Lew w salonieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


ROZDZIAŁ 1

Kotakumby

Jeziorka Rancza La Brea, bulgoczące przy Wilshire Boulevard w śródmieściu Los Angeles, wyglądają jak kałuże toksycznego, czarnego toffi. Niegdyś osadnicy zasiedlający Kalifornię wykorzystywali wypływającą tu smołę do uszczelniania dachów, dziś jednak te asfaltowe wysięki są znacznie cenniejsze dla paleontologów badających faunę i florę epoki lodowcowej. W tutejszych śmiertelnych, lepkich pułapkach grzęźli przedstawiciele wszelkich rodzajów niesamowitych zwierząt: kolumbijskie mamuty z zakrzywionymi kłami, wymarłe wielbłądy, zbłąkane orły.

Ale najsłynniejsze w La Brea są koty.

Co najmniej siedem typów prehistorycznych kotowatych zamieszkiwało Beverly Hills przed jedenastoma tysiącami lat i wcześniej: byli to zarówno bliscy krewni współcześnie żyjących rysi i pum, jak i przedstawiciele kilku gatunków, które zniknęły z powierzchni ziemi. Na obszarze nieco ponad dziewięciu hektarów odkryto ponad dwa tysiące szkieletów Smilodon populator, największego i najbardziej przerażającego z kotów szablozębnych: jest to największe tego typu znalezisko na świecie.

Jest późny ranek. W miarę jak dzień staje się coraz cieplejszy, asfalt mięknie, nasycając powietrze zapachem topniejącej nawierzchni. Brzydkie, czarne bąble wyłaniające się na powierzchnię jeziorek każą doszukiwać się oddychającego pod nią potwora. Moje oczy nieco łzawią od wyziewów; kiedy wkładam patyk w breję, okazuje się, że nie jestem w stanie go wyciągnąć.

„Wystarczy trzy–pięć centymetrów, żeby unieruchomić konia – mówi John Harris, główny kurator tutejszego muzeum. – Megaterium, ten olbrzymi leniwiec, utknąłby tutaj jak mucha na lepie”. W jego głosie pobrzmiewa duma.

Asfalt da się usunąć ze skóry jedynie olejem mineralnym albo masłem, o czym miało okazję boleśnie przekonać się kilku lokalnych kawalarzy. Po pewnym czasie smoła przesącza się do samych kości, zachowując szczątki gigantycznych zwierząt, które w agonii dokonały tu żywota, tak dobrze, że nie stają się one nawet faktycznymi skamieniałościami – zapach rozwiercanego żebra tygrysa szablozębnego przypomina ten, który znamy z wizyt u dentysty: to swąd palonego kolagenu. Pachnie życiem.

W mrokach asfaltowych jeziorek szukam śladów pierwotnych relacji między człowiekiem a kotem. Ludzki patronat nad kotami, który dziś wydaje nam się tak intuicyjny, w rzeczywistości jest układem stosunkowo nowym i radykalnie odwróconym. Choć współdzieliliśmy ziemię przez miliony lat, rodzaj ludzki i rodzina kotów nigdy za sobą nie przepadali, nie mówiąc już o wylegiwaniu się razem na kanapie. Rywalizacja o mięso i przestrzeń czyniła z nas naturalnych wrogów[1]. Nie tylko nie dzieliliśmy się jedzeniem: przez większość naszej długiej wspólnej historii zajmowaliśmy się podkradaniem sobie nawzajem pożywienia albo przeżuwaniem poszarpanych szczątków tego drugiego – choć, szczerze mówiąc, w większości wypadków to koty zjadały nas.

To właśnie takie koty jak tygrysy szablozębne, kolosalne gepardy czy olbrzymie pumy z La Brea – a później ich współcześnie żyjący spadkobiercy – zdominowały nieokiełznaną planetę. Nasi pradawni przodkowie dzielili siedliska z tego rodzaju bestiami na obszarze obu Ameryk, w Afryce zaś nasze losy plątały się z losami przedstawicieli różnych gatunków szablozębnych przez miliony lat. Wpływ dawnych kotowatych był tak potężny, że to właśnie one mogły pomóc nam stać się ludźmi.

W magazynie Harris wyciąga mleczne zęby kociaka smilodona. Mają niemal dziesięć centymetrów długości. „Jak one ssały mleko?” – pytam. „Bardzo ostrożnie” – odpowiada.

