Ciche dniTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kiedy wspominam te chwile, jestem wdzięczny, że nie zostawiłaś mi dość czasu na poddanie się nieuchronnym panicznym myślom: czy uznasz, że miałem już inne kobiety? Zauważysz mój brak doświadczenia? Czy może cię to zniechęci?

Nie dzieje się nic z tych rzeczy. Jesteśmy tylko ty i ja, nasze ciała oddające się sobie nawzajem. Kochamy się z dojmującym poczuciem, że niezależnie od wszelkich przeszkód, które napotkaliśmy tego dnia na swojej drodze, na koniec znaleźliśmy się we właściwym miejscu z właściwą osobą.

Pamiętam nasz pierwszy raz, jakby to było wczoraj, Mags. Nie mogłem uwierzyć, jak miękka w dotyku jest twoja skóra, jak idealnie wydawaliśmy się pasować do siebie. Nie miałem śmiałości, by myśleć, że kiedykolwiek będzie jeszcze lepiej, że czeka mnie jeszcze więcej. Jak zawsze dowiodłaś, że się myliłem.

Kiedy kończymy, z mojej winy trochę zbyt nagle, nie chcesz słuchać przeprosin i uciszasz mnie, kładąc swój palec na moich ustach. Układasz głowę na moim lewym ramieniu. Do dzisiaj żałuję, że nie powiedziałem ci wtedy, że uczyniłaś mnie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

– Dziękuję – mówię szeptem.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Wątpię, by zdarzyło się to za pierwszym razem, chociaż mogę się mylić. Spędziliśmy wtedy kilka upojnych nocy i nerwowych poranków, bo ambitnie ustawiałaś budzik tak, że dzwonił na ostatnią chwilę przed godziną otwarcia przychodni. Ściągałaś mnie z łóżka na siłę wciąż na wpół uśpionego, zatykającego uszy przed uporczywym dzwonieniem. Gdy w końcu wypychałaś mnie za próg, z włosami sterczącymi na wszystkie strony wyglądałem jak strach na wróble. Nie było czasu na prysznic, o śniadaniu nie wspominając. Ty w odróżnieniu ode mnie zawsze prezentowałaś się nienagannie.

Mogę chyba zgodnie z prawdą powiedzieć, że w tych pierwszych miesiącach nie sypialiśmy zbyt wiele, na co oczywiście bynajmniej nie narzekałem, gdy już udało mi się dojść do siebie po gwałtownej pobudce. Często nie spaliśmy aż do świtu; leżeliśmy skuleni na boku, podparci na łokciach, aż drętwiały nam ręce, i rozmawialiśmy. Kiedy myślę o tym teraz, trudno mi przypomnieć sobie, o czym konkretnie tak gadaliśmy. Czasami snułaś nonsensowne historyjki – naśladując szczególnie zabawnych pacjentów lub odgrywając ostatnią rozmowę z właścicielem domu. Innym razem podejmowałaś najbardziej ważkie kwestie: czy wierzę w Boga? Na kogo głosuję? Och, nie zamierzałaś o to pytać, ale szczerze mówiąc, dobrze byłoby wiedzieć, czy jestem torysem, czy nie.

Pomimo twojej dociekliwości we wszystkich innych sprawach, kwestię antykoncepcji poruszyliśmy tylko jeden raz, tej pierwszej nocy, tuż przed. Powiedziałaś, że się zabezpieczasz, że to jeden z bonusów związanych z twoją pracą i żebym się nie przejmował. Posłuchałem cię i nigdy więcej nie przyszło mi do głowy poruszyć tego tematu. W końcu nie było takiej potrzeby. Poza tym zawsze zdumiewało mnie, jak szybko zapadałaś w drzemkę, gdy tylko próbowałem w naszych rozmowach skierować uwagę na ciebie. Kiedy twoje powieki zaczynały trzepotać leciutko raz po raz, co zwiastowało nadchodzącą senność, poprzestawałem na rysowaniu niewidocznych serduszek na niemal przezroczystej skórze u nasady twojej szyi, wtulony w twoje plecy.

