Ciche dniTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

Pierwszego dnia nie zostaję długo. Po wyjściu Daisy mimo moich najlepszych chęci znów ogarnia mnie skrępowanie. Maggie była jedyną osobą, której czasami udawało się pomóc mi przełamać nieśmiałość. Nie przeszkadzały jej mój brak wyrobienia towarzyskiego, tendencja do wygłaszania uwag w nieodpowiednim momencie, nieumiejętność nawiązywania kontaktu z nowo poznanymi ludźmi. Przez wszystkie nasze wspólne lata nigdy nie wydawała mi się tak obca jak tutaj. Teraz jej drobną twarz pokrywa siateczka zmarszczek, otacza ją splątana sieć napiętych rurek, a jej życie jest zredukowane do regularnego pikania rozmaitych urządzeń i odczytów pobieranych o określonych porach.

Mam jej tak wiele do powiedzenia, że nie wiem, od czego zacząć. Na pewno nie od wyjaśnienia powodu, dla którego przestałem się odzywać. Nie po tym, jak Daisy ostrzegła, bym był ostrożny, żebym pomału namawiał Maggie do powrotu. Nigdy nie byłem zbyt elokwentny. „Nie jest rozmowny”, tak napisał mój wychowawca ze szkoły średniej w rubryce dotyczącej cech osobowości, kiedy składałem podanie o przyjęcie na uczelnię. Moja własna matka w rozmowach ze znajomymi i krewnymi zwykła określać mnie jako „milczka”, musiała tego wysłuchiwać nawet pani podolog, która przychodziła do niej w sobotę raz w miesiącu. Dociera do mnie właśnie, że moją przydatność w tej sytuacji można porównać do parasola podczas huraganu. Nie jestem pewien, czy dam radę wypowiedzieć choćby jedno słowo.

Czekam na nieduży autobus, który podjeżdża pod sam szpital. W środku panuje grobowa atmosfera. My, pasażerowie, nie patrzymy sobie w oczy, bo kontakt wzrokowy sprawiłby, że utracilibyśmy resztki kontroli nad sobą; i chodzi zarówno o cierpiących, jak i o tych, którzy widzą cierpienie swoich bliskich, wystawionych na widok ze wszystkimi groteskowymi, odzierającymi z godności detalami. A co ze sprawcami cierpienia? Wątpię, by przyjęto mnie tu z otwartymi ramionami. Znajduję miejsce przy oknie i kładę torbę na siedzeniu obok.

Kiedy bus zatrzymuje się przed przejściem dla pieszych, widzę parę przystającą na chodniku, są tak skupieni na sobie, że prawie nie zauważają zielonego światła, stoją objęci, zatopieni w rozmowie. Nieopodal rodzina z dwojgiem dzieci i niesfornym labradorem wysiada z poobijanego kombi, grupa uczniów po trzech w rzędzie jedzie na rowerach, nie przejmując się gniewnym trąbieniem samochodów za nimi. Nigdy jeszcze nie czułem się tak osamotniony. A przecież małżeństwo, nasze małżeństwo, miało położyć kres samotności.

Jest upalny dzień, chociaż nie czułem tego w klimatyzowanym pokoju, w którym leżała Maggie. Kiedy wysiadam z busa i potykając się, pokonuję krótki dystans dzielący mnie od domu, czuję się, jakbym znalazł się w gorącym podmuchu setek suszarek do włosów, suchym i intensywnym, i wątpię, bym kiedykolwiek jeszcze poczuł się komfortowo. Po kilku nieudanych próbach udaje mi się niezgrabnymi palcami trafić kluczem do zamka. Ostatnie promienie słońca późnego sierpniowego popołudnia oświetlają hol, drobinki kurzu tańczą i wirują w powietrzu, krążąc powoli coraz bliżej miejsca dramatu. Jej czy mojego? To pytanie zadawałem sobie, idąc na górę po schodach.

Chwilowo nie mogę zmusić się, by wejść do kuchni. Nie zapalając światła, kieruję się prosto do sypialni. Naszej sypialni. Ledwo pamiętam czasy, gdy nie używałem jeszcze liczby mnogiej. Teraz dałbym wszystko, by odzyskać Maggie, by znowu leżała obok mnie po swojej stronie łóżka. Chociaż w praktyce wszystkie strony należały do niej. Nigdy bym nie przypuszczał, że tak drobna osoba potrafi zaanektować tyle przestrzeni, wijąc się przez całą noc jak ośmiornica, spychając mnie na skraj materaca i zostawiając mi do dyspozycji jedynie skrawek kołdry. Nigdy też nie sądziłem, że będzie mi tego brakowało.