Górne kły dorosłego osobnika mierzą dwadzieścia centymetrów, ich kształt przywodzi mi na myśl ostrze kosy. Kiedy przesuwam palcem wzdłuż wewnętrznej, ząbkowanej krawędzi, przechodzą mnie ciarki. Naukowcy wciąż niewiele wiedzą o tych zwierzętach – żeby pojąć, jak w ogóle były one w stanie przeżuwać, musieli wykonać stalowy model szablozębnej szczęki i dopiero niedawno, jak przyznaje Harris, „nauczyli się odróżniać samca od samicy” – niemniej jednak pewne jest, że były absolutnie przerażające. Ważące około stu osiemdziesięciu kilogramów, najprawdopodobniej używały swoich masywnych przednich kończyn, żeby powalić mastodonty, po czym zatapiały swoje „szable” w grubej skórze na szyi ofiary.

Mój wzrok wędruje następnie ku stojącemu nieopodal szkieletowi lwa amerykańskiego, o głowę wyższego niż tygrysy szablozębne i prawdopodobnie osiągającego wagę ponad trzystu pięćdziesięciu kilogramów.

Więc to z tym mierzyli się nasi przodkowie.

Czysta zjawiskowość tych drapieżników i makabryczne pozostałości po naszych interakcjach z nimi czynią tym bardziej niesamowitym fakt, że dziś to ludzie niemal starli rodzinę kotowatych z powierzchni ziemi. Radykalnie zmniejsza się populacja większości współcześnie żyjących gatunków kotów[2], zarówno małych, jak i większych: każdego dnia coraz bardziej przegrywają z człowiekiem.

Z jednym wyjątkiem. Harris wyprowadza mnie na zewnątrz – idziemy w kierunku terenu trwających właśnie wykopalisk, w pobliże jednego z jeziorek przesączających się na powierzchnię nieopodal drzwi muzeum. Kiedy obserwuję, jak dwie kobiety w koszulkach pomazanych smołą wyłuskują z asfaltu kość udową smilodona, w okolicy moich kostek łapię kątem oka brązowawą smugę – i oto pojawia się Bob, pozbawiona ogona kocica z wydatnym brzuchem i manierami właścicielki terytorium. Paleontolożki, chichocząc, opowiadają mi, jak uratowały ją z wypadku, w którym straciła ogon, i opiekowały się nią, aż wróciła do zdrowia. „Koniec z mysimi niespodziankami” – mówi jedna z nich, głaszcząc Bob po kikutku po amputacji.

Zastanawiam się, co jest dziwniejsze: to, że Beverly Hills jest cmentarzyskiem mieszkających tu niegdyś olbrzymich lwów, czy to, że małemu, nierzucającemu się w oczy, pochodzącemu z Bliskiego Wschodu kociemu pasażerowi na gapę tak dobrze się tu dzisiaj powodzi.

W rzeczywistości rozkwit populacji kotów domowych i schyłek lwów to dwie strony tej samej monety. Historia trwającego upadku rodziny kotowatych pozwala nam dojrzeć, czym Bob, Cheetoh i inne nasze ukochane koty tak naprawdę są: w pełni uzbrojonymi kocimi drapieżnikami, nieróżniącymi się od rysi, jaguarów i innych kotowatych, ale również przypadkami skrajnej biologicznej odrębności.

Gdyby nie ludzka cywilizacja, obszar Wielkiego Los Angeles nadal mógłby być wspaniałym siedliskiem dla rodzimych kotów, które przetrwały epokę lodowcową. Nieliczne pumy wciąż nawiedzają góry Santa Monica, choć ich populacja w wyniku beznadziejnego odizolowania krzyżuje się wsobnie, a rzadko pojawiające się kocięta często kończą pod kołami samochodów[3]. Ostatnio osobnika znanego jako P-22[4] sfotografowano wałęsającego się po wzgórzach pod znakiem Hollywood: wpatrywał się w blask miasta nocą.

Ale teraz to Bob rządzi asfaltowymi jeziorami.


Tygrysy szablozębne i olbrzymie lwy z La Brea z niewiadomych powodów wymarły pod koniec epoki lodowcowej. Niemniej jednak możemy spróbować rozgryźć, dlaczego większość dzikich kotów, które przeżyły – nawet te niewielkie gatunki, niektóre bardzo przypominające naszego ukochanego domowego pupila – ma dziś poważne kłopoty. Historia zaczyna się tam, gdzie tak wielu naszych przodków skończyło: w paszczy kota.