Dosłownie każda chwila spędzona z tobą była niezwykła i wiedziałem, że chciałbym doświadczać tego przez całe życie. Podobał mi się człowiek, którym się przy tobie stawałem. Wreszcie nie wydawałem się sobie nudny. Potrafiłem nawet być spontaniczny! Pamiętasz, jak pożyczyłem samochód od Sama z laboratorium fizjologii piętro wyżej i pojechaliśmy na szaloną wycieczkę do Cotswolds? Był piękny dzień, prawdziwy początek wiosny, wystarczająco ciepły, by założyć T-shirt i czuć przyjemne ciepło promieni słońca na karku. Przestudiowaliśmy mapę i wyruszyliśmy na pieszą wyprawę. Sądziliśmy, że zatoczymy koło, ale było to najdziwniejsze koło, jakie w życiu widziałem. Sześć godzin i kilka złych decyzji na rozstajach dróg później śmiertelnie spragnieni dotarliśmy do pubu, pod którym zaparkowałem samochód. Gdy ogłoszono, że zamykają, wciąż jeszcze uzupełnialiśmy płyny.

W samochodzie niemal od razu zapadłaś w drzemkę z policzkiem przyciśniętym do szyby, co wyglądało, jakby twoje ciało w tym miejscu zaczęło się roztapiać. Jak na osobę mającą problemy z zasypianiem, szło ci całkiem dobrze. Było mi żal cię budzić i miałem ochotę zataić przed tobą problemy z samochodem, które odkryłem krótko po wyjechaniu z miasteczka. Kierownica wibrowała mi w dłoniach, początkowo delikatnie, a potem coraz mocniej, aż wzmagające się drżenie przeniosło się na moją rękę. Stanąłem na najbliższej stacji benzynowej.

– Co się stało? – pytasz, kładąc mi jedną rękę na kolanie, drugą przecierasz oczy.

– Trzeba zmienić koło.

– Chcesz zadzwonić po kogoś?

Jest ciemno, lecz placyk przed stacją benzynową jest wystarczająco oświetlony, by można było dojrzeć zamkniętą na łańcuch budkę telefoniczną po drugiej stronie z wetkniętą w drzwi kartką z nieporządnie nagryzmoloną informacją „nieczynne”.

– Nie – mówię zdumiony własną determinacją. – Poradzę sobie. Wejdź do środka. – Wskazuję głową budynek stacji.

To naturalnie zdaje się na nic. Nigdy nie lubiłaś wypełniać poleceń i teraz upierasz się, że zostaniesz ze mną. Musisz śmiertelnie marznąć w swojej letniej sukience w kropki, lecz nie dajesz nic po sobie poznać, gdy cierpliwie podajesz mi i odbierasz ode mnie klucz, przytrzymujesz koło, odkładasz na miejsce podnośnik.

– Tadam! – Prostuję się po dokręceniu ostatniej śruby, by w tej samej chwili zderzyć się z tobą czołem. Nie zauważyłem, że do mnie podeszłaś.

– O rany, przepraszam, Mags!

Trzymając się jedną ręką za nos, by zatamować krwawienie, gestykulujesz drugą, ignorując moje przeprosiny.

– Nie. – Znowu machasz ręką, tym razem w stronę mojego nosa. Krew leci i tobie, i mnie.

Nie trzeba nam było nic więcej. Oboje jednocześnie tracimy panowanie nad sobą. Zanosimy się histerycznym śmiechem, ostatnio zarykiwałem się tak w dzieciństwie.

Udaje mi się wsadzić cię z powrotem do samochodu i wtedy ponownie z całą mocą dociera do nas absurdalność sytuacji. Śmiejemy się tak bardzo, że samochód znowu zaczyna się trząść.

– Do tej pory nie miałam cię za zbyt praktycznego faceta – zauważasz, gdy już jako tako się opanowałaś. Wciąż ściskasz palcami nasadę nosa i mówisz dziwnie grubym głosem, niczym bandyta w kreskówce.

– Mój ojciec jest mechanikiem. Jak widać, mam to we krwi – odpowiadam, patrząc na nasze umazane ręce. – Cóż za odpowiednie wyrażenie, nie uważasz?

Na dnie schowka na rękawiczki znajdujesz chusteczkę higieniczną, którą dzielimy na cztery maleńkie skrawki, by zrobić z nich tampony. Staram się nie myśleć, od jak dawna tam leżała.

– Mechanik – powtarzasz, jakbyś próbowała zweryfikować moje twierdzenie. Delikatnie wtykasz mi do nosa zwitki chusteczki, po czym powtarzasz ten zabieg na sobie. Zadowolona z rezultatu nachylasz się ponad dźwignią zmiany biegów i pukasz mnie palcem w głowę.

