Ślub w RzymieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Abby Green

Ślub w Rzymie

Tłumaczenie: Zbigniew Mach

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Awakened by the Scarred Italian

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Abby Green

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6396-2

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lara Templeton cieszyła się w duchu, że czarna woalka zasłania jej zupełnie suche oczy i chroni przed wścibskim wzrokiem żałobników zebranych wokół otwartego grobu. Inaczej pomyśleliby, że nie opłakuje śmierci męża – Henry’ego Winterborne’a. Za nic w świecie nie chciałaby dać im tej satysfakcji. Dlatego przezornie ukryła twarz za woalką, a siebie – za czarnym ubiorem.

Miałaby opłakiwać śmierć kogoś, kto przez ostatnie trzy miesiące życia traktował ją jak zwykłą niewolnicę? Na szczęście ten tłum hien nic o tym nie wiedział.

Winterborne miał powody, by zostawić ją bez pieniędzy. Ale i tak nigdy by ich nawet nie tknęła. Nie dla nich za niego wyszła, choć tak wierzył cały arystokratyczny światek. Nie zapisał jej nic, bo nie dała mu tego, czego pożądał – siebie. Przez nią doznał fatalnego upadku i całe ich małżeństwo spędził na inwalidzkim wózku.

Nie, nie przez nią… Gdyby nie próbował jej…

Lara otrząsnęła się ze wspomnień, gdy uświadomiła sobie, że przybyli oczekują na jej gest.

– Pani Winterborne, teraz może pani posypać trumnę garścią ziemi… – powiedział ksiądz, dyskretnie chrząkając.

Wzdrygnęła się na dźwięk swojego nazwiska po mężu. Małżeństwo było parodią związku. Zgodziła się na nie tylko z powodu szantażu ze strony wuja. Kątem oka dostrzegła leżącą obok łopatkę. Wzięła ją do ręki, nabrała garść ziemi i wysypała na wieko trumny. Postąpiła jak ostatnia hipokrytka, ale czuła ulgę. Nareszcie koniec tej farsy.

Przez chwilę miała absurdalne wrażenie, że mąż nagłym ruchem wstanie z grobu i ściągnie ją w dół. Bezwiednie zrobiła krok do przodu.

Tłum zamarł. Ksiądz przytrzymał ją za ramię.

Niewiarygodne, pomyślał opierający się o pobliskie drzewo mężczyzna. Co za teatr! Ręce trzymał skrzyżowane na szerokiej piersi. Uważnie przypatrywał się wdowie, ale ta nawet na niego nie spojrzała, zbyt zajęta odgrywaniem swojej roli – omal nie rzuciła się do grobu.

Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, jednak po chwili ze złością zacisnął usta. Powie jej to – odegrała scenę na piątkę. Ponadto czarna obcisła sukienka świetnie podkreśla jej smukłą, ale i nieco krągłą sylwetkę.

Zimno blond włosy wdowa spięła w nieduży kok. Mały okrągły kapelusz idealnie pasował do zwiewnej jak mgiełka woalki. Nieznajomy był pewien – kobieta szczerze opłakiwała, ale nie męża, lecz majątek, który przeszedł jej koło nosa.

Wykrzywił usta w okrutnym uśmiechu. Lara Winterborne, z domu Templeton, w pełni na to zasłużyła.

Przytrzymana przez księdza stanęła jak wryta, ale tym razem oblała ją fala ciepła, jakiego nie czuła od dawna. Spojrzała w górę, próbując otrząsnąć się z dziwnego doznania. Ksiądz odszedł. Tłum rzedniał.

Pogrzeb się skończył.

Lara czuła jednak niepokój. W dali dostrzegła wysokiego i barczystego mężczyznę, pewnym krokiem idącego w stronę kolumny lśniących limuzyn. Miał czapkę z daszkiem i uniform.

Jeden z wielu prywatnych szoferów.

Jednak w jego sylwetce było coś, co przykuwało jej uwagę. Prężny sposób, w jaki stawiał kroki. Luz i pewność siebie. Więcej niż uwagę. Przez króciutką chwilę poczuła nawet zawrót głowy. Była niemal pewna… Nie… Niemożliwe… Natychmiast odrzuciła te myśli… To nie może być on…

Strzępy rozmów prowadzonych szeptem przez rozchodzących się żałobników odwróciły jej uwagę od nieznajomego. Nie chciała ich słuchać, ale same dobiegały do jej ucha.

Naprawdę? Nic jej nie zostawił?

Nigdy nie powinien się z nią żenić!

Pewnie chciała podreperować swoją reputację po tym, gdy omal nie wyszła za jednego z najgorszych playboyów…

Ostatnia uwaga obudziła w niej bolesne wspomnienia. Ale w ciągu dwóch lat małżeństwa Lara nauczyła się puszczać kąśliwe uwagi mimo uszu. Niech myślą, co chcą. Nic nie sprawiło jej większej ulgi niż to, że jeden z najbogatszych angielskich arystokratów nie zapisał jej ani pensa.

Nigdy nie wzięłaby z nim ślubu, gdyby nie znalazła się w sytuacji bez wyjścia – w haniebny sposób zdradzona przez własnego wuja. Nie była jednak aż takim zimnym potworem, by śmierć męża w ogóle jej nie poruszyła.

Przede wszystkim jednak czuła się wewnętrznie pusta. Wyczerpana. Skalana tym, że wiązano ją z jego nazwiskiem.

Jej żal miał zupełnie inne źródło. Wiązał się z kimś, kogo jej zabrano, zanim jeszcze mogła wejść w dorosłe życie. Oddychać pełną piersią. Mężczyzną, którego kochała tak, że nie wyobrażała sobie, że można kochać bardziej. Przez nią torturowano go i okaleczono. Znalazł się blisko śmierci. Nie miała wyjścia, ale musiała zrobić to, co zrobiła, by ochronić go przed większym bólem. I możliwe, że znacznie gorszym losem.

Odwróciła się od grobu i ruszyła w stronę dwóch stojących jeszcze limuzyn. Żadna z nich nie czekała na nią. Gdy tylko wróci do luksusowego apartamentu, który zajmowała z mężem, na progu będą czekać już spakowane walizki. Henry Winterborne pragnął zachowywać pozory, ale tylko za życia!

Teraz wszystko było możliwe. Mogła polegać wyłącznie na sobie.

Poczuła paraliżujący lęk, ale szybko się opanowała. Pomyśli o wszystkim, gdy nadejdzie pora.

Pół godziny, Laro, usłyszała wewnętrzny głos.

Zignorowała go.

Ku jej zaskoczeniu jeden z pracowników zakładu pogrzebowego otworzył przed nią drzwiczki pierwszej z limuzyn. Kątem oka dostrzegła sylwetkę kierowcy. To samo odczucie… Ktoś znajomy… Jesteś przesądna, skarciła się w myślach. Pomyślała o tamtym mężczyźnie tylko dlatego, że w końcu zrzuciła z ramion ciężar, który przez dwa lata przygniatał ją do ziemi.

Usiadła na tylnym siedzeniu. Ostatni strzęp luksusu. Nie żeby jej na tym zależało. Dawno temu, gdy w tragicznym wypadku straciła rodziców i brata, aż nazbyt boleśnie zrozumiała, że gdy tracisz tych, których kochasz najbardziej, rzeczy materialne przestają się liczyć.

Jednak ta lekcja nie ustrzegła jej przed zakochaniem się w…

Limuzyna ruszyła.

Nie teraz, skarciła się w myślach… Choćby postawny szofer jeszcze bardziej przypominał tamtego mężczyznę…

Nie mogła jednak powstrzymać ciekawości i co jakiś czas zerkała na odbijający się w lusterku wstecznym fragment twarzy kierowcy częściowo ukrytej za okularami słonecznymi. Widziała lekko orli nos i mocno zarysowaną górną wargę oraz wydatną linię szczęki.

Serce biło jej mocniej, chociaż rozum podpowiadał, że szofer nie może być…

W tym momencie sam zasunął okienko oddzielające go od pasażerki. Gest ten odczuła niemal jak prztyczek w nos. Śmieszne. To tylko kierowca. Może uważał, że ona potrzebuje prywatności.

Jednak jej niepokój nie słabł. Tym bardziej że spostrzegła, że zamiast zbliżać się do położonego w zamożnej londyńskiej dzielnicy Kensington domu, gdzie znajdował się ich luksusowy małżeński apartament, limuzyna oddala się od głównej ulicy i kieruje w boczną uliczkę, przy której stały rezydencje godne głów państwa.

Kierowca musiał się pomylić.

Gdy samochód zaparkował przed jedną z nich, Lara wychyliła się i zapukała w okienko. Szyba natychmiast bezszelestnie się odsunęła. Mężczyzna wciąż patrzył przed siebie. Jedną rękę trzymał na kierownicy.

– Chyba źle pan pojechał. Mieszkam przy Marley Street.

– Przeciwnie, kochanie, jesteśmy we właściwym miejscu – usłyszała głos kierowcy.