Rodzina kotowatych jest częścią należącego do ssaków rzędu drapieżnych, Carnivora, czyli „pożeraczy mięsa”[5]. Mięso stanowi część diety wszystkich drapieżnych, od wilków po hieny, i nic w tym dziwnego – jest cennym zasobem, pełnym tłuszczu i białek, w dodatku cudownie łatwym do strawienia. Ponieważ jednak trudno je zdobyć, większość zwierząt, w tym niemal wszystkie drapieżniki, uzupełniają swój jadłospis także pożywieniem innego rodzaju. U niedźwiedziowatych na przykład baribale miażdżą żołędzie i bulwy zębami trzonowymi, których nie powstydziłaby się krowa; pandy, jak wiadomo, dają sobie radę na bambusie; nawet wielkokły niedźwiedź polarny od czasy do czasu przeżuwa jagody.

Ale nie koty. Od ważącego niecały kilogram kotka rudego po niemal trzystukilowego tygrysa syberyjskiego, wszystkie zwierzęta należące do któregoś z mniej więcej czterdziestu gatunków kotowatych są tym, co biolodzy nazywają hipermięsożercą (ang. hypercarnivore). Nie jedzą prawie nic poza mięsem. Służące do rozcierania roślin trzonowce skurczyły się u nich tak, że dziecko mogłoby je zostawić zębowej wróżce, reszta zębów zaś stała się niezmiernie długa i ostra: coś pomiędzy nożem do steków a nożyczkami (porównanie zębów kota i niedźwiedzia przypomina zestawienie Alp z Appalachami). Choć zabójcze przednie kły po angielsku zwane są „psimi zębami”, tak naprawdę u kotów są dłuższe niż u psów, co nie powinno dziwić: koty potrzebują trzy razy więcej białka w diecie[6], kocięta zaś – cztery razy. Psy mogą przeżyć nawet na menu wegańskim, koty natomiast nie są w stanie same syntetyzować kluczowych aminokwasów: muszą pobierać je z ciał innych zwierząt.

Szczególny, określony cel, dla którego wykształciły się kocie zęby – rzeź – wyjaśnia, dlaczego paszcze kotów są tak do siebie podobne, nawet dla biologów. Szczęki żywiącego się owadami niedźwiedzia malajskiego w niczym nie przypominają szczęk grizli, ale czasem nawet ekspert nie potrafi odróżnić szczęk lwa od tygrysa, ponieważ są stworzone do wykonywania dokładnie tego samego zadania.

To samo dotyczy pozostałych części ciała kotów. Istnieje olbrzymia, niemal komiczna rozpiętość w rozmiarze osiąganym przez rozmaite gatunki tych zwierząt – niektóre nie mają nawet czterdziestu centymetrów od głowy do czubka ogona, inne sięgają czterech metrów – ale wszystkie są niemal identyczne w pokroju. „Właściwie między wielkimi i małymi kotami ważniejsze są podobieństwa niż różnice”[7] – pisze Elizabeth Marshall Thomas w Plemieniu tygrysa, książce o historii kociej rodziny. Twierdzi ona, że koty domowe i tygrysy „stanowią niejako alfę i omegę jednego alfabetu”[8]. Oczywiście: tygrysy mają paski, lwy – grzywę, pumy zaś osiem sutków tam, gdzie oceloty tylko dwa. Ale ogólny projekt nie ulega zmianom: długie nogi, mocne kończyny przednie, elastyczny kręgosłup, ogon (czasem stanowiący nawet połowę długości całego ciała) dla równowagi i krótkie jelita do trawienia mięsa i tylko mięsa. Koty wyposażone są w chowane pazury, wibrysy (wąsy czuciowe) i obracające się uszy, zapewniające im zadziwiające słyszenie kierunkowe i najszerszy z możliwych zakres słyszalności. Dzięki oczom umieszczonym z przodu czaszki posługują się postrzeganiem stereoskopowym (obuocznym), do tego świetnie widzą w nocy. Mają wypukłe czaszki o okrągłych i skróconych twarzoczaszkach, w których silnie zakotwiczone są mięśnie żuchwy, co maksymalizuje siłę nacisku z przodu zgryzu.

 

Niezależnie od tego, czy ich ofiarą ma paść królik, czy wół, niemal wszystkie koty (z godnym uwagi wyjątkiem superszybkiego geparda) polują tak samo: tropią, czają się, atakują i ucztują. Nawet leniwy Cheetoh zasadza się w ten sposób: jego pulchny zadek kołysze się w oczekiwaniu na dobry moment, by rzucić się na nieszczęsną sznurówkę. Koty w dużej mierze polegają na wzroku i elemencie zaskoczenia, w zabójczym ugryzieniu wsuwają swoje kły między kręgi szyjne ofiary niczym – posłużmy się słowami behawiorysty Paula Leyhausena – „klucz do zamka”[9]. Potrafią powalić zwierzynę nawet trzykrotnie większą od nich samych[10], a nieraz nie poprzestają i na tym: jako dziecko obserwowałam, jak jeden z naszych syjamów tropił jelenia, przycupnięty na skałach nad nieświadomym niczego stadem.

Przez ponad dziesięć milionów lat współczesne kotowate odnosiły sukcesy na całym świecie[11], opanowując niebywale różne środowiska. Znane jest ich zamiłowanie do azjatyckich lasów tropikalnych[12], ale archetyp kota występuje niemal w każdej strefie klimatycznej: mamy panterę śnieżną w Himalajach, amazońskiego jaguara, a nawet kota pustynnego żyjącego w sercu Sahary. Tysiące lat temu lwy zamieszkiwały nie tylko Beverly Hills, ale także Devon w Anglii i Peru – występowały właściwie wszędzie na ziemi poza Australią i Antarktydą. Uważa się, że były najbardziej rozpowszechnionym dzikim ssakiem lądowym w dziejach[13], królami nie tylko tysiąca dżungli, ale także pustyń, moczarów i łańcuchów górskich rozciągających się między nimi.

Powodzenie dzikich kotów zależne jest od przestrzeni. To właśnie dlatego w naturze zwykle spotykamy je rzadziej[14] niż innych dużych mięsożerców w rodzaju niedźwiedzi czy hien. Nawet najmniejsze koty potrzebują ogromnych w stosunku do ich rozmiaru połaci terytorium, żeby zdobyć wystarczającą ilość białka zwierzęcego. Bardzo zgrubne kalkulacje mówią o stu kilogramach zwierzyny łownej[15] koniecznych do utrzymania w danym środowisku jednego kilograma drapieżcy, ale w przypadku hipermięsożerców proporcje są nawet większe. Zwierzęta te nie mają żadnego ewolucyjnego planu B. Muszą zabijać albo zginą. W rzeczywistości koty dość często zabijają siebie nawzajem. Lwy zjadają gepardy, lamparty żywią się karakalami, karakale jedzą koty nubijskie. Zdarza się, że wysyłają na tamten świat nawet przedstawicieli własnego gatunku: ta wrogość – oraz przyczajony sposób polowania, a także niezdolność ekosystemu do utrzymania wielu osobników – wyjaśnia, dlaczego większość kotów prowadzi samotniczy tryb życia.


Choć dziś pochłaniamy niewiarygodne ilości mięsa, nie jesteśmy członkami rodziny drapieżnych. Jesteśmy naczelnymi. Spokrewnione z nami człowiekowate nie jedzą zbyt dużo mięsa, nie stanowiło ono też podstawy diety naszych wczesnych przodków, którzy zaczęli schodzić z drzew w Afryce sześć czy siedem milionów lat temu, długo po tym, jak koty rozmościły się na samiutkim szczycie łańcucha pokarmowego.

Nie tylko zresztą nie jedliśmy mięsa – zapewnialiśmy jego obfite dostawy w postaci ciał naszych i naszych dzieci. Ucztowało na nas mnóstwo stworzeń[16]: ogromne orły, krokodyle, węże długości autobusu, mięsożerne kangury, może nawet wielkie wydry. Ale nawet w tak przerażającej kompanii polujących na nas drapieżników koty niemal na pewno nie miały sobie równych.

Według Roberta Sussmana, autora książki Man the Hunted (Polowanie na człowieka), opisującej dzieje człowieka jako zwierzyny łownej, nasi praojcowie dojrzewali w Afryce w „złotej erze kotów”. Jego zdaniem na obszarach, gdzie współwystępowaliśmy, koty „robiły z nami, co chciały” – zaciągały nas do jaskiń, pożerały w koronach drzew, ukrywały nasze wybebeszone zwłoki w swoich matecznikach. W istocie, gdyby nie łupy wielkich kotów, nie wiedzielibyśmy aż tyle o ewolucji człowieka[17]. Najstarszą w pełni zachowaną czaszkę rodzaju Homo, znaną jako czaszka nr 5, wydobyto z groty w gruzińskim Dmanisi, najprawdopodobniej będącej czymś w rodzaju terenu piknikowego dla wymarłych olbrzymich gepardów. W jaskiniach w Afryce Południowej paleontolodzy w nieskończoność głowili się nad stertą kości człowiekowatych i innych naczelnych, bezskutecznie próbując ustalić, co mogło być przyczyną rzezi. Czyżby nasi antenaci wyrzynali się nawzajem? Wreszcie ktoś zwrócił uwagę, że dziury w czaszkach dokładnie odpowiadają kłom lamparta.