– Skrywasz tam jeszcze jakieś talenty?

– Masę. Poczekaj, a się przekonasz.

– Nie wątpię, że masz tam prawdziwe skarby.

– Kocham cię, Maggie.

Wyrzucam z siebie te słowa szybko, zanim zdążę się rozmyślić. Noszę tę tajemnicę już od kilku tygodni. Nigdy jeszcze nie czułem tego tak mocno, jak wtedy przy tobie, gdy siedziałaś uśmiechnięta na fotelu pasażera z dziurkami od nosa zatkanymi chusteczką.

– Ja też cię kocham – mówisz rzeczowym tonem. Równie dobrze mogłabyś podawać mi wskazówki dotyczące kierunku jazdy. Nic w tej scenie nie przypomina uroczystych chwil widywanych na filmach. Nie ma czerwonych róż ani dźwięków muzyki. Wszystko dzieje się tak po prostu.

– Jedziemy? – Klepiesz kierownicę i nastawiasz głośniej radio. Zdecydowanie nie jesteś już senna.

Przez całą drogę powrotną do domu wysłuchiwałem twoich interpretacji wszystkich najnowszych przebojów, wyśpiewywałaś je z pominięciem najwyższych tonów, których nawet w przybliżeniu nie byłaś w stanie osiągnąć. Taka jak wtedy, pełna entuzjazmu, żyjąca chwilą tak intensywnie, aż niemal do utraty tchu, przypominałaś latarnię morską. Snop twojego światła padał prosto na mnie i musiałem uważać, by nie oślepił mnie blaskiem, który roztaczałaś wokół siebie. To istny cud, że nie przeoczyłem zjazdu z autostrady.

Można bez wątpienia powiedzieć, że mnie oczarowałaś. Prawdę mówiąc, byłem tak nieprzytomny z miłości, że dopiero po miesiącu czy dwóch zauważyłem, że coś jest nie w porządku. Widywaliśmy się tak często, jak to było możliwe, i prawie zawsze byłaś pełna życia. Ale to nigdy nie był cały obraz. Tego dnia nad rzeką dostrzegłem w tobie coś mrocznego, co niekiedy wyczuwałem także w strzępach naszych rozmów. Nie było w tobie nic oczywistego, a ja byłem jak zahipnotyzowany drobnymi falami sprzeczności, które zlewały się, tworząc całość, której nie sposób było się oprzeć. Byłaś jak akwarela, idealnie piękna z daleka, z bliska lekko zamazana i niewyraźna, kombinacja milionów odcieni, których istnienia nawet nie podejrzewałem. Kochałem cię całym sercem, Mags, ale, przede wszystkim chciałem cię zrozumieć.

Dlatego obserwowałem cię uważnie w chwilach, kiedy się odsuwałaś, kiedy chowałaś się za ciężką zasłoną milczenia, siedząc z ręką w mojej dłoni, podczas gdy Jules i Edie paplały radośnie w kuchni. I kiedy leżeliśmy obok siebie, starałem się odgadnąć cokolwiek po sposobie, w jaki twoje mięśnie delikatnie naprężały się i rozluźniały. Może po prostu taka już byłaś? Czy chodziło o coś więcej?

Pewnego razu obudziłem się w środku nocy w pustym łóżku. Idąc do łazienki, dosłyszałem dźwięki dobiegające z salonu na dole – głos Edie i czyjś jeszcze, rozmowa szeptem. Nie miałem zamiaru podsłuchiwać, ale byłem zmartwiony, a raczej bałem się o ciebie. Zszedłem na palcach po schodach i zobaczyłem, jak Edie cię obejmuje, a ty trzęsiesz się od płaczu.

 

Chciałem, żebyś mi powiedziała, co cię gnębi, ale jak sama doskonale wiesz, nie da się nikogo zmusić do mówienia. Kiedy tamtej nocy wróciłaś w końcu do łóżka, czekałem, by otoczyć cię ramionami. Z reguły w takim momencie wtulałaś się we mnie, kładąc głowę na swoim ulubionym miejscu pod moim obojczykiem. Tej nocy odsunęłaś się i położyłaś plecami do mnie, z głową opartą na ręce. Prawie jakby mnie tam nie było. Do dzisiaj pamiętam lodowaty chłód twoich stóp, gdy przypadkiem musnęły moje łydki.