Ten głos. Jego głos.

Mimowolnie wstrzymała oddech. Mężczyzna zdjął okulary, a po chwili odwrócił się do niej twarzą.

Lara znieruchomiała. Patrzyła wstrząśnięta. Czas stanął w miejscu.

Wciąż brzmiały jej w głowie słowa, które wypowiedział dwa lata temu: „Będziesz tego żałować do końca życia. Należysz do mnie, Laro”.

A teraz jest tutaj, by triumfować z powodu jej poniżenia.

Ciro Sant’Angelo.

Odpowiedziała mu wówczas przecząco. Żaden powód do dumy. Od tego czasu codziennie żałowała tych słów. Ale była zrozpaczona i nie miała wyboru. Okaleczono go i niemal zabito tylko dlatego, że miała odwagę spotykać się z nim i zakochać. Wbrew nieznanym jej wówczas planom wuja.

 

Chociaż odrzucała tę myśl, marzyła o chwili, gdy Ciro po nią wróci. Rzeczywistość okazała się jednak zbyt ciężka do udźwignięcia. Lara nie była gotowa na takiego mężczyznę. Ani dwa lata temu, ani dziś.

I nigdy nie będzie.

Ogarnęła ją panika. Chwyciła za klamkę drzwiczek limuzyny, ale były zamknięte na głucho. Rzuciła się do drugich. To samo.

– Otwórz drzwi. To szaleństwo. – Spojrzała na niego, wstrzymując oddech.

– Mam się czuć zaszczycony, że mnie pamiętasz? – odparł z ironicznym uśmieszkiem na ustach.

Gdyby nie była tak oszołomiona, zaśmiałaby mu się prosto w twarz. Ciro był mężczyzną, którego nie sposób zapomnieć. Wysoki i barczysty, ale o smukłej i wspaniale umięśnionej sylwetce. Emanował charyzmą i władczą postawą. Dodajmy idealną symetrię twarzy z głęboko osadzonymi ciemnymi oczyma i usta… Jakby stworzone do grzechu.

Gdyby nie lekko postrzępiona biała blizna ciągnąca się od prawego oka przez cały policzek niemal do szczęki, stanowiłby uosobienie idealnego typu męskiej urody. Lara patrzyła na tę bliznę z przerażeniem, bo zbyt dobrze wiedziała, że sama ponosi za nią odpowiedzialność.

– Czujesz odrazę? – Obrócił się do niej prawą stroną.

Jego oczy świeciły lodowatym blaskiem.

Wolno potrząsnęła głową. Blizna w niczym nie ograniczała jego męskiej urody. Więcej – nadawała jej zmysłowo dziki i zwierzęcy rys.

Rys niebezpieczny.

– Ciro… – Lara zaczynała rozumieć, że nie śni koszmaru i nie ma do czynienia ze zjawą. – Co tu robisz? Czego chcesz?

Tego, co moje. Ta myśl przeszyła go jak ostry nóż. Burzyła się w nim krew. Po nieskończenie długich dwóch latach, kiedy robił wszystko, by wymazać z pamięci jej zdradliwą i piękną twarz, Lara siedziała teraz w jego limuzynie. Wtedy przegrał, a mimo to znów ponad wszystko pragnął zobaczyć to oblicze.

– Zdejmij kapelusz – odezwał się władczym głosem.

Jej jasnoniebieskie oczy świeciły nawet zza woalki. Widział przez nią także delikatnie zarysowany podbródek i usta, które – jak pamiętał – zapragnął całować, gdy tylko zobaczył je po raz pierwszy. Pełne i dojrzałe jak owoc. Zmysłowe przypomnienie, że pod eleganckim i chłodnym wyglądem, płonie prawdziwy ogień.

Żar.

Na chwilkę przygryzła wargi i odsunęła woalkę.

Codziennie przysięgał sobie, że nigdy już nie da się uwieść jej zmysłowej urodzie. Na próżno. Teraz czuł, że brakuje mu oddechu. Nic się nie zmieniła. Wciąż była ideałem klasycznego piękna. Wielkie oczy przysłonięte długimi czarnymi rzęsami… Lekko wystające kości policzkowe. Prosty nos… I te usta – jak rozwinięty pąk róży – obiecujące nieprzyzwoitą burzę zmysłów… Nawet jeśli oczy patrzyły z niewinną naiwnością dziecka.

Zadurzył się w nich. Niemal na śmierć i życie.

– Nie tutaj… – wrócił do rozmowy zły, że widok Lary sprawia, że traci nad sobą kontrolę. – Porozmawiamy w środku. – Wysiadł i ruszył w stronę okazałej rezydencji.

Gdzie? Miała to pytanie na końcu języka, ale drzwi limuzyny już otwierał groźnie wyglądający mężczyzna ze słuchawką w uchu. Ochroniarz. Ciro nigdy nie dbał o swoje bezpieczeństwo, ale po porwaniu zmienił zdanie.

Porwanie...

Czuła, jak oblewa ją zimy pot.

Dwa lata temu Cira porwano i brutalnie okaleczono. Porwano ich razem, ale ją po kilku godzinach wywieziono na obrzeża Florencji i wypuszczono. Nigdy nie doświadczyła takiego strachu i lęku. A przecież wszystko wydarzyło się przez nią.

Przez chwilę stała przed schodami prowadzącymi do frontowych, ręcznie rzeźbionych potężnych drzwi. Były otwarte. Widziała przez nie kolisty hol wyłożony wspaniałą czarno-białą mozaiką.

– Pan Sant’Angelo oczekuje pani. – Ochroniarz wskazał jej drzwi.

Weszła do środka. Jak spod ziemi wyrosła przed nią schludnie ubrana kobieta w średnim wieku.

– Witam, pani Templeton. Wezmę pani rzeczy.

Lara podała jej kapelusz i torebkę, ledwie zauważając, że gosposia używa jej panieńskiego nazwiska.

– Pozwoli pani za mną. – Kobieta mówiła ciepłym i życzliwym głosem.

Jaskinia lwa, pomyślała Lara, próbując opanować rosnące napięcie.

Stał odwrócony plecami i nalewał sobie drinka.

– Kawa? Herbata, pani Tmpleton? – spytała gosposia.

– Nie, dziękuję – odparła Lara.

Kobieta opuściła salon.

Przez ogromne okna dochodziły stłumione odgłosy londyńskiego ruchu ulicznego. Okazały salon równie dobrze mógłby się znajdować w pałacu arystokraty. Przeważała w nim pięknie dobrana pastelowa kolorystyka. Na ścianach wisiały wielkie abstrakcyjne obrazy mistrzów światowej awangardy. Patrząc na nie, Lara przypomniała sobie, jak Ciro zabrał ją do pewnej galerii sztuki w Florencji. Była już zamknięta, ale szybko otworzono ją specjalnie dla nich. Dla niej. Wspomnienia wracały jak żywe.

Znali się wtedy dopiero dwa dni. Zaskoczył ją jego wybór, bo galeria oferowała bardzo wysublimowane dzieła sztuki. Dla koneserów. Pamiętała, jak z lekką kpiną w głosie zapytał: „Myślałaś, że nieokrzesany Sycylijczyk nie rozumie sztuki nowoczesnej?”.

Zawstydził ją, bo sądziła, że jako włoskiego samca alfa bardziej interesują go dzieła klasyczne. Konserwatywne.

Nieśmiało odwróciła się w jego stronę, zastanawiając się, co właściwie ten mężczyzna tu z nią robi – bladawą angielską studentką historii sztuki.

Sprawiał wrażenie smukłego geparda, który z każdym poruszeniem emanuje zabójczą i zwiniętą jak sprężyna uśpioną energią.

W galerii było pusto i cicho. Wciąż pamiętała przyjemne napięcie, jakie opanowało jej ciało. Jak się nie zakochać w mężczyźnie, który sprawia, że po raz pierwszy w życiu czuje się jak księżniczka, przed którą otwarto wrota zamku?

Wtedy jeszcze się nawet nie pocałowali…

– Może coś mocniejszego? – Głos Cira wyrwał ją z zamyślenia. – Brandy dla ukojenia smutku i żalu, jakie musisz odczuwać?

Jej ciało drżało z napięcia. Odwrócił się do niej. Miał na sobie rozpiętą pod szyją koszulę. Koniuszkiem języka próbowała zwilżyć suche wargi. Pamiętał, jak całowała nimi jego męski tors.

Przestań, zrugała się w myślach.

Mieszkał tu cały czas? Kilkaset metrów od apartamentu Winterborne’a, gdzie tak wiele wycierpiała?

– Jak długo tu mieszkasz? – zapytała.

– Kupiłem ten dom całe miesiące temu. Ale dopiero teraz skończyłem remont.

Więc jednak nie mieszkał. Ta myśl przyniosła jej ulgę. Nie zniosłaby jego widoku z inną kobietą. Tego, że jest tak blisko. Nigdy nie miała żadnej władzy nad tym mężczyzną. Oddawała się marzeniom i złudzeniom.