Przesuwam palcami po stosie książek na jej stoliku nocnym. Niektóre pochodzą ze sklepów charytatywnych, jest tam też powieść Żona, którą kupiłem jej kilka lat temu na Gwiazdkę, i tom z wypożyczalni w foliowej okładce (na pewno już przetrzymany). Trzy lata temu, po przejściu na emeryturę, Maggie postanowiła zostać wolontariuszką w zagrożonej zamknięciem bibliotece w Summertown. „Żeby okazać solidarność”, jak to ujęła. Nie byłem pewien, czy chodziło jej o książki, czy o przepracowanych bibliotekarzy, dla których groźba utraty pracy była tylko jednym ze zmartwień. Tak czy owak, miała jakieś zajęcie do czasu, gdy rok później i ja przeszedłem na emeryturę. Kochała tę bibliotekę – lubiła kontakt z ludźmi i miejsce, które stanowiło dla niej swego rodzaju azyl. Zrezygnowała jednak po tym, co się wydarzyło. Przypuszczam, że nie sposób pomagać innym, jeżeli nie potrafimy pomóc samym sobie.

Ostatnio miała problemy ze snem. Usiłowała czytać, lecz gdy nachylałem się, by ją pocałować za uchem albo pogładzić po wewnętrznej stronie ramienia, tak jak lubiła najbardziej, widziałem, że wciąż jest na tej samej stronie i patrzy niewidzącym wzrokiem. Proponowałem, żeby zgasić światło, chociaż doskonale wiedziałem, że trudno nam będzie zasnąć. Gładziłem ją więc po miękkiej skórze w dole pleców, w miejscu odsłoniętym przez górną część piżamy. Przypominałem sobie od razu naszą pierwszą randkę, gdy obawiałem się wyznać jej miłość i zamiast tego uciekałem się do tchórzliwego kompromisu, drżącymi palcami pisząc na jej plecach to słowo.

Zrzucam buty i kładę się na pościelonym łóżku. Rozpaczliwie pragnę znowu jej dotknąć, napisać palcem na jej ciele wszystkie słowa wyrażające moją miłość. Kiedy wreszcie zasypiam, wciąż widzę tylko ją, leży skulona z jedną ręką skierowaną na zewnątrz, jakby zamierzała pociągnąć mnie za sobą do swojego snu.

Kiedy przychodzę do szpitala następnego ranka, w dyżurce pielęgniarek wita mnie moim imieniem nieznana kobieta. Mam nadzieję, że nie oznacza to, że spodziewają się mnie widywać tutaj przez dłuższy czas. Nie widzę nigdzie Daisy i czuję, jak ogarnia mnie panika. Daisy emanowała spokojem, nie osądzała mnie. Nie mogę sobie pozwolić na utratę także jej. Rozglądam się uważnie po recepcji, skonsternowany wielką liczbą personelu, przyglądam się pielęgniarkom, usiłuję rozpoznać Daisy po budowie ciała lub włosach. W końcu w rogu dostrzegam ją przy jednym ze stanowisk komputerowych, siedzi odwrócona do mnie plecami, spodnie od uniformu opinają się ciasno na jej biodrach. Moje serce zaczyna bić odrobinę wolniej, chrząkam wystarczająco głośno, by wszyscy spojrzeli na mnie jak na intruza. Siedząca nieco dalej kobieta w ciąży zakrywa usta apaszką.

– Dzień dobry, profesorze. – Daisy zwraca się do mnie z uśmiechem, przekręca krzesło tak, by odwrócić się twarzą do mnie, i prostuje się z dłońmi opartymi o kolana. Jest nawet wyższa, niż zapamiętałem, niewiele niższa ode mnie. Podobną budowę ciała Maggie zwykła życzliwie określać jako „solidną”, jakby opisywała drzewo w ogrodzie za domem.

– Tak mam zwracać się do pana? „Profesorze”? – pyta, wychodząc zza lady recepcji i prowadząc mnie korytarzem. Jej ciemnobrązowe włosy związane w koński ogon kołyszą się miękko w rytm kroków.

– Ja… no cóż… – zaczynam.

– Mowę panu odjęło? Czy może zapomniał pan, jak się nazywa? – Daisy uśmiecha się, jakby łączył nas wspólny żart. Zawsze żałowałem, że nie jestem zdolny do tak swobodnego kontaktu nawet z własną rodziną, a co dopiero z obcymi ludźmi.

– Frank – odpowiadam z przekonaniem. – Proszę, mów mi Frank.

Daisy uśmiecha się w odpowiedzi i przez sekundę czuję, że jeden raz dokonałem właściwego wyboru, choćby w tak drobnej kwestii. Jednak gdy dochodzimy do zamkniętych drzwi, za którymi leży Maggie, czuję, że z wielkiej wysokości wali się na mnie piramida wszystkich daremnych nadziei. Żaluzje w oknach są podniesione i dziś mogę obejrzeć dokładnie wnętrze pokoju. Jest skromnie wyposażony i nagle orientuję się ze wstydem, że przyszedłem z pustymi rękami.

– Należy zachować jak najściślejszą higienę – wyjaśnia Daisy, która jakimś sposobem odgadła moje emocje. – Ale zatrzymałam pana krzesło, więc może pan usiąść i porozmawiać.

Daisy przechodzi za moimi plecami i opuszcza nieco żaluzje, