Lew w salonie.Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Wstęp

Rozdział 1. Kotakumby

Rozdział 2. Kocia kołyska

Rozdział 3. Gdzie jest haczyk?

Rozdział 4. O kotku, który zjadł kanarka

Rozdział 5. Kocie lobby

Rozdział 6. Koci mózg

Rozdział 7. Kuweta Pandory

Rozdział 8. Lwy, wilkołaki i zabawkowe tygrysy

Rozdział 9. Dziewięć lajków

Podziękowania

Przypisy

© Copyright by Copernicus Center Press, 2021

Copyright © 2016 by Abigail Tucker

Tytuł oryginalny

The Lion in the Living Room. How House Cats Tamed Us and Took Over the World

Adiustacja i korekta

Gabriela Niemiec

Opracowanie graficzne okładki, stron tytułowych i wyklejki

Marta Jaszczuk

Skład

MELES-DESIGN

ISBN 978-83-7886-567-4

Wydanie I

Kraków 2021

Copernicus Center Press Sp. z o.o.

pl. Szczepański 8, 31-011 Kraków

tel. (+48) 12 448 14 12, 500 839 467

e-mail: marketing@ccpress.pl Księgarnia internetowa: http://ccpress.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Mamie

Och, na to nic nie poradzisz – odpowiedział Kot. –

Wszyscy tu jesteśmy stuknięci”

L. Carroll, Alicja w Krainie Czarów, tłum. R. Stiller


Wstęp

Latem 2012 roku[1] Denise Martin i jej mąż Bob biwakowali wśród wiejskiego krajobrazu hrabstwa Essex, około osiemdziesięciu kilometrów na wschód od Londynu, nieopodal urokliwego wakacyjnego kurortu Clacton-on-Sea. Nad polem kempingowym właśnie zapadał zmierzch, kiedy Denise dostrzegła coś przez dym unoszący się nad ogniskiem. Pięćdziesięciodwuletnia pracownica fabryki sięgnęła po lornetkę, żeby się temu lepiej przyjrzeć.

„No i co na to powiesz?” – spytała męża. On także badawczo przyglądał się złotobrązowemu stworzeniu odpoczywającemu w niedbałej pozie wśród pól kilkaset metrów od nich.

– „To lew” – powiedział Bob.

Przez jakiś czas obserwowali bestię, a ona zdawała się patrzeć na nich. Strzygła uszami i zaczęła się czyścić. Następnie spokojnym krokiem przeszła wzdłuż żywopłotu. Para zareagowała z niemal filozoficznym spokojem. („Nieczęsto ma się szansę zobaczyć coś takiego w naturze” – Denise opowiadała potem reporterowi „Daily Mail”).

Inni mieszkańcy pola namiotowego nie byli aż tak opanowani. „Chryste, to lew!” – powiedział do siebie sąsiad, spoglądając przez lornetkę użyczoną mu przez Denise. „To jest pieprzony lew!” – wykrzyknął ponoć inny mężczyzna i pobiegł w stronę swojego kampera.

Kot – rzekomo „wielkości dwóch owiec” – wkrótce zniknął w mroku, szerząc panikę. Policyjni snajperzy przeczesywali okolicę, pracownicy ogrodów zoologicznych przybyli uzbrojeni w naboje usypiające, a nad wszystkimi krążyły helikoptery wyposażone w urządzenia termowizyjne. Kemping ewakuowano, a wysłannicy prasy czekali w pogotowiu, zdając relację na żywo z polowania na grubego zwierza. Brytyjski Twitter zalały wiadomości o „lwie z Essex”.

Ale nigdzie nie było po nim śladu.

Lew z Essex jest tak zwanym Kotem Widmem[2], czy też raczej, poprawniej z punktu widzenia kryptozoologii, ABC (ang. Alien Big Cat – „Obcy Wielki Kot”). Jak wielu jego nieuchwytnych pobratymców – bestia z Trowbridge czy pantera z Hallingbury – jest czymś w rodzaju kociego UFO, dziwną zjawą, szczególnie często nawiedzającą te części byłego Imperium Brytyjskiego – Anglię, Australię, Nową Zelandię – gdzie wielkie koty albo już nie występują, albo nigdy nie występowały w przyrodzie.

Niektóre z tych fantomowych kotów okazywały się świadomymi oszustwami[3] lub autentycznymi zbiegami z egzotycznych menażerii. Często jednak wychodzi na jaw, że patrolujące teren pantery i biegające luzem lamparty są czymś znacznie bardziej znajomym: najzwyczajniejszymi kotami domowymi, przez pomyłkę wziętymi za jednego ze swoich budzących respekt krewnych, których przypominają pod każdym względem poza wielkością.

Tak było w przypadku lwa z Essex – wszystko wskazuje na to, że był to masywny rudy kocur zwany Misiaczkiem. Jego właściciele – którzy w czasie obławy na lwa przebywali na urlopie – podejrzewali go od pierwszej chwili, kiedy zobaczyli wieczorne wydanie wiadomości. „Jest jedynym wielkim rudawym stworzeniem w okolicy” – powiedzieli gazetom, kładąc kres groteskowemu safari.

Być może jednak biwakujący wcale nie byli głupcami, lecz wizjonerami. Koniec końców, prawdziwych lwów nie musimy się już bać – wielu z nas się nad nimi wręcz lituje (weźmy choćby międzynarodowe oburzenie po śmierci Cecila, lwa z Zimbabwe zabitego przez kochającego polowania dentystę z Minnesoty). Niegdyś królowie dżungli, dzisiejsze lwy są reliktami przeszłości[4], niemającymi władzy nad niczym: dwadzieścia tysięcy ocalałych ledwie utrzymujących się przy życiu w kilku afrykańskich rezerwatach i jednej indyjskiej puszczy jest kompletnie zależnych od naszych pieniędzy i łaski. Ich siedliska z roku na rok coraz bardziej się kurczą – biolodzy obawiają się, że do końca stulecia znikną całkowicie.

W międzyczasie mały, trefnisiowaty kuzyn lwa, jeszcze niedawno będący niczym więcej niż notatką na ewolucyjnym marginesie, stał się symbolem sił natury. Globalna populacja kota domowego liczy dziś sześćset milionów osobników[5] i ciągle rośnie – codziennie w samych Stanach Zjednoczonych rodzi się ich więcej, niż zostało wszystkich lwów w dziczy[6]. Coroczny wiosenny wysyp kociąt w Nowym Jorku[7] dorównuje wielkością światowemu pogłowiu żyjącego w naturze tygrysa. Na całym świecie kotów jest już trzy razy więcej niż psów[8], a ich przewaga nad najgroźniejszymi rywalami w walce o nasze uczucia prawdopodobnie ciągle rośnie. Liczba kotów trzymanych jako zwierzęta domowe w USA między 1986 a 2006 rokiem wzrosła o pięćdziesiąt procent[9] i dziś dobija do stu milionów[10].

Podobne skokowe zwiększenie populacji obserwujemy na całym świecie[11]: tylko w Brazylii liczebność populacji kocich pupili rośnie w tempie miliona zwierząt rocznie. W wielu krajach jednak liczba kotów posiadających właścicieli jest zaniedbywalna wobec kwitnących kolonii bezpańskich dachowców: w Australii na jednego kota trzymanego w domu przypada sześć z osiemnastomilionowej populacji zdziczałych[12]. Dzikie i oswojone, zamknięte w czterech ścianach i wolne, koty w coraz większym stopniu obejmują władzę nad naturą i kulturą: górują nad dżunglami z betonu i tymi prawdziwymi, leżącymi poza nimi. Przejęły kontrolę nad miastami, kontynentami, nawet cyberprzestrzenią. Pod wieloma względami również nad nami.

Przez kłębiący się nad ogniskiem dym Denise Martin mogła dostrzec prawdę: nowymi królami zwierząt są koty domowe.


Wiadomo już, że nasza kultura – zarówno ta off-line, jak i ta realizująca się w sieci – jest w szponach kociego szaleństwa. Koci celebryci podpisują kontrakty filmowe, przekazują darowizny na cele dobroczynne, a na Twitterze śledzą je gwiazdki Hollywood. Promują własne linie ubrań i mieszanki mrożonej kawy, ich pluszowe podobizny wypełniają półki w najbardziej luksusowych domach towarowych, internet zaś roi się od ich zdjęć. Koty kontrolują nawet całe kocie kawiarnie – te dziwaczne, otwierające teraz swe podwoje w Nowym Jorku, Los Angeles i innych miastach na całym świecie przybytki, gdzie ludzie płacą, żeby wypić herbatę w towarzystwie losowych zwierząt.