– Nie mam czasu na słuchanie tego, co chcesz powiedzieć. – Stanowczym głosem wróciła do rozmowy. – Muszę jeszcze gdzieś pójść…

Do apartamentu, z którego za chwilę mnie wyrzucą. Poczuła na plecach zimny dreszcz.

Ciro podniósł do ust szklaneczkę i jednym haustem wychylił jej zawartość.

– Ale nie masz dokąd, prawda? – odezwał się, wolno cedząc słowa.

Zbladła, jakby cała krew odpłynęła jej z policzków. Skąd mógł…

– Skąd wiedziałem? – spytał, jakby czytał w jej myślach.

Wpatrywał się w nią swoimi ciemnymi oczyma. Przeszywał wzrokiem. Miała wrażenie, że wpadła pod wodę, traci kontrolę nad sobą. I tonie.

– Na pogrzebach zawsze słychać mnóstwo plotek, ale mam też swoje źródła. Doniosły mi, że Winterborne zapisał wszystko dalekim krewnym i że gdy tylko zabierzesz rzeczy, znajdziesz się na ulicy. Wydrenowali też twój fundusz powierniczy. Biedna Lara nie ma ani grosza. Trzeba było zostać ze mną. Mam trzy razy więcej niż twój zmarły małżonek. Nie musiałabyś też przez ostatnie dwa lata męczyć się ze starcem w łóżku. – Głos Cira brzmiał lodowato i szyderczo.

Łamała sobie głowę, jak zdobył informację o funduszu. Słysząc słowo „starzec”, miała ochotę zwymiotować.

Wszystko, co zostawili jej rodzice, znikło, zanim w ogóle zdążyła się tym nacieszyć.

– Nigdy nie chodziło o pieniądze – wycedziła przez zaciśnięte usta.

– Nie. A o pochodzenie, prawda?

Nie masz racji, pomyślała. Chodziło o szantaż i przymus.

Wymuszono na niej to małżeństwo.

Ale miał rację, chodziło też o przynależność do klasy społecznej. Tyle że nie ona o tym myślała. Zawsze miała to w nosie. Nie żeby Ciro kiedykolwiek jej wierzył. Sama się przyczyniła do jego braku zaufania.

Nie miała zamiaru się bronić. Próżny trud. Ledwie znała stojącego przed nią mężczyznę, choć kiedyś sądziła, że zna każdą cząsteczkę jego duszy i ciała. Dwa lata temu pozbawiał ją złudzeń w kwestii romantycznej miłości. Nie mogła jednak zaprzeczyć, że jej serce zawsze biło gwałtowniej na jego widok.

Znało go jej ciało.

Wzrok Lary przyciągnęła trzymająca szklaneczkę jego prawa dłoń. Nie miał małego palca…

– Niezbyt miły widok, co? – Dostrzegł, że patrzy na jego rękę.

Poczuła ucisk w żołądku. Pamiętała, jak leżał w szpitalnym łóżku z głową i połową twarzy w bandażach… Jego ręce… Była zbyt załamana i zdenerwowana, by zauważyć coś więcej.

– Oni ci to zrobili? Porywacze? – spytała martwym głosem, wskazując na palec.

– Tak. Mieli niezły ubaw. Nudziło im się, gdy czekali na polecenia.

Zmienił się, pomyślała. Stał się twardszy. Zimny.

– Dlaczego tu jestem? – zapytała po chwili milczenia.

– Bo mnie zdradziłaś. – Ostrożnie odłożył szklaneczkę na srebrną tacę. – Moja kolej na odebranie długu.

Długu? Słowo to wciąż rozbrzmiewało w jej głowie.

– Nie jestem ci nic winna.

Ta wypowiedź zabrzmiała jednak niezręcznie w jej ustach.

Kłamiesz, usłyszała własny wewnętrzny głos.

– Jesteś. Odeszłaś, gdy najbardziej cię potrzebowałem. Zostawiałaś mnie na żer mediów, które miały frajdę, przytaczając stare opowieści o związkach mojej rodziny z mafią. I nie tylko. Zostawiłaś mnie… Bez siebie… Panny młodej…

Przypomniała sobie zgryźliwe nagłówki, jakie ukazały się tuż po porwaniu i jej szybkim ślubie z Winterborne’em. Gniew mieszał się w niej z poczuciem winy, ale świadomie skupiła się na tym pierwszym.

– Chciałeś ożenić się ze mną tylko dla moich znajomości w kręgach arystokracji, do których nie miałeś dostępu – wybuchła.

Nie kochał Lary. Tak, pragnął jej, bo najpierw zaintrygowała go swoją niewinnością i naiwnością. A później już z racji jej koneksji i nazwiska.