Współczesny rozkład sił także dostarcza wskazówek na temat plonu, jaki koty przypuszczalnie mogły z nas zbierać. Sussman we współpracy z Donną Hart przyjrzał się danym dotyczącym polowań na obecnie żyjące naczelne i odkrył, że kotowate wciąż są odpowiedzialne za ponad jedną trzecią wszystkich śmierci ze strony drapieżników (ataki psów i hien sumują się zaledwie do siedmiu procent). Badanie jaskiń lawowych w kenijskim Mount Suswa wykazało, że żyjące tam lamparty nie jedzą praktycznie nic poza pawianami. Nawet nasi najinteligentniejsi i najsilniejsi żyjący krewni mogą paść ofiarą o połowę od nich mniejszych kotowatych: naukowcom zdarzało się już wyciągać czarne, pieńkowate palce stopy goryla nizinnego z odchodów lamparta czy zęby szympansa z lwich ekskrementów.

Badacze dopiero zaczynają formalnie zgłębiać nasze własne dziedzictwo jako ofiary[18] i dowiadują się na przykład, że widzenie w kolorze i postrzeganie głębi mogły wyewoluować jako system wykrywania węży. Eksperymenty pokazały, że nawet bardzo małe dzieci lepiej radzą sobie z rozpoznawaniem kształtu węża niż jaszczurki i szybciej zauważają lwa niż antylopę[19]. Różnego rodzaju taktyki obrony przed drapieżnikami zostawiły ślad w wielu ludzkich zachowaniach, począwszy od skłonności do wydawania dzieci na świat w środku nocy (większość polujących na nas mięsożerców jest aktywnych raczej o zmierzchu lub o świcie), a skończywszy być może na zachwycie nad rozległą perspektywą osiemnastowiecznych pejzaży, które wywołują w nas przyjemne przeświadczenie, że będziemy w stanie spostrzec zagrożenie, zanim się zbliży. Ciarki, które przeszły mnie w La Brea, gdy trzymałam w dłoni kły tygrysa szablozębnego, kiedyś miały za zadanie postawić na sztorc moje włosy w obliczu drapieżnika i sprawić, że wydam się większa i, miejmy nadzieję, przerażająca.

Presja selekcyjna ze strony mięsożerców prawdopodobnie pomogła także w ukształtowaniu wielkości i postawy ludzkiego ciała (wysokie i wyprostowane dawało nam możliwość przeczesywania wzrokiem odleglejszego horyzontu), naszego upodobania do wspólnot i życia społecznego (uczona nazwa starej prawdy, że w kupie siła) i wyrafinowanych form komunikacji. Nawet niżej postawione naczelne, jak werwety, mają szczek oznaczający „lampart”[20] (choć koty dotrzymują im kroku: obserwowano, jak małe amazońskie oceloty w czasie polowania naśladowały nawoływania niemowląt naczelnych[21]).

Niemniej jednak najważniejszy wkład kotów w ewolucję naszego gatunku dokonał się nie tyle na linii drapieżnik–ofiara, ile raczej wzdłuż osi drapieżnik–padlinożerca. Był nim nasz pierwszy, brzemienny w skutki kęs mięsa.


Najwcześniejsze dowody na to, że je jedliśmy, pochodzą sprzed 3,4 miliona lat. Ślady nacięć na kościach zwierząt kopytnych znalezionych w pobliżu Dikiki w Etiopii pokazują, z jaką pieczołowitością i wysiłkiem nasi w głównej mierze wegetariańscy przodkowie starali się odkroić mięso; w innych miejscach widać, jak siłą uderzeń dobierali się do pożywnego szpiku. Ale skąd pochodziły te pierwsze przepyszne kości? Technikę polowań opracowaliśmy przecież miliony lat później.