Wszystkie te głupotki odciągają jednak uwagę od czegoś znacznie bardziej interesującego. Pomimo faktu, że przyznajemy się do obsesji na punkcie kotów, wiemy bardzo niewiele o tym, czym są te zwierzęta, jak to się stało, że zamieszkały z nami, i dlaczego zdobyły tak wielką władzę zarówno w naszych domach, jak i poza nimi.

 

Historia plącze się jeszcze bardziej, kiedy weźmiemy pod uwagę, jak niewiele ta napięta relacja oferuje nam samym. Ludzie zwykle ostro targują się ze zwierzętami, które udomawiają. Oczekujemy, że na nasze zawołanie będą przychodziły do nogi, taszczyły nasze rzeczy, a nawet posłusznie podążały do rzeźni. Koty jednak nie przynoszą gazet, nie znoszą smacznych jajek ani nie pozwalają nam jeździć na swoim grzbiecie. Nieczęsto zdarza się nam zachodzić w głowę, w jakim celu, na miłość boską, trzymamy jakieś zwierzę przy sobie, nie mówiąc już o milionach zwierząt. Oczywistą odpowiedzią jest fakt, że lubimy koty – kochamy je nawet. Ale dlaczego? Gdzie tkwi ich sekret?

Jest to szczególnie zastanawiające o tyle, że te same ukochane stworzenia są jednocześnie zaliczane do stu najbardziej inwazyjnych gatunków[13]: oskarża się je o niszczenie całego wachlarza ekosystemów, a nawet o doprowadzenie do całkowitego wyginięcia pewnych zagrożonych zwierząt. Australijscy naukowcy orzekli niedawno, że bezpańskie koty stanowią większe zagrożenie dla żyjącej na tym kontynencie populacji ssaków niż globalne ocieplenie czy utrata siedlisk[14]: w środowisku pełnym żarłaczy białych[15] i zdradnic śmiercionośnych minister środowiska właśnie koty domowe wyróżnia mianem „dzikich bestii”. Skonsternowani miłośnicy zwierząt czasem nie mogą się zdecydować, czy powinniśmy karmić koty nabieranym łyżeczką z puszki łososiem w śmietanie, czy też odwrócić się od nich na zawsze.

Ta sama niepewność przenika amerykańskie prawo: w niektórych stanach „zwierzęce fundusze powiernicze”[16] umożliwiają kotom dziedziczenie milionów dolarów, w innych koty żyjące na wolności są traktowane jak szkodniki. Niedawno w Nowym Jorku zamknięto znaczną część rozległej sieci miejskiego metra[17], żeby ocalić dwa bezdomne kociaki, choć w Stanach rutynowo usypia się miliony zdrowych kociąt i kotów rocznie[18]. Kiedy w grę wchodzą koty, królują sprzeczności.

Zagmatwana natura stosunków między człowiekiem a kotem pomaga wytłumaczyć stale przewijające się powiązania tego ostatniego z czarną magią. W rzeczy samej bycie „totumfackim” wiedźmy – co wskazuje nie tylko na bliską zażyłość, ale i niezwykłość – znakomicie definiuje kota domowego. Być może czarnoksięstwo jest równie dobrym jak każde inne wyjaśnieniem tajemniczej, czasem doprowadzającej do szaleństwa władzy, jaką koty mają nad nami. Uwspółcześniona wersja tej średniowiecznej paranoi często pojawia się w dyskusjach na temat powszechnej, roznoszonej przez koty choroby, która atakuje tkankę mózgową człowieka i może ponoć wpływać na nasze zachowanie i sposób myślenia[19].

Innymi słowy, obawiamy się, że rzucono na nas urok.


Muszę przyznać, że sama zawsze zaliczałam się do tych urzeczonych. Nie tylko miałam koty: przez większość życia należałam do tych osób, dla których świetnym prezentem będzie deska na sery z kocimi wąsami w komplecie z pasującymi rękawicami kuchennymi – wiadomo było, że kocham dekorować dom narzutami w koty i dobranymi do nich poduszkami oraz zapełniać albumy z wakacji zdjęciami losowych śródziemnomorskich dachowców. Kupowałam rasowe zwierzęta z Fabulous Felines (o którym mówiło się kiedyś, że to największy na świecie dom towarowy z rodowodowymi kotami)[20] i adoptowałam bezpańskie kocięta ze schronisk lub wprost z ulicy. Niosło to ze sobą ryzyko nie tylko osobiste, ale i zawodowe: niedawno dowiedziałam się, że kiedy walcząca z silną alergią matka mojej przyjaciółki mnie widzi, przechodzi na drugą stronę ulicy; zdarzyło mi się też, że jeden z naukowców, których spotkałam podczas wykonywania zlecenia dla pewnego czasopisma – zwiedzałam właśnie słynną kolonię badawczą norników preriowych – zaczął bez słów obierać mój sweter z kocich włosów: zapach kota mógłby przerazić obserwowane gryzonie, co naraziłoby na szwank integralność wielu eksperymentów. W zaciszu własnego domu nadal wybieram wykładziny w ściśle określonych kolorach, pozwalających najlepiej zamaskować kocie wymiociny.

Jestem jedną z bardzo niewielu osób, które mogą o sobie powiedzieć, że zawdzięczają kotom życie: moi rodzice poprzysięgli, że nie będą mieli dzieci, póki nie uda im się „wytresować” ich pierwszej kotki. (W końcu nauczyła się gonić za korkiem, co uznano za wystarczające osiągnięcie). Nigdy nie mieliśmy nic oprócz kotów. Moja siostra przejechała kiedyś prawie sześćset pięćdziesiąt kilometrów, żeby uratować spanikowanego kota rosyjskiego niebieskiego z łazienki miłośnika psów. W czasie długich podróży samochodem moja matka na bramkach budziła zdumienie mijanych pracowników autostrady, nosząc swojego pręgowanego kocura udrapowanego wokół szyi jak futrzaną etolę.

Ponieważ koty stanowiły nieodłączny element tła przez całe moje życie, rzadko zdarzało mi się rozmyślać nad tym, jak dziwny jest sam fakt dawania schronienia temu arcydrapieżcy – przynajmniej póki nie dorobiłam się własnego potomstwa. Wobec bezlitosnych wymagań moich młodych wcześniejsze poświęcenie dla zachcianek i niedorzecznych nawyków przedstawicieli innego gatunku zaczęło wydawać się niemądre czy nawet nieco niepoczytalne. Spojrzałam na moje koty z nową podejrzliwością: jak to się właściwie stało, że te sprytne małe stworzenia położyły na mnie swoją łapę? Dlaczego przez tyle lat traktowałam je jak dzieci?

Nawet jednak kiedy pojawiły się już iskierki wątpliwości, wciąż patrzyłam na koty oczami moich dwóch małych dziewczynek. „Kot” było pierwszym słowem każdej z nich. Błagały o ubrania z kotami, kocie zabawki i książki o kotach, wyprawialiśmy też tematyczne kocie przyjęcia urodzinowe. Dla stawiających pierwsze kroki maluchów te zwyczajne zwierzęta domowe były niemal wielkości lwa, a mieszkanie z nimi rozpalało ciekawość dzikszego świata: „Chciałabym być jak Łucja z Aslanem” – chwilę po wyprawie do Narni westchnęła jedna z moich córek, obserwując przez okno kota sąsiadów. „Czy Bóg kocha tygrysy?” – pytały mnie przed zaśnięciem, ściskając w łóżeczkach pluszowe kotki.

Poprzysięgłam więc sobie, że dowiem się więcej o tych istotach i o tym, co sprawia, że łącząca nas z nimi tajemnicza więź jest tak silna. Tak się składa, że większość życia zawodowego spędziłam, opisując życie zwierząt na łamach wielu gazet i magazynów – w poszukiwaniu prawdy o najróżniejszych stworzeniach, od wilków rudych po meduzy, wyruszałam niemal na krańce świata, zawsze starając się zrozumieć je jako niezależne organizmy w zdominowanym przez człowieka świecie. Czasem jednak najlepsza historia leży tuż u naszych stóp.

To właśnie tam zawsze można znaleźć Cheetoha, jaskraworudą muzę tej książki.

Cheetoh jest moim obecnym, ważącym dobre dziewięć kilo przed śniadaniem, kotem, adoptowanym z osiedla przyczep mieszkalnych położonego na północy stanu Nowy Jork, gdzie jego ojciec prawdopodobnie walczył z szopami. Jego niezwykłe gabaryty sprawiły, że hydraulik po wejściu do naszego salonu zatrzymał się w oszołomieniu, a facet od kablówki wyciągnął telefon i zaczął robić zdjęcia, żeby pokazać go znajomym. Zdarzało się, że niektóre opiekunki do kotów już do nas nie wracały, ponieważ Cheetoh – w szaleńczym polowaniu na jedzenie – uganiał się za nimi z brzuchem przy ziemi. Niezwykłe proporcje jego ciała sprawiają, że w naszym domu można się poczuć jak w Krainie Czarów: człowiek cały czas zastanawia się, czy to on się skurczył, czy to kot urósł.

Trudno uwierzyć, że ten przerośnięty croissant zwinięty w kulkę w nogach mojego łóżka należy do gatunku, który jest w stanie obrócić w perzynę cały ekosystem. Z biologicznego punktu widzenia jednak rozpieszczony niewychodzący kot nie różni się niczym od żyjącego na bezdrożach Australii włóczęgi czy miejskiego dachowca. Czyjeś czy nie, rasowe czy mieszańce, mieszkające w stodole czy w luksusowym, wielopoziomowym kocim apartamencie – wszystkie koty domowe są takimi samymi zwierzętami. Proces udomowienia na zawsze zmienił ich geny i zachowanie, nawet jeśli nigdy w życiu nie miały kontaktu z człowiekiem. Populacje trzymane w domu i bezpańskie stale się krzyżują, utrzymując i napędzając się wzajemnie, a każdy konkretny kot może zacząć życie w jednej z nich, a zakończyć w drugiej. Jedyna różnica leży w otoczeniu i semantyce.

Nawet jeśli Cheetoh nie wygląda, jakby umiał przetrwać z dala od swojej miski, jego agresywna natarczywość i uporczywe „nakarm-mnie-teraz” wskazują na ważny aspekt jego egzystencji – koty domowe są zwierzętami dominującymi. Nie z powodu swojego intelektu czy siły – zwłaszcza w porównaniu z ich bliskimi krewnymi w rodzaju tygrysa czy jaguara. Oprócz niewielkich rozmiarów są obciążone również podobną budową ciała i kłopotliwymi w zaspokajaniu, silnie opartymi na białku wymaganiami żywieniowymi, które doprowadziły innych członków rodziny kotowatych na skraj wyginięcia.

Koty są jednak nadzwyczaj elastyczne. Mogą żyć wszędzie i – choć rzeczywiście potrzebują mnóstwo białka – jedzą praktycznie wszystko, co się rusza[21], od pelikanów po świerszcze, a także wiele z tego, co się nie rusza, jak hot dogi. (W przeciwieństwie do nich niektórzy z ich zagrożonych pobratymców są przystosowani wyłącznie do polowania na rzadki gatunek szynszyli[22]). Koty domowe potrafią zmieniać swój dobowy rytm snu i tryb życia społecznego. No i mnożą się jak króliki.

W miarę jak przekopywałam się przez historię ich gatunku, coraz trudniej było mi nie podziwiać tych stworzeń z nowej, dzikszej perspektywy. Po dziesiątkach wywiadów z biologami, ekologami i innymi naukowcami zaś nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wielu z nich – czasem wbrew sobie – także je podziwia. To było nieco nieoczekiwane, ponieważ przepaść między miłośnikami kotów a naukowcami ostatnio się pogłębiła, i to nie tylko dlatego, że ci ostatni często pracują dla instytucji, które w kotach widzą głównie zagrożenie ekologiczne. Najwyraźniej pewna kliniczność nauki bywa obraźliwa dla kociej subtelności i tajemniczości – dla zauroczonych nimi kociarzy czytanie o „korzystnych podstawieniach aminokwasów”[23], rzucających nieco światła na zakrawające na cud zdolności ich ulubieńców do widzenia w nocy, może wywoływać pewien nieprzyjemny zgrzyt (nie mówiąc już o tym, że jest nudne).

Mimo tego niektóre z najbardziej wymownych i oryginalnych opisów kotów pochodzą wprost z artykułów w czasopismach naukowych: koty są „oportunistycznymi, zagadkowymi, samotnymi łowcami”[24], „dotowanymi drapieżnikami”[25] i „rozkosznymi, kwitnącymi spekulantami”[26]. W dodatku wielu (o ile nie większość) naukowców, z którymi rozmawiałam, zbierając materiały do tej książki – niezależnie od tego, czy zajmowali się zagrożoną wyginięciem fauną Hawajów, zamieszkującymi mózgi kocimi pasożytami, czy obgryzionymi kośćmi naszych ludzkich przodków – trzymało w domu kota.

Co być może koniec końców nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, że najważniejszym elementem kociej umiejętności przystosowania się i największym źródłem siły tego gatunku jest zdolność do utrzymywania relacji z człowiekiem. Czasem oznacza to nawigowanie po powierzchni globalnych trendów, budowanie swojej absolutnej przewagi na tym, co zrobiliśmy ze światem. Z ich punktu widzenia na przykład urbanizacja była dobrodziejstwem – ponad połowa ludzkiej populacji żyje dziś w miastach[27], a niewielki i (rzekomo) niesprawiający kłopotów w utrzymaniu kot wydaje się lepiej niż pies przystosowany do pełnego ścisku miejskiego życia, więc częściej obsadzamy go w roli domowego towarzysza. Więcej kotów trzymanych w domu oznacza też więcej bezpańskich dachowców – dzięki genom tolerują bliską obecność ludzi, co pozwala im górować nad innymi zwierzętami czającymi się w bocznych zaułkach naszych hałaśliwych, stresujących metropolii.

Jeśli chodzi o stosunki z ludzkością, koty nie ograniczają się jednak do snucia się po obrzeżach – od samego początku śmiało przejmują inicjatywę. Stanowią rzadki przypadek gatunku, o którym mówi się, że sam „wybrał” udomowienie, a dziś, dzięki kombinacji szczęśliwie przydatnego wyglądu i celowo podejmowanych zachowań, objęły władzę nad naszymi domami, łóżkami małżeńskimi, a nawet naszą wyobraźnią. Ich niedawne zagarnięcie internetu było jedynie ostatnim z całego szeregu zwycięstw w trwającej od wieków kampanii podboju świata, której końca nie widać. W rzeczywistości niezliczone małe przejęcia naszych domów zdarzają się codziennie: podczas gdy nowego psa trzeba specjalnie poszukać, koty statystycznie częściej po prostu zjawiają się pewnego wieczora przy wejściu na taras i same zapraszają się do środka[28].


Choć sposób, w jaki koty rozgrywają swoją partię gry o przetrwanie w zdominowanym przez człowieka świecie, jest uderzający i unikatowy, ich historia ma uniwersalne konsekwencje. Jest przykładem tego, jak pojedynczy, niewielki, pozornie niewinny czyn człowieka – zajęcie się małym gatunkiem dzikiego kota, pozwolenie, żeby zbliżył się do palenisk płonących w sercu naszych osiedli i, ostatecznie, do naszych serc – może wywołać lawinę obejmujących cały świat skutków, rozciągających się od połaci lasu w głębi Madagaskaru przez oddziały dla schizofreników po komunikatory internetowe.

 

Ekspansja kota domowego jest w pewnym sensie tragedią – te same siły, które działają na ich korzyść, doprowadzają do upadku wiele innych stworzeń. Zwierzęta te są cwanymi karierowiczami, nowobogackimi parweniuszami i jednymi z najeźdźców zdolnych do największych transformacji – jeśli oczywiście nie liczyć Homo sapiens. To nie przypadek, że zwykle pojawiają się w ekosystemach, z których lwy i inni przedstawiciele megafauny już ustąpili.

Ale historia kota domowego to również opowieść o cudzie życia: o zdolności natury do ciągłego zaskakiwania nas. Daje nam szansę wzniesienia się ponad własny egocentryzm i spojrzenia świeżym okiem na stworzenie, które zwykliśmy niańczyć i traktować z góry, a którego horyzonty rozciągają się daleko poza nasze salony i kuwety. Kot domowy tak naprawdę wcale nie jest futrzastym niemowlęciem – jest czymś znacznie bardziej niezwykłym: maleńkim konkwistadorem, u którego łap leży cały świat. Koty nie istniałyby bez ludzi, ale ani to nie my je stworzyliśmy, ani ich teraz nie kontrolujemy. Nasza relacja bardziej przypomina udzielanie pomocy w dokonywaniu przestępstwa niż stosunek posiadania.

Przyglądanie się naszym ukochanym towarzyszom w tym zimnym świetle może wydawać się zdradą. Przyzwyczailiśmy się do myślenia o kotach jako o uzależnionych od nas zwierzętach domowych, a nie ewolucyjnych wolnych strzelcach. Natychmiast, gdy zaczęłam prace nad tą książką, moja matka i siostra zaczęły robić mi wyrzuty.

Prawdziwa miłość wymaga jednak zrozumienia. Pomimo rosnącej fascynacji kotami prawdopodobnie oddajemy im mniej, niż im się rzeczywiście należy.

Być może właściwą reakcją na widok stworzenia takiego jak Cheetoh wcale nie jest rozczulone „Ooo...”, lecz pełne trwożliwego szacunku „Och!”.