Po dwóch latach, dzięki dystansowi i perspektywie, zrozumiała, jak bardzo odświeżająca musiała być taka kobieta jak ona dla tego kompletnie zblazowanego mężczyzny. Była tak ufna. Tak kochająca.

Gdyby nawet się pobrali, ich związek i tak by nie przetrwał. Jej atrakcyjność dla niego powoli by się zużyła i szybko poczułby się rozczarowany jej niewinnością. Jej nazwisko i koneksje wykorzystałby tylko dla własnych celów i ambicji. Nie miała w tej kwestii żadnych wątpliwości.

Nie wybaczy jej, że zabrała mu to wszystko. Pała żądzą zemsty.

Przez krótką chwilę wyobraziła sobie, że mówi mu, co się wtedy zdarzyło. Jak zbiegły się wydarzenia, które musiały ich rozdzielić. Jak okrutnie manipulował nią jej wuj. Już nawet otwierała usta, ale wtedy przypomniały jej się słowa Cira.

„Nie łudź się, że czułem do ciebie coś więcej niż ty do mnie. Tak, pragnąłem cię, ale było to tylko cielesne pożądanie. Przede wszystkim chciałem wziąć ślub, bo dzięki tobie zyskałbym szacunek, jakiego nie mogą kupić żadne pieniądze”.

– Wolę myśleć o tym jak o spłacie długu. Powiedziałaś, że wyjdziesz za mnie, i trzymam cię za słowo. Potrzebuję żony, ale nie mam ochoty wplątywać się w żadne sentymenty czy zbędne emocje, gdy ty jesteś do wzięcia. – Jego zimny głos przebił się przez ścianę jej wspomnień.

– Nigdy nie słyszałam nic równie śmiesznego – odparowała ze spokojem, ale miała poczucie, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa.

– Naprawdę? Ludzie pobierają się ze znacznie błahszych powodów – powiedział z wyraźną ironią w głosie.

Patrzyła na niego bezradnym wzrokiem rozdarta między nienawiścią, że zjawił się nagle jak czarodziej, by przewrócić jej świat do góry nogami, a potrzebą rozpaczliwej obrony samej siebie. Tę drugą możliwość straciła jednak już wtedy, gdy chłodno rzuciła mu, że nie ma zamiaru za niego wychodzić, bo obiecano ją komuś innemu. Bardziej odpowiedniemu.

Powiedziała mu, że śmieszy ją jego rzucona w ogromnym pośpiechu propozycja. Że wszystkie wypowiadane chropawym tonem słowa miłości były zwykłymi banałami.

 

Nigdy nie zapomni wyrazu czystej nienawiści, jaki pojawił się na jego twarzy, gdy wyrzuciła z siebie te zjadliwe słowa. Zrozumiała wtedy, jak bardzo żyła złudzeniami. I cieszyło ją, że odgrywała tę rolę, bo przynajmniej wiedziała, co naprawdę czuł.

Ale przeze mnie niemal go zabito…

Znów ugięły się pod nią nogi. Nie zasługiwał na ten los. Za co? Za to, że jej nie kochał? Miłość chadza swoimi drogami i trudno wymagać od kogoś, by akurat ciebie obdarzył uczuciem. Ocalił ją z rąk porywaczy. Zaoferował im zamianę – jego życie za jej życie. Później dowiedziała się, że i tak nic jej nie groziło. On jednak nie wiedział. I nawet teraz, gdy myślała o jego poświęceniu, czuła zimny pot na plecach. Miał prawo jej nienawidzić, ale gdyby znał prawdę, dodałby do tego uczucia także pogardę.

Czuła, jak rośnie w niej twarda gula emocji. Nie mogła znieść, że tak źle o niej myśli. Choć wiedziała, że sama jest winna temu, że zręcznie przekonała go do swojego kłamstwa. Spotkanie po dwóch latach w jednej chwili otworzyło w niej stare rany. Mimowolnie zrobiła krok do przodu. Słowa same wylewały się z jej ust.

– Pragnęłam wyjść z ciebie bardziej niż czegokolwiek innego na świecie. Ale mój wuj… Ten człowiek był uzależnionym od hazardu szaleńcem… Stracił wszystko. Sprzeciwił się ślubowi. Uznał, że nie jesteś godny rodu Templetonów. To on zmusił mnie do powiedzenia ci tych strasznych rzeczy… Wszystko było wielkim kłamstwem…

Przerwała nagle, a jej słowa zawisły w napiętym jak cięciwa łuku powietrzu. Twarz Cira była nieruchoma. Nie wyrażała żadnych emocji. A przecież pamiętała, z jakim ciepłem w oczach i wyrozumiałością potrafił na nią patrzeć. I z miłością, jak wtedy myślała. Ale nie była to miłość, lecz pożądanie. Cielesne pożądanie i pragnienie zdobycia jej ciała.

