym różni się angora turecka od tureckiego vana?”). Jest ono jednak także wprowadzeniem do podstawowych różnic między psami a kotami: jego program doskonale odzwierciedla talenty i zadania każdego z naszych zwierzęcych towarzyszy.

Sektor psów to strefa ciągłej ożywionej aktywności. Psy policyjne wykonują niemal wojskowe manewry, psy patrolowe straży celnej szukają narkotyków w walizkach, psy szkolone przez organizacje pomagające niepełnosprawnym prowadzą wózki. Atka, niesamowity amerykański pies eskimoski, prezentuje swoje sztuczki, a owczarki szetlandzkie tańczą conga.

W międzyczasie w drugim sektorze koty nie robią prawie nic: mruczą i wystrojone gapią się w przestrzeń. Z twarzą pokerzysty pozwalają, by mistrz ceremonii podnosił je nad głowę, żeby pokazać wszystkim, jakie są słodkie, jednocześnie w teleturniejowym stylu zadając pytania o ciekawostki dotyczące kotów albo poruszając jakieś bardziej kontrowersyjne kwestie, na przykład rzucając: „Jakiego koloru jest mój kot?” (na tę gorącą publiczną debatę przewidziano w programie show przynajmniej pół godziny). Kiedy tłum ich ludzkich wielbicieli śpiewa piosenkę lwa z musicalu Czarnoksiężnik z krainy Oz, koty pozostają nieme.

Gdy się nad tym zastanowić, trudno wskazać, jak koty przysługują się społeczeństwu: nie wykrywają min lądowych, nie ratują tonących i nie prowadzą niewidomych. Dlaczego więc po ziemi krąży o wiele więcej kotów niż psów? Dlaczego w amerykańskich gospodarstwach domowych jest ich o około dwanaście milionów więcej?[1]

Jest oczywiste, czemu zabiegaliśmy o psie towarzystwo. Historia psa jest inna niż wszystkie: wygląda na to, że zaczęliśmy zadawać się z nimi tysiące – może nawet dziesięć czy piętnaście tysięcy – lat wcześniej, zanim udomowiliśmy jakiekolwiek inne zwierzęta. Byliśmy wtedy jeszcze łowcami-zbieraczami, a nasi „Pierwsi Przyjaciele”, jak nazywa je Rudyard Kipling, zmienili nasze życie w takim samym stopniu, w jakim my zmieniliśmy ich. Niemal od samego początku wyszczekiwały ostrzeżenia, ciągnęły zapasy, brały udział w polowaniach[2]. Kiedy przechodziliśmy na rolnictwo, posłusznie ewoluowały razem z naszym trybem życia. Podczas gdy koty całymi tysiącleciami wprowadzały niewielkie, ledwie zauważalne zmiany w opornej kociej budowie ciała, psy – pod naszym kierownictwem – poszły na całość[3], rozwijając niekończący się wachlarz typów budowy i charakteru, przykrojonych tak, by jak najlepiej sprostać nieprzebranej gamie zlecanych im ludzkich przedsięwzięć. Historia ras myśliwskich podobnych do charta sięga starożytnego Egiptu[4]. Rzymianie prawdopodobnie korzystali z usług psów przewodników[5], psów pasterskich[6], psów wojennych w typie mastifa[7], a także maleńkich piesków salonowych[8], chowanych w rękawach szat nobliwych dam (w późniejszych epokach psy takie najwyraźniej spełniały funkcję termoforów). Lista dawnych nazw ras z czasów dynastii Tudorów[9] – złodziej, wystawiacz, znalazca, pocieszyciel, obracacz rożna, tancerz – odzwierciedla niezliczone funkcje, jakie miały pełnić psy.