Według Briany Pobiner, specjalistki w kwestii ludzkiej mięsożerności z Narodowego Muzeum Historii Naturalnej w Waszyngtonie, którą podczas pracy bacznie obserwują z fotografii nad biurkiem dwie bardzo duże lwice, jest możliwe, że nasi nieuzbrojeni, oszaleli na punkcie mięsa antenaci swoje pierwsze ofiary zabijali, rzucając w nie kamieniami, albo po prostu gonili je, aż padały z wyczerpania. Jednak jej zdaniem bardziej prawdopodobne jest, że byliśmy bezwstydnymi złodziejami i padlinożercami: kleptopasożytami. Naszymi nieszczęsnymi „gospodarzami” miałyby być wielkie koty, które powalały gazele czy inne pasące się zwierzęta, syciły się, po czym odchodziły, żeby wrócić później: wtedy właśnie nasi uciążliwi przodkowie zakradali się i porywali wszystko, co mogli. Być może podwędzaliśmy antylopy z lamparcich kryjówek w koronach drzew (gdzie ukrywały je przed jeszcze większymi kotami, choćby lwami), ale przypuszczalnie to koty szablozębne były źródłem najcenniejszych resztek: jak zauważył antropolog Curtis Marean, ich wielkie zęby świetnie nadawały się do zabijania, ale już niekoniecznie do żucia, co sprawiało, że zostawiały mnóstwo na kości. Niektórzy naukowcy sugerowali nawet, że resztki ze stołu szablozębnych były tak obfite i odgrywały tak istotną rolę w diecie wczesnych ludzi, że wyruszyliśmy za nimi z Afryki do Europy, rozpoczynając pierwszą wielką migrację naszego gatunku[22].

Kiedy już nasi przodkowie poczuli smak bogatego w substancje odżywcze i aminokwasy mięsa, poczuli apetyt na więcej. Niektórzy paleoantropolodzy dowodzą, że to właśnie jedzenie mięsa ostatecznie zrobiło z nas ludzi. Z pewnością był to krok przełomowy.

„Mięso stało się tak istotne, że zaczęliśmy wyrabiać coraz lepsze kamienne narzędzia – wyjaśnia Pobiner. – To było sprzężenie zwrotne. Aby zdobyć więcej mięsa, trzeba dobrze rozumieć swoje środowisko, komunikować się i planować z wyprzedzeniem. Gdyby nie jedzenie mięsa, nasza ścieżka ewolucyjna wyglądałaby zupełnie inaczej”.

Rzeczywiście, zgodnie z dotyczącą rozwoju mózgu hipotezą kosztownych tkanek (ang. expensive tissue hypothesis) dodatek mięsa w jadłospisie mógł dosłownie poszerzyć nam umysły[23]. Ponieważ naczelne na diecie wegetariańskiej muszą przetwarzać olbrzymie ilości ciężkostrawnej materii roślinnej, wyposażone są w energochłonne jelita monstrualnych rozmiarów (to dlatego ogólnie bardzo szczupłe małpy wyglądają, jakby miały brzuch piwny). W przeciwieństwie do nich zwierzęta posiadające stały dostęp do łatwego do rozłożenia mięsa miały więcej ewolucyjnej swobody: ich jelita uległy skurczeniu, dzięki czemu część energii potrzebnej do trawienia mogła zostać przeznaczona na coś zmyślniejszego: ogromny mózg. Ta perła w koronie Homo sapiens[24] jest niesłychanie droga w utrzymaniu: choć stanowi jedynie dwa procent wagi ciała, pochłania dwadzieścia procent spożytych kalorii. Być może stać nas na niego właśnie dzięki temu, że zaczęliśmy jeść mięso.

Największa zmiana w wielkości mózgu u naszych przodków dokonała się około ośmiuset tysięcy lat temu, krótko po tym, jak nauczyliśmy się używać ognia i zaprzęgliśmy go do obróbki mięsa, dzięki czemu można je było dłużej przechowywać i przenosić. Kilkaset tysięcy lat później umieliśmy już samodzielnie powalać dużą zwierzynę. Po kolejnych tysiącleciach, około dwustu tysięcy lat temu, na naszym drzewie genealogicznym w końcu pojawiła się gałązka Homo sapiens.

W tamtym czasie pierwotny, dość jednostronny rozkład sił między ludźmi a kotami ustąpił kruchej równowadze, w której nasz rozrośnięty mózg stał się przeciwwagą dla ich fizycznej przewagi. Uzbrojeni w nową broń myśliwską, najprawdopodobniej czasem byliśmy w stanie odgonić wielkie koty od ich zdobyczy, być może nawet kilka zabijając, ale wciąż naszą najlepszą strategią było unikanie się nawzajem. Najwyraźniej jednak mimo tego nie umieliśmy się oprzeć pięknu naszych przeciwników. Wśród liczących sobie trzydzieści tysięcy lat malowideł naskalnych z jaskini Chauveta na południu Francji – jednych z najstarszych dzieł sztuki na świecie – znajdziemy wspaniałe przedstawienia ochrowych lampartów i lwów, uwiecznionych przez artystę z okiem do detali godnym biologa, łącznie z plamkami u nasady wąsów.