Kilka dni później, gdy wracaliśmy razem z przychodni, postanowiłem, że muszę wreszcie spróbować się czegoś dowiedzieć. Szliśmy na piechotę, prowadząc między sobą podskakujące na bruku rowery. Skłamałem, że mam przebitą oponę, a ty byłaś zbyt rozkojarzona, by szczegółowo mnie o to wypytać. Nie po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że to ty zawsze grałaś pierwsze skrzypce w naszych rozmowach. Wyrzucałaś z siebie zdania do utraty tchu, po czym nabierałaś łapczywie haust powietrza i raczyłaś mnie kolejną obserwacją lub anegdotą.

– Miałaś dobry dzień?

– Tak, nie najgorszy. Aoife poszła na zwolnienie, więc mamy więcej pracy.

Równie dobrze mogłabyś odpowiedzieć monosylabą. Mam ochotę rzucić rower, ująć twoją twarz w dłonie i pocieszyć cię pocałunkiem, aż odzyskasz swoją niezrównaną żywiołowość i entuzjazm.

– Nie chcę być wścibski, ale przecież widzę, że coś się stało. Wydarzyło się coś złego?

Cisza.

– Jesteś ostatnio strasznie małomówna, zamknięta w sobie. Chodzi o mnie? – pytam szeptem.

Milczenie.

– Zrozumiem, jeśli chodzi o mnie. Powiedz tylko, co mam zrobić, żebyś znowu była szczęśliwa – bełkoczę bez sensu, wiem, że przemawia przeze mnie strach. Nic nie będzie dobrze, jeżeli to chodzi o mnie, jeżeli stracę najlepszą rzecz, jaka spotkała mnie w życiu.

– Nie chodzi o ciebie.

Podnosisz na mnie wzrok. Twoje oczy są szkliste. Zielonoszare jeziorka, w których zwykłem tonąć, są teraz pociemniałe i zmącone jak przed burzą, ale lękam się poruszyć i otrzeć ci łzy z obawy, byś znowu nie zamilkła.

– Nie chcę, żebyś źle o mnie myślał.

– Wiesz, że to niemożliwe. Cokolwiek się stało, jakoś sobie poradzimy.

Zdejmuję rękę z kierownicy i ściskam twoją dłoń uspokajająco. Przynajmniej taka jest moja intencja. W głowie szaleje mi gorączkowa gonitwa myśli. Zdradziłaś mnie? A może chcesz ze mną zerwać?

– Jestem… w ciąży. Z tobą.

Spodziewałem się wszystkiego, ale nie nowiny o dziecku.

– Nie mogę go usunąć, zwyczajnie nie mogę.

Z tymi słowami upuszczasz rower na ziemię z takim impetem, że pociąga za sobą mój. Przez minutę stoimy naprzeciw siebie nad tą plątaniną metalu. Na twoich policzkach lśnią ślady świeżych łez. Jeszcze nigdy nie widziałem cię takiej pięknej ani tak wystraszonej. Powoli, jakbyś była dzikim koniem, który w każdej chwili może stanąć dęba, obchodzę rowery, obejmuję cię i przytulam do siebie z całej siły.

– Wszystko będzie dobrze, Mags. Wszystko się jakoś ułoży.

Nie mam pojęcia, czy to prawda, ale wiem, że to właśnie chcesz usłyszeć, i jestem gotów powiedzieć wszystko, aby choć trochę ukoić twój lęk. Nie wiem, jak długo tak stoimy, zanim zaczynam prowadzić cię z powrotem w stronę domu.

Wieczorem w twojej sypialni, gdy przebierasz się do snu, przyklękam na jedno kolano.

– Wygląda na to, że powinniśmy sformalizować nasz związek. Mags, wyjdziesz za mnie?

Nie widzę twojej twarzy, bo głowa utknęła ci w bluzce od piżamy, ale wiem, że jesteś zaskoczona. Potakujesz, a potem na nowo zalewasz się łzami. Szperam po kieszeniach. Nie miałem oczywiście dość czasu na zorganizowanie pierścionka, ale znajduję stary paragon, który składam na pół i zawiązuję w niezgrabny supeł. To pomaga, bo zaczynasz się śmiać. Na początku ostrożnie, jakbyś musiała na nowo wypróbować swój śmiech, potem coraz głośniej i dłużej. Mój papierowy koszmarek przytłacza twój smukły palec serdeczny i znaczy śladami skaleczeń skórę na mojej piersi, gdzie twoja ręka spoczywa przez całą noc, ale przynajmniej znalazłem tymczasowe rozwiązanie.