Ostatnio zaczęliśmy też ubierać je w kevlarowe kamizelki[10] i zrzucać na spadochronach na tereny działań wojennych. Psy pocieszają ofiary masowych strzelanin[11], pomagają schwytać Osamę bin Ladena[12], lokalizują odchody rzadkich zwierząt na potrzeby badań naukowych[13], odkrywają groby zaginionych żołnierzy z czasów wojny secesyjnej[14] i wspierają dzieci z trudnościami w uczeniu się. „Psy potrafią wykrywać guzy w początkowej fazie rozwoju i rozróżniają typy i stopień zaawansowania wielu nowotworów, czasem po prostu po zapachu oddechu właściciela – pisze David Grimm w Citizen Canine (Obywatel pies), swojej książce dotyczącej ruchu broniącego praw zwierząt. – Umieją także wywąchać niebezpieczne bakterie E. coli w publicznej sieci wodociągowej i »superbakterie« na szpitalnych oddziałach”[15].

A koty? „Kocie mruczenie – twierdzi Grimm – może dodatnio wpłynąć na gęstość kości i zapobiegać utracie masy mięśniowej, co jest problemem szczególnie dla astronautów. Póki co jednak nikt nie postulował wysyłania kotów w kosmos”[16]. Twierdzi, że dowody przemawiające za tym potencjalnym zastosowaniem są „anegdotyczne”.

Zauroczona pojęciem kosmicznej terapii mruczeniem, stworzyłam folder „Pożytek z kotów”, wyszczególniając w nim najbardziej owocne próby znalezienia praktycznego zastosowania dla tych zwierząt. Indonezyjczycy defilowali z kotami wokół swoich pól, żeby sprowadzić deszcz[17]. Od XVII wieku wśród Japończyków panuje zgoda, że jeśli chodzi o pokrycie shamisenu, rodzaju kwadratowej lutni, żaden materiał (w tym najnowocześniejsze z tworzyw sztucznych) nie może się równać z kocią skórką[18]. Chińczycy używali rozszerzających się kocich źrenic do oszacowywania pory dnia – zachwycony tym „chińskim wynalazkiem” francuski misjonarz Père Évariste Huc opisywał go z „pewnym wahaniem [...] gdyż bez wątpienia może on zaszkodzić interesom branży zegarmistrzowskiej”[19].

Bez kotów nie mogły się także obyć niektóre europejskie narzędzia tortur[20]. Średniowiecznych morderców palono czasem w worku z dwunastoma kotami, co miało zmaksymalizować cierpienie. Podczas kary zwanej „przeciąganiem kota” zwierzę wleczono za ogon wzdłuż całego ciała przestępcy.

W dzisiejszym świecie zaawansowanych technologii kocia sierść przyczepiająca się do tak wielu z nas przynajmniej raz okazała się obciążającym dowodem DNA w procesie o morderstwo[21]; z drugiej strony zdarzało się, że więźniowie wykorzystywali koty do szmuglowania narkotyków[22]. Oprócz spełniania się w dość makabrycznej roli królików doświadczalnych w badaniach nad ludzkim pęcherzem i aparatami słuchowymi, koty służyły jako kluczowe indykatory ciguatery[23], rzadkiej choroby tropikalnej: kiedy ryby żyjące wokół raf koralowych zjedzą pewne algi, ich mięso może stać się trujące, więc ludzie najpierw testowali próbki z połowu dnia przez podanie ich do spróbowania ultrawyczulonemu kotu. W niektórych zakątkach globu wciąż je się same koty[24], choć podobno nie są one zbyt smaczne, zaś futra z kota noszone są rzadko[25], mimo że wzrasta liczba hipsterów zbierających kocią sierść na coraz modniejsze robótki z kociego filcu[26].

Od czasu do czasu co bardziej pomysłowi dowódcy pragnęli stworzyć „koty wojenne” (w szesnastowiecznym niemieckojęzycznym podręczniku działań artyleryjskich możemy podziwiać szczególnie barwne przedstawienia machin oblężniczych z wykorzystaniem płonących kotów[27]), ale niewielu udało się zrealizować tę wizję. W latach sześćdziesiątych XX wieku CIA rzeczywiście prowadziła operację pod kryptonimem „Akustyczny kotek”[28], w którym koci szpiedzy, wyposażeni w mikrofony, radioprzekaźniki i anteny, mieli prowadzić podsłuch. Projekt został jednak wstrzymany w połowie swojej dziewiczej misji, ponieważ pierwszy kot zwiadowczy skradał się tak umiejętnie, że taksówkarz nie zauważył go na czas i nie zdążył skręcić.