 

Ten pradawny klincz między człowiekiem a kotem[25], w którym obie ciężko uzbrojone strony wiodły mniej więcej wyrównany bój w pogoni za mięsem, trwał dopóty, dopóki około dziesięciu tysięcy lat temu gdzieś na Bliskim Wschodzie ludzie stali się na tyle przedsiębiorczy – lub mieli na tyle szczęścia – by wpaść na to, jak na zawsze zaspokoić nasz nienasycony głód: jak hodować i zabijać własne zwierzęta. Udomowienie zwierząt i roślin, ewolucyjny wyczyn zwany rewolucją neolityczną, pozwoliło społecznościom łowców-zbieraczy osiąść w stałych wspólnotach, które ostatecznie doprowadziły do powstania kultury, historii i ziemi, jaką znamy.

Dla wielu innych stworzeń, zwłaszcza kotów, pojawienie się naszych pierwszych stad i ogrodów zwiastowało początek końca.


Zazwyczaj myślimy o ciężkiej sytuacji dzikich kotów jako o zjawisku stosunkowo nowym: Europejczycy, a w szczególności Brytyjczycy, często biorą na swoje barki winę za ich wybicie. Prawdą jest, że kolonizatorzy sprowadzili do Afryki i Indii broń palną i oferowali szczodre nagrody za kocie skóry. Podczas jednej tylko wyprawy łowieckiej Jerzego V w 1911 roku w ciągu niecałych dwóch tygodni upolowano trzydzieści dziewięć tygrysów bengalskich. W epoce wiktoriańskiej londyńskie zoo zapełniały się afrykańskimi lwami[26], marniejącymi w niewoli i zwykle umierającymi po kilku latach (choć niektórym przed śmiercią udawało się porwać jednego czy dwa konie zaprzęgowe). Imperialne kampanie przeciwko kotom zostały uwiecznione w relacjach z polowań, osobliwym rodzaju literackim, który jeden z biologów opisał mi jako „namiętne oblicze mammologii”. W klasycznych Ludojadach z Tsavo brytyjski oficer James Henry Patterson z lodowatym opanowaniem opisuje swoje potyczki z parą bezgrzywych, rzekomo zdeprawowanych afrykańskich lwów.

Z całą swoją chłodną skutecznością Brytyjczycy jednak jedynie przyspieszyli proces, który rozpoczął się u zarania rolnictwa.

„Koty są niezmiernie wrażliwe – tłumaczy mi koci genetyk Steve O’Brien. – Kiedy nie mają wystarczająco dużo pożywienia, po prostu umierają z głodu. To nie polowania, ale zakładanie farm i osiedli jest problemem”.

Z biologicznego punktu widzenia koty i najogólniejsze wzorce ludzkiej cywilizacji stoją ze sobą w sprzeczności. Tak było od samego początku: starożytny Egipt, pierwsza wielka kultura agrarna[27], stopniowo utracił znaczną część występującego na jego terenie pogłowia lwów. Rzymianie – odławiający wielkie koty na widowiska w Koloseum i różnego rodzaju procesje[28] – donosili o lokalnych niedoborach już w 325 roku przed Chrystusem. Do XII wieku lwy zniknęły z Palestyny, gdzie niegdyś powszechnie występowały. Jeszcze zanim Europejczycy pojawili się w Indiach, Wielcy Mongołowie podzielili populację tygrysów, wycinając lasy. Ten sam scenariusz powtarzał się w przypadku wszystkich wielkich kotów.

Najbardziej pouczającą częścią brytyjskich opowieści z polowań jest opis scenerii, w której się rozgrywają. Widzimy dokładnie, w jakich miejscach i sytuacjach dochodziło do konfliktów między ludźmi a kotami – nie w środku tropikalnego gąszczu, lecz na świeżo zaoranych obrzeżach cywilizacji: graniczących z dżunglą plantacjach kawy i trzciny cukrowej czy torach kolejowych wijących się pośród kenijskiego buszu. Wzdłuż takich granic zagłębialiśmy się na terytoria kotów, a one zapuszczały się na nasze.

Im bardziej napieraliśmy, tym mniej możliwa stawała się nasza koegzystencja. Najpierw ogołociliśmy ziemię, sięgając coraz dalej w głąb lasu deszczowego i sawanny, pożerając przy tym lub płosząc zwierzynę. To uderzyło we wszystkie dzikie koty, od lwów i tygrysów, z którymi bezpośrednio konkurowaliśmy o duże roślinożerne zwierzęta, po kotowate wielkości naszych kotów domowych, w rodzaju złotokota afrykańskiego, żywiącego się mniejszymi stworzeniami, które wytępiliśmy lub pochłonęliśmy po drodze.