Po raz pierwszy od dawna zasypiasz pierwsza. Ja nie śpię wcale tej nocy. Zamiast tego przez kolejne osiem godzin rozmyślam nad zmianami, które nastąpią w naszym życiu. Czuję jednocześnie panikę i euforię, jakiej nie zaznałem nigdy wcześniej. Życie spędzone z tobą? Rodzina? Nigdy nawet nie śmiałem o tym marzyć. Dotychczas nie wyobrażałem sobie siebie w roli ojca. Nie mam pojęcia o rodzicielstwie. Przychodzą mi do głowy moi rodzice – ich nudna, poukładana egzystencja, ich rezerwa i przedziwna zdolność do unikania rozmów na każdy temat, który jest choćby odrobinę niewygodny, i uznaję, że chcę być od nich lepszy, dla naszego dziecka i dla ciebie. Oddałbym życie dla tego maleńkiego zlepka komórek zawierającego cząstkę ciebie. Wszystko będzie dobrze. A nawet jeszcze lepiej.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Następnego dnia spotykam Daisy, dopiero gdy przychodzi na poranny obchód, by skontrolować wszystkie odczyty. Z początku widzę ją niewyraźnie. Przez długi czas skupiałem wzrok na bliższym planie, poza tym mam zapuchnięte oczy i poplamione szkła okularów po kilku dniach bez porządnego czyszczenia i ciągłego dotykania ich dłońmi, którymi nieustannie trę oczy. Daisy bez słowa stawia na szafce przy łóżku pudełko chusteczek higienicznych i zaczyna swoje zwykłe czynności od poprawienia pościeli.

– Wiesz, że Maggie wie, że tu jesteś?

– Nie wydaje mi się – mówię, natychmiast nienawidząc swojego cynizmu.

– Ależ wie, Frank, wie.

– Miejmy nadzieję. – Silę się na uśmiech, ale zesztywniałe kąciki ust uparcie nie chcą się unieść.

– Widać to po pomiarach, które urządzenia zarejestrowały w nocy, gdy zasnąłeś. Wszystkie wskaźniki są odrobinę niższe: rytm serca, pobór tlenu. Sądzę, że Maggie chce do ciebie wrócić. Wszystko wskazuje na to, że chce usłyszeć twoją opowieść.

– To jest takie trudne. – Usiłuję przełknąć ślinę, gdy uzmysławiam sobie, że nawet nie zbliżyłem się do najgorszej części. Jak zawsze przy Mags, zbyt łatwo dałem się ponieść optymizmowi.

– Wiem. Nikt nigdy nie mówił, że będzie łatwo.

– A jak ty sobie radzisz?

– Tutaj? W pracy?

Przytakuję.

– Cóż, dla mnie to też niełatwe.

Udaje mi się pochwycić wzrok Daisy, zanim odwraca spojrzenie w stronę okna. Wygląda na wyczerpaną: kilka kosmyków wysunęło się jej spod elastycznej opaski i sterczy teraz niesfornie nad czołem, uniform, wcześniej idealnie wyprasowany, pokrywa z tyłu siateczka ostrych zagnieceń.

– Widujemy tu straszne rzeczy, pewnie, że tak. Ale przeżywamy też wspaniałe chwile. Kiedy pacjenci zdrowieją. Musimy o tych chwilach pamiętać, gdy jest ciężko, inaczej nikt by tu długo nie wytrzymał.

Boję się zadać jej pytanie, czy będę jednym ze szczęśliwców, którzy mogą zabrać swych bliskich do domu, a potem udawać, że wszystko to było jedynie złym snem.

– Dziękuję – mówię cicho, ale to wystarcza, by przystanęła w drodze do drzwi. – Za wszystko. Masz rację. Co do tego, że nie wiadomo, czy Maggie w ogóle mnie słyszy, ale muszę w to wierzyć. Tyle rzeczy powinienem był powiedzieć jej wcześniej.

– Wszyscy mamy to samo poczucie, ale ty na szczęście wciąż masz czas. Zdążysz powiedzieć jej wszystko, co trzeba.