Podniósł ręce i zaczął powoli klaskać. Głuchy odgłos wypełnił salon.

– Jesteś wyjątkowa, wiesz o tym? Dobry teatr – odparł ironicznie cierpkim głosem. – Ale nie udawaj ofiary. Nie nabierzesz mnie. Myślisz, że uwierzę, że zmuszono cię do poślubienia kogoś, kto mógłby być twoim ojcem i w dodatku od ręki spłacić dług publiczny małego kraju? Zapomniałaś, że wiedziałem wiele twoich twarzy, a ta szczera i niewinna maska, jaką teraz zakładasz, zupełnie do ciebie nie pasuje. Nie wysilaj się. Po co?

Wiedziała, że nie ma sensu próbować. Nie przebije tego muru. Jak miałaby mu wyjaśnić, że od chwili śmierci jej rodziców wuj – jako prawny opiekun – manipulował nią i wykorzystywał do własnych celów? Do dziś zadziwiała ją skala niegodziwości, jakich się dopuścił.

Ale i w Cirze widziała bezwzględny upór i zacięcie. Powinna wiedzieć, że dwa lata temu nie odgrażał się na próżno. Był Sycylijczykiem w każdym calu. A ci nigdy nie zapominają o odwecie za krzywdy. Pochodził z rodziny o długiej, pełnej przemocy i krwi historii. Zemsta i kara stanowiła dla nich akt nieuchronny. Sposób życia. Nawet jeśli w ostatnich pokoleniach odcinali się od tej tradycji.

Powiedział jej kiedyś, że jego przodkowie wywodzą się od mauretańskich piratów. Nie miała powodów nie wierzyć. Czuł się przez nią zraniony nie tyle w sercu – bo tego nikt nie mógł mu zranić – ale w swojej sycylijskiej dumie. I nie wybaczy. Zraniło go jej odejście i to, że brutalni porywacze na zawsze zmienili jego wygląd, do bólu pokazując mu, że nawet jego można pokonać. Upokorzyć.

Miała u niego dług. Ale nie mogła spłacić go czysto emocjonalnie. Uczuciowo.

Odezwał się jej instynkt przetrwania. Wyrzucała sobie, że w ogóle próbowała się bronić. Nie mogła znieść, że zobaczył, jak bardzo jest bezbronna. Jak bardzo ostatnie dwa lata jej życia stanowiły czas samotnej tortury.

Szybko odsunęła od siebie te wspomnienia i myśli. Lekko, jakby od niechcenia, wzruszyła ramionami. Odgrywała już kiedyś tę rolę. Dlaczego nie miałaby odegrać jej teraz?

– Miło było cię znów spotkać, ale, szczerze mówiąc, jesteś bardziej żałosny, niż byłeś dwa lata temu. Jeśli w ogóle cokolwiek się zmieniłeś. Co byś zrobił, gdyby Winterborne nie umarł? Porwałbyś mnie? Uwiódł, a potem dopełnił zemsty?

Odczuwał te słowa jak bolesne ukłucia. Wdzierały się zbyt głęboko w jego wnętrze. O wiele za daleko. Przez dwa lata śledził jej życie. Donoszono mu o wszystkich jej poczynaniach. Miejscach, gdzie przebywała. Niewiele w tym życiu się działo. Żadnych przyjaciół. Mąż trzymał ją tylko dla siebie – kazał skupiać na sobie całą uwagę.

Ciro nie wiedział, jak postąpi z Larą, ale ukoronowaniem jego działań był zakup tej rezydencji. Stąd – sam niewidoczny – mógł śledzić każdy jej krok. Doszedł do miejsca, z którego nie było już odwrotu. Musiał wymierzyć zemstę.

Bał się tylko jednego – że więcej jej nie zobaczy.

Nie wiedział też, czy ten lęk nie jest silniejszy od chęci odpłaty.

Przez ostatnie miesiące rosło w nim wewnętrzne napięcie. Wciąż rozmyślał, jak ją uwieść. Myśl ta stała się niemal jego obsesją. Mówił sobie, że w ten sposób obnaży jej dwulicowość. Ale wiedział, że kierują nim bardziej prozaiczne i mroczne motywy. Uwięzione tam, gdzie ukrył je dwa lata temu, gdy na jego oczach zmieniła się w kogoś zupełnie obcego. Gdy zrobiła z niego głupca, który z powodu ślepego pożądania nieopatrznie odrzucił swoją dobrze wypróbowaną cyniczną maskę. I pokazał coś jeszcze gorszego – uczucia. Tęsknotę za życiem, którego przedtem nie znał. Za kobietą czystą i wierną. Kochającą i lojalną. Dobrą matką. Zanim spotkał Larę, nigdy nie oddawał się takim mrzonkom, uznając je za fantazje słabeuszy. Ona jednak wydobyła z niego rys bezbronności, do którego sam za nic w świecie by się nie przyznał.

Wszyscy jednak bywamy bezbronni. Nawet gdy mamy na koncie miliony.

Irytowało go jednak, że rozważa uwiedzenie i odbicie Lary, bo zawsze sobie obiecywał, że będzie żył uczciwiej niż jego matka. Że nigdy nie dopuści do takich zdrad, jakie ona popełniała. Musiał jednak stanąć oko w oko z trudną prawdą, że jego pożądanie i chęć zemsty mają równie nikczemny charakter, jak poczynania słabej i skłonnej do zdradzania męża matki.

Lara patrzyła, jak zmienia się jego twarz. Jej wyraz staje się coraz bardziej mroczny. Napięty. Ciro patrzył na nią, jakby była ucieleśnieniem wszelkiego zła. Ruszył w jej kierunku. Odruchowo cofnęła się, ale nie uszła jej uwagi prężność jego kroków. Był idealnym uosobieniem samczej siły i energii.

Nie obawiała się jego czystej cielesności, chociaż w powietrzu wciąż unosiło się silne zmysłowe napięcie. Lękała się czegoś bardziej dwuznacznego i ukrytego głęboko w niej poczucia, że potrafi ją zniszczyć. Już dokonał w niej spustoszeń.

Stanął tuż przed nią. Jego zapach zmieszany z zapachem wody kolońskiej wiązał ją z nim jakimiś niewidzialnymi sznurami.

– Sugerujesz, że tylko o tym myślałem? Nie, kochanie. Od czasu, gdy wpuściłaś tego starca do łóżka, prowadziłem też normalne życie.

Wiedziała. Chociaż z całych sił próbowała wyrzucić go z głowy, nie była w stanie uwolnić się od niego. Od czasu porwania stał się jeszcze sławniejszy, bardziej znany, choć niekoniecznie była to dobra sława. Media zabiegały o wywiady. Potroił swój majątek. Jego skupiony dotąd na rynku nieruchomości i osiągający błyskawiczne sukcesy holding Sant’Angelo zajmował się teraz także logistyką i międzynarodowym transportem morskim.

Cieszył się opinią geniusza biznesu. Nigdy nie widziano go dwa razy z tą samą pięknością, co było nie lada wyczynem, zważywszy częstotliwość, z jaką fotografowano go z kolejnymi kochankami na uroczystych przyjęciach europejskiej i światowej śmietanki towarzyskiej.

Plotki na temat jego bujnego i szalonego życia miłosnego szybko przykryły wszelkie domysły i pogłoski, dlaczego nie wziął ślubu z Larą. Większość przyjęła za dobrą monetę to, co zręcznie wmawiał opinii publicznej jej wuj – narzeczoną, jedną z najbardziej pożądanych brytyjskich arystokratek, wystraszyły porwanie i świeże informacje na temat związków Cira z mafią.

Większość kobiet, jakie pojawiały się u jego boku na zamieszczanych w prasie zdjęciach, w niczym nie przypominała Lary – kobiety o zimno blond włosach i błękitnych oczach. Jego kochanki miały najczęściej czarne oczy i lśniące włosy. Ponętne kształty. Emanowały niewymuszoną zmysłowością, której Lara mogła im tylko pozazdrościć. Była zbyt nieśmiała i niepewna siebie. Miała zbyt mało… doświadczenia.

Potrząsnął głową. Na jego twarzy pojawił się grymas niesmaku, który jeszcze bardziej uwydatnił widoczną po prawej stronie bliznę.

– Udawałaś przy mężu dziewicę? Grałaś od samego początku?

– Przestań – powiedziała ostrym głosem, którego ton zaskoczył ją samą. – Niczego nie musiałam udawać.

Zaśmiał się szyderczo, puszczając jej słowa mimo uszu. Kolejny dowód, że, próbując się bronić, postępuje naiwnie. Mogła mieć tylko nadzieję, że Ciro znudzi się i poprosi, by sobie poszła.