W całej tej litanii kocich zadań tylko jedno traktowane jest jako oczywiste czy nawet doniosłe: koty mają zabijać dla nas myszy i szczury. Niektórzy twierdzą, że to nawet lepsze niż złapanie terrorysty. „W ciszy, w sekrecie, często pod osłoną nocy, pradawna bitwa między kotem a gryzoniem, największym naturalnym wrogiem ludzkości, trwa przez wieki – pisze Donald Engels w Classical Cats: The Rise and Fall of the Sacred Cat (Klasyczne koty. Wzlot i upadek świętego kota). – Udomowione koty stanowiły bastion obrony zachodnich społeczeństw [...] obecność kota w stodole przez całe tysiąclecia oddzielała wiele rodzin od śmierci z głodu”[29].

Tego rodzaju tępienie szkodników wydaje się jedyną prawdopodobną usługą, jaką koty mogły wyświadczać w zamian za swój uprzywilejowany status. Gryzonie, a zwłaszcza przenoszone przez nie choroby, nadal stanowią ogólnoświatowy problem. Jest jakaś przyjemna symetria w sugestii, że koty – wyniesione na szczyt w wyniku tej samej rolniczej rewolucji, która przyniosła zagładę ich dzikim kuzynom – miałyby stać się oddanymi strażnikami stodół i silosów, nie mówiąc już o ludzkim systemie odpornościowym.

Ale czy to prawda? Czy koty rzeczywiście utrzymują szkodniki na dystans? Czy kiedykolwiek to robiły? Postanowiłam zapytać o to eksperta od szczurów.


O badaniach nad „interakcjami kot–szczur” po raz pierwszy usłyszałam, kiedy włóczyłam się po cuchnących ciemnych zaułkach Baltimore[30] – pisałam wtedy o projekcie Rodent Ecology, firmowanym przez School of Public Health Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa. Przedmiotem tego prowadzonego od pięćdziesięciu lat badania są szczury wędrowne (zwane po angielsku także norweskimi, brązowymi, kanałowymi czy nadbrzeżnymi): najważniejszy inwazyjny gatunek szczurów w Ameryce i dużej części świata, paskudne stworzenia roznoszące dżumę, hantawirusy, leptospirozy oraz wiele innych ciężkich chorób o trudnych do wymówienia nazwach. Na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku ambitny młody doktorant z Hopkinsa zadał pytanie, które nasunęło się niewielu przed nim: w jaki sposób spora populacja bezpańskich kotów Baltimore wpływa na żyjące w mieście szczury?

 

Pewnego zimowego dnia spotykam się z owym doktorantem, dziś kierownikiem grupy badawczej w School of Public Health Uniwersytetu Yale, w jego mieszkaniu w New Haven w stanie Connecticut. Jamie Childs siedzi na tapczanie w lamparcie cętki, śnieg pada na świetliki nad jego głową. Od czasów studiów w Baltimore jego badania epidemiologiczne zaprowadziły go na krańce świata: apartament pełen jest ssaczych – w tym ludzkich – czaszek.

Kiedy rozmowa schodzi na temat jego dawnej pracy nad kotami i szczurami, Childs znika na moment i wraca z czymś, co wygląda jak oprawiona na czarno książka telefoniczna: to oryginał jego pracy doktorskiej. Otwiera ją na części ze zdjęciami[31].

Są czarno-białe. Być może dlatego, że zostały zrobione w nocy, jest w nich coś z ukradkowej, zakazanej schadzki – i w pewnym sensie to właśnie ją dokumentują. Widać na nich koty i szczury spędzające razem czas w mroku. Na jednym z ujęć „bastion obrony zachodnich społeczeństw” wyraźnie ignoruje „największego naturalnego wroga ludzkości”, przemykając zaledwie kilka centymetrów od niego. Kociaki i dorosłe szczury stoją tak blisko siebie, że mogłyby się dotknąć.