Po tym, jak wycięliśmy lasy i starliśmy z powierzchni ziemi rodzime gatunki łowne, wprowadziliśmy własne zwierzęta dostarczające nam pożywienia – bydło, owce, kurczęta i ryby – na które wielkie koty, pozbawione innego źródła mięsa, oczywiście chciały polować. Teraz to one stały się kleptopasożytami, a hodowcy nie tolerowali kocich złodziei.

Poza tym od czasu do czasu koty nadal mają ochotę zjeść nas. Nawet w XXI wieku najbardziej przerażające doniesienia o przypadkach pożerania ludzi wciąż pochodzą z obszarów, w których stale rozrastające się ludzkie wspólnoty naciskają na granice kocich terytoriów. Samotny drwal może całe życie polować w niezmierzonych brzozowych zagajnikach Rosji i nigdy nie wejść w drogę tygrysowi syberyjskiemu, ale w indyjskim regionie Sundarbanów, zamieszkanym przez cztery miliony ludzi, samotne tygrysy stanowią prawdziwy problem, zaś w Rufiji, dynamicznie rozwijającym się regionie rolniczym w Tanzanii, w każdej dekadzie lwy porywają setki mieszkańców wiosek[29].

Jedyna różnica polega na tym, że dziś zastąpiliśmy broń palną truciznami używanymi przez rolników. Wystarczy nieco pestycydów w ciele ubitej żyrafy i mamy z głowy nie tylko lwa ludojada, ale i całe jego przebiegłe stado: pozbywamy się króla zwierząt jak każdego innego szkodnika. Kiedy zabraknie trutki, miejscowi sięgają po wszelkie dostępne im środki: zdarzało się, że tygrysy bengalskie zatłukiwano kijami.

Łatwo jest obarczać odległych ludzi winą za upadek wielkich kotów, póki nie wyobrazimy sobie, że to nasz siedmioletni syn musi wyprowadzać bydło na pastwisko nawiedzane przez lwy albo że to w naszej wygódce napotykamy lamparta. Kiedy problem dotyka Amerykanów, zachowują się oni tak samo[30]. Koniec końców, większość Ameryki była niegdyś ziemią wielkich kotów, póki dawno temu osadnicy nie pozbyli się jaguarów na południu i pum na wschód od Missisipi – z wyjątkiem florydzkich panter, które parząc się wsobnie, chorując i utrzymując się przy życiu na diecie złożonej z pancerników, przetrwały w jednej, posępnej niszy Parku Narodowego Everglades.

Skłonność kotowatych do zabijania dzikiej zwierzyny, której pożądamy, zwierząt gospodarskich, które hodujemy, oraz – w przypadku największych gatunków – nas samych sprawia, że są one zasadniczo niekompatybilne z osiedlami ludzkimi. W miarę jak nasza populacja rosła, ich musiała maleć. Gdy zaś koty, którym udało się przetrwać, zostały zepchnięte w nieprzyjazne środowisko, inne czynniki związane z charakterem naszego osadnictwa – wypadki drogowe, epidemie nosówki, polowanie na trofea, sidła zakładane dla zdobycia skór, susze, huragany, zasieki na przejściach granicznych czy handel egzotycznymi zwierzętami – zaczęły zbierać swoje żniwo.

Obecnie czasem bierzemy swój nowy status drapieżnika na szczycie łańcucha pokarmowego bardzo dosłownie i zjadamy wielkie koty, tak jak one delektowały się nami. Azjatycki rynek medyczny rozparcelowuje zwłoki tygrysów[31] na potrzeby ludzkiej konsumpcji: spożytkowuje pazury, wąsy i żółć, ale zwłaszcza kości, na wino tonizujące. Lwia polędwica uchodzi zaś za danie modne wśród niektórych amerykańskich smakoszy, na przykład w szeregach mającej siedzibę w Nowym Jorku grupy Gastronautów: ponoć smakuje najlepiej duszona na małym ogniu po wcześniejszym przesmażeniu na patelni[32], w towarzystwie marchewek i kolendry.


Ponieważ znacznie łatwiej znaleźć dziś martwe dzikie koty niż żywe, wyruszyłam do zewnętrznego magazynu Smithsonian Institution, ukrytego daleko w podmiejskiej części Maryland, żeby ich poszukać. Stojące tam olbrzymie budynki są domem dla wszystkich tych wypchanych delfinów i goryli, które nie zmieściłyby się w muzeach w centrum – jeden z nich jest czymś w rodzaju hangaru na kości waleni wielkości samolotu.