Ile w rzeczywistości pozostało mi czasu? Wystarczająco dużo, bym zdążył dojść do najważniejszego, wyjaśnił swoje zachowanie? Aby Maggie zrozumiała, że to nie ona była powodem mojego milczenia? Przecież to i tak niemożliwe. Wina zawsze była wyłącznie po mojej stronie. Wiedziałem, jak strasznie ją zawiodłem, i bałem się, że nigdy mi tego nie wybaczy.

– Niedobrze ci? – Daisy podaje mi ze szpitalnego wózka kartonowy pojemnik na wymioty. – Proszę.

Kładzie mi dłoń na plecach.

– Wszystko będzie dobrze. I z tobą, i z nią. Nie poddawaj się.

Pojemnik jest szorstki i chropowaty w dotyku, wydziela woń podobną do zapachu drewna, która bynajmniej nie łagodzi mdłości.

– Nie mogę – mamroczę w odpowiedzi.

– Ależ tak. Kto jak nie ty? Zobaczysz, odzyskasz Maggie, wrócicie razem do domu i będziesz dbać o nią najlepiej, jak potrafisz. Wiem to.

Taki był zawsze plan.

Kiedy powiedziałaś mi o ciąży, byłaś w trzecim miesiącu. Musiałaś czymś się zatruć i całą noc wymiotowałaś. To sprawiło, że pigułki zawiodły. Z jakiegoś powodu nie pomyślałaś, że powinnaś zastosować dodatkowe zabezpieczenie. Pamiętam, jak słuchając twoich wyjaśnień, zastanawiałem się, czego właściwie uczyli was w tej szkole pielęgniarskiej, ale wolałem ugryźć się w język.

Postanowiliśmy, że poinformujemy nasze rodziny o zaręczynach, ale wstrzymamy się z wieściami o ciąży, dopóki nie znajdziemy mieszkania i nie ustalimy, jak szybko uda nam się zdobyć termin w urzędzie stanu cywilnego. Zachwyciłaś się już pierwszym miejscem, jakie oglądaliśmy, światłem, które wpadało przez okna w salonie. Kiedy agent nieruchomości zostawił nas na moment samych pod pretekstem sprawdzenia parkometru, okręciłaś się dookoła z szeroko rozłożonymi ramionami i oświadczyłaś, że to będzie nasz dom. Wysokość kaucji w umowie najmu wprawiła mnie w osłupienie, jednak gdy zerknąłem na ciebie stojącą w świetle, które tak cię oczarowało, muskającą parapet czubkiem palca, moje wątpliwości się rozwiały. Podpisałem w wyznaczonym miejscu. Zamierzaliśmy się wprowadzić w następnym miesiącu.

Prawdę mówiąc, cieszyłem się przede wszystkim z tego, że wyprowadzam się ze swojego ciasnego jednoosobowego pokoiku i rzucam we wspólne życie z tobą. Nigdy nie zapomnę rajdu w poszukiwaniu mebli, na który namówiłaś mnie na kilka dni przed przeprowadzką. W dziesiątkach oksfordzkich sklepów z używanymi rzeczami staraliśmy się wyszukać najtańsze i najmniej ponure meble, jakie tylko można było tam znaleźć. Zdecydowaliśmy się na kanapę bez jednej poduszki z zastrzeżeniem, że postarasz się ją czymś zastąpić, i stół do kuchni tak stary, że pamiętał chyba czasy rewolucji przemysłowej. Te graty nigdy nie doczekały się obiecanej renowacji, prawda? Ale mogę wyznać, że i tak całkiem je polubiłem.

Pierwsza noc spędzona w nowym domu była idealna. Dwie poduchy wypełnione kuleczkami, duża pizza i sześciopak ohydnej oranżady, na którą od kilku tygodni miałaś wielką ochotę. W kącie stał jedyny przedmiot, jaki udało nam się wypakować: kaktus pokryty malutkimi różowymi kwiatuszkami, który kupiłem ci na jednej z naszych pierwszych randek w ogrodzie botanicznym. „Mały i kłujący, zupełnie jak ja” – skomentowałaś. Byliśmy tak zmęczeni wnoszeniem pudeł, że zasnęłaś nad niedojedzonym kawałkiem pizzy, z jedną ręką wsuniętą pod doskwierający ci krzyż. Schowałem resztki jedzenia do pudełka, zrobiłem wokół ciebie trochę miejsca i przysunąłem się bliżej, byśmy mogli przykryć się wspólną kołdrą bez poszwy. Mógłbym wspominać tę pierwszą noc w kółko, minuta po minucie, Mags.