Według Childsa tego typu szokujące scenki rodzajowe w żadnym razie nie były wyjątkowe. Rzadko zdarzało się, by obydwa gatunki się choć poturbowały. „Nigdy nie widziałem, żeby kot zabił szczura. W tym środowisku po prostu nie są naturalnymi wrogami. Korzystają ze wspólnych zasobów”, tak obfitych, że nie ma potrzeby o nie walczyć. Zasobami tymi są śmieci.

Childs odkrył, że w Baltimore koty faktycznie nawiedzają miejsca spotkań szczurów – czego moglibyśmy oczekiwać od zwierzęcia z poświęceniem stojącego na straży naszej cywilizacji – ale w rzeczywistości czają się w ich pobliżu, ponieważ tam, gdzie są szczury, jest też najwięcej odpadków. „To, co nadaje się do jedzenia dla szczura, nadaje się i dla kota” – mówi Childs. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę współczesne służby sanitarne w akcji, wciąż zostaje do podziału mnóstwo resztek. Przez trzy lata pracy Childs natknął się – znajdując szczątki – jedynie na kilka przypadków kotów jedzących szczury, w dodatku wyłącznie niewielkie, młodociane osobniki.

Być może przeczesywanie śmietników przez koty nie powinno być aż takim zaskoczeniem. To właśnie śmieci najprawdopodobniej przywabiły je do Hallan Çemi i innych wczesnych osiedli ludzkich. Lisy, ich prehistoryczne sobowtóry, nawet dziś zależą od odpadków: w jednym z eksperymentów wykazano, że w miejscach, gdzie śmieci są szybko usuwane, liczebność ich populacji gwałtownie spada, podczas gdy tam, gdzie zostawia się resztki, żeby zgniły, lisy prosperują[32]. Po cóż jakiekolwiek zwierzę miałoby tracić energię i narazić się na ryzyko obrażeń, żeby schwytać gryzonia, kiedy wokół jest dostępnych tyle znacznie łatwiejszych do zdobycia odpadków?

Żeby było jasne: koty domowe są wspaniałymi myśliwymi i oczywiście zabijają gryzonie, czasem dla zaspokojenia głodu, a czasem dla zabawy, tak samo zresztą jak zabijają inne małe zwierzęta. Przeciętny właściciel kota może zaświadczyć, że zdarza mu się znaleźć na dywanie pozbawioną głowy mysz, a czasem sam zapach kota wystarczy, by szkodniki trzymały się z daleka. Sama miałam kiedyś dwukolorowego kota o imieniu Sylvester, któremu torturowanie myszy wydawało się sprawiać niemal perwersyjną przyjemność: w nocy kuliłam się pod kołdrą, obudzona jego mruczeniem i potwornym popiskiwaniem w kuchni, nie mogąc się zdecydować, czy powinnam uratować biedną ofiarę właśnie okaleczaną trzaśnięciami o linoleum, czy pozwolić mojemu sadystycznemu mysiemu mordercy dokończyć robotę, co mogło zająć kolejnych dziesięć lub więcej minut.

Koty niemal na pewno jadały jakieś gryzonie w Hallan Çemi i w podobnych do niej wczesnych osadach; analiza izotopowa liczących sobie cztery tysiące lat szczątków kota ze środkowych Chin wykazała obecność prosa[33], co może oznaczać, że koty jadły wtedy myszy żywiące się ziarnem (choć jest również możliwe, że koty, z wydłużonymi już jelitami, same próbowały kaszy). Dzisiejsze szczury wędrowne to dość onieśmielające stworzenia, znacznie większe niż choćby szczury śniade, panujące w średniowiecznej Europie, które mogły być łatwiejszą do upolowania ofiarą. Jeszcze w XX wieku deratyzatorzy wypożyczali koty jako narzędzia zwalczania szkodników[34].

Pytanie jednak nie brzmi, czy koty jadły gryzonie – chodzi o to, czy zjadały ich na tyle dużo, by miało to znaczenie dla ludzkiej cywilizacji.

Poza wciąż trwającym projektem z Baltimore opublikowano tylko kilka badań zajmujących się kwestią efektywności kotów jako strażników naszych spiżarni[35]. W jednym z nich, pochodzącym z 1916 roku, Stanowa Izba Rolnicza stanu Massachusetts po serii ankiet przeprowadzonych w gospodarstwach stwierdziła, że wiele doglądanych przez koty farm boryka się z wielką liczbą szczurów oraz że zaledwie jedna trzecia kotów aktywnie poluje na gryzonie. W 1940 roku brytyjski naukowiec obarczony odpowiedzialnością za ochronę zapasów żywności gromadzonych na rzecz wysiłku wojennego obserwował kilka gospodarstw w Oxfordshire i odkrył, że koty faktycznie są w stanie odstraszyć szczury od zagnieżdżenia się w budynku – jednak wyłącznie wówczas, gdy najpierw wytruje się obecnie zamieszkującą go populację. W dodatku aby powstrzymać koty przed wyruszeniem na poszukiwanie lepszych terenów łowieckich, każdemu trzeba było dostarczyć szklankę mleka dziennie (to tyle, jeśli chodzi o zabezpieczenie racji wojennych). W przeprowadzonym niedawno w Kalifornii badaniu[36] zaś ustalono, że koty grasujące w miejskich parkach wolą polować na rodzime gatunki, takie jak nornice, niż zajmować się inwazyjnymi szkodnikami w rodzaju myszy domowej.

W tej samej pracy stwierdzono, że populacje miejskich kotów w rzeczywistości wiążą się ze zwiększeniem liczby myszy, które – jak podkreślają autorzy artykułu – mogły współewoluować z kotami, ucząc się, jak je przechytrzyć. Ten istotny punkt okazuje się pomocny w odróżnieniu świetnie prosperujących gatunków inwazyjnych, takich jak uliczne szczury czy myszy domowe, od znacznie delikatniejszych dzikich gryzoni, którym (jak wielu innym endemicznym stworzeniom, o czym przekonamy się w kolejnym rozdziale) koty domowe stale zagrażają. Choć ci wszechobecni gryzoniowaci najeźdźcy sami w sobie nie są udomowieni, stanowią kolejną grupę futrzastych sępów, które dostosowały swoją biologię do naszego trybu życia. Naukowcy nazywają tego typu czepliwe istoty „komensalami” (jednym z komensalnych przystosowań do życia w mieście jest na przykład podkręcony, całoroczny cykl rozrodczy, który skutkuje oszałamiającą liczbą gryzoni[37]).

Jeśli chodzi o zwalczanie szkodników, nie jest więc tak, że koty domowe są w tym aż tak nieudolne – to raczej szczury i myszy są tak uderzająco odporne. Czy jednak, nawet jeśli koty nie są w stanie całkowicie zdławić populacji szczurów, mogłyby ochronić nas przed rozprzestrzenianymi przez nie chorobami, pozbywając się jednego czy dwóch z naszego domostwa? Niestety odkryty przez Childsa fakt, że koty zabijają jedynie młode szczury wędrowne, ma daleko idące konsekwencje epidemiologiczne: mizerne młode nie są kluczowymi nosicielami patogenów. Przeważnie to wielkie, stare szczury – potrafiący przetrwać posiadacze silnych układów odpornościowych – przenoszą zarazki.

Ale co z zaułkami średniowiecznej Europy, gdzie stwarzające problemy szczury należały do bardziej nadającej się do przełknięcia śniadej odmiany? Jak dowiedziałam się z książek (oraz od różnych obrońców praw zwierząt), koty stały się zasadniczym narzędziem obrony przed plagą dżumy, przenoszonej przez szczury śniade i ich pchły. Istnieje nawet pewna teoria, według której to Kościół katolicki, wybijając europejskie koty, rozpętał epidemię czarnej śmierci i przyczynił się do wywołanego nią spustoszenia[38].

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?