Następnego ranka, jeszcze nim zdążyłem przetrzeć oczy, ty byłaś już na nogach i rozpakowywałaś rzeczy. Wydawało się, że jesteś w swoim żywiole, taka zajęta urządzaniem naszego pierwszego domu, uznałem więc, że najlepiej będzie cię z tym zostawić. Wiesz, że to jest rzecz, której żałuję najbardziej, po dziś dzień? To, że zostawiłem cię tam samą? Bóg jeden wie, że byłaś – jesteś – uosobieniem praktycznej zaradności, ale w takiej sytuacji? Powinienem był mieć więcej rozsądku.

Przykręciwszy tu i tam klamki i naoliwiwszy zawiasy, wyczuwam, że ci zawadzam i moja bezcelowa obecność tylko działa ci na nerwy. Z burczeniem w żołądku wyruszam więc do sklepu, by uzupełnić nasze skromne zapasy. Z pewnością nie wyszedłem na długo. Ale to wystarczyło. Wspominając dzisiaj tamten dzień, zastanawiam się, kiedy zorientowałem się, że coś jest nie tak. Czy wtedy gdy nie otworzyłaś mi drzwi? Czy wtedy gdy nie ujrzałem cię w salonie? Cokolwiek to było, panująca wszędzie cisza tylko potwierdziła moje złe przeczucia.

– Mags! Wróciłem! Mam coś do herbaty i tostów, zjemy śniadanie? Gdzie jesteś?

Chodzę po domu i zaglądam we wszystkie zakamarki. Na piętrze staję przed zamkniętymi drzwiami łazienki. Pukam lekko.

Cisza.

– Mags, jesteś tam? Wszystko w porządku?

Cisza.

Nigdy nie byłem typem faceta, który kopniakiem wyważa drzwi, i nie zamierzam taki się stać, niezależnie od ogarniającej mnie paniki. Po kilku sekundach rozlega się szczęk odsuwanej zasuwki. Powoli i ostrożnie uchylam drzwi.

Siedzisz na sedesie z twarzą ukrytą w dłoniach, z rajstopami zsuniętymi do kolan. Nie patrzysz w moją stronę. Spoglądam w ślad za twoim wzrokiem. Purpurowa plama na śnieżnobiałych kafelkach na podłodze: kałuża krwi.

 

Nie mówisz słowa. Ani wtedy, ani przez kolejne trzy dni. Twoje milczenie jest głośniejsze od najgłośniejszego krzyku.

Napuszczam wodę do wanny. Nie opierasz się, gdy cię rozbieram i rzucam ubrania na stosik, by później je namoczyć i sprać ślady naszej straty. Jesteś bezwładna jak szmaciana lalka, gdy cię podnoszę i wkładam do wanny niczym małą dziewczynkę. Okrutna ironia losu sprawiła, że stałaś się moim dzieckiem. Napuszczam niedużo wody w obawie, że nie będziesz mogła lub chciała utrzymać głowy nad powierzchnią i utopisz się, gdy odwrócę wzrok choćby na sekundę. Na twoim dekolcie wciąż widnieje pomarańczowa plamka w miejscu, gdzie poprzedniego wieczoru kapnęła odrobina sosu pomidorowego. Pocieram mocniej kciukiem, by ją zmyć, lecz ty tego w ogóle nie zauważasz.

Nie mam pojęcia, co dalej. Może powinienem wezwać lekarza? Czy wolno mi to zrobić bez twojej zgody? Pocieszam się faktem, że się na tym znasz. Na pewno miałaś do czynienia z kobietami w takim stanie i chyba wiesz, co robić.

Przyklękam przy wannie i zaczynam polewać cię ciepłą wodą, która po chwili zabarwia się na różowo. Nie rozpakowałaś jeszcze ręczników, więc gdy kąpiel stygnie, wyjmuję cię z wanny i owijam prześcieradłem z sypialni. Otulona białą bawełnianą płachtą przypominasz dziewczynkę przebraną za pannę młodą, twoja subtelna twarz jakby skamieniała pod wpływem przeżyć, które wydają się zbyt dorosłe dla kogoś takiego jak my.

Zanoszę cię do łóżka i zasuwam zasłony. W półmroku widzę, jak leżysz skulona w pozycji płodu, plecami do mnie. Kiedy mam pewność, że nie zamierzasz się poruszyć, wychodzę na palcach do holu, by poszukać twojej torebki. Po głowie kołacze mi się myśl, że powinienem wezwać na pomoc Edie. Jej numer znajduję w notesie, który spoczywa, tak jak przewidywałem, w wewnętrznej kieszonce torebki. Nie znamy jeszcze sąsiadów z dołu, ale muszę natychmiast skorzystać z telefonu i wobec powagi sytuacji moja nieśmiałość znika.

Na szczęście są w domu. Moje przygnębienie musi rzucać się w oczy, bo gburowaty chłopak, który otwiera mi drzwi, bez słowa wskazuje, bym wszedł do środka. Przez kilka pierwszych dzwonków nikt nie podnosi słuchawki. Czuję, jak niepokój ściska mi wnętrzności. Nie wiem, co innego mógłbym zrobić.

W końcu…

– Halo?

– Edie, to ja, Frank. Możesz przyjechać jak najprędzej?

– Co się stało?

– Chodzi o dziecko. Maggie…

Nie znajduję odpowiednich słów, ale Edie pojmuje natychmiast.

– Już jadę, a ty bądź przy niej. Drzwi wejściowe zostaw otwarte.

Kiedy się zjawia, siedzę przy tobie na skraju materaca, ostrożnie gładząc cię po włosach, szorstkich i pociemniałych po kąpieli. Edie kładzie się przy tobie, wciąż owiniętej w prześcieradło. Na widok tego intymnego gestu czuję się zbędny i wycofuję się do łazienki pod pretekstem sprzątania. Może powinienem był postąpić tak jak Edie? Czy zawiodłem cię, Mags? Jeżeli tak było, bardzo tego żałuję.

Edie znajduje mnie w łazience, siedzę na krawędzi wanny i bez przekonania czyszczę rdzawy nalot, który pozostał na linii wody.

– Musimy jechać do szpitala. Moja znajoma z oddziału położniczego ma teraz dyżur, sądzę, że będzie mogła ją szybko przyjąć. Maggie się ubiera, zawiozę was.

Nie wiem, czy bierze mnie pod uwagę z uprzejmości, czy z litości. W końcu to także moja strata.

Kolejnym koszmarem, który czeka nas tego dnia, jest pobyt na oddziale położniczym, na którym powinnaś była znaleźć się dopiero kilka miesięcy później. Widok młodych matek odwożonych do wyjścia z oczami zapadniętymi głęboko z wyczerpania, jednocześnie promieniejących zachwytem. Siedzisz ze wzrokiem wbitym w ziemię, lecz i tak dostrzegam, jak krzywisz się za każdym razem na dźwięk płaczu noworodka.

Wchodzisz sama do gabinetu zabiegowego. My zostajemy w poczekalni, siedzimy po dwóch stronach pustego krzesła, które zajmowałaś.

– Nie zamierzasz jej po tym zostawić, prawda?

– Jasne, że nie.

– Wasz ślub…

– Nadal chcę go wziąć.

– Wiem. Chodzi mi tylko… o termin. To za dziesięć dni?

Przytakuję.

– Poczekam tyle, ile będzie trzeba.

– Dobry z ciebie facet. Ona to wie.

Kiedy wychodzisz wreszcie z gabinetu, sprawiasz wrażenie, jakbyś się skurczyła. Kurtka zwisa ci z jednego ramienia, policzki masz zapadnięte jeszcze bardziej niż zwykle. Położna prosi do środka Edie, lecz o dziwo, nie mam o to pretensji. Chcę być przy tobie. Obejmuję cię ramieniem i prowadzę z powrotem do samochodu.

Dopiero gdy dochodzimy do głównego wejścia, widzę, że płaczesz. Wysuwasz się z moich objęć i zginasz wpół, dygocząc. Jesteśmy tam tylko my dwoje.

Nie powiedziałem wtedy nic. Ani tego wieczoru, ani przez kolejne dni. Tu nie chodziło o mnie. Bałem się, że wszystko pogorszę. To moja odwieczna obawa. Strach mnie dosłownie paraliżuje, Mags. A gdybym dostał drugą szansę? Pewnie postąpiłbym inaczej. Tak wiele chciałem ci wtedy powiedzieć i powinienem zacząć od słów: „To nie była twoja wina”.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Inne książki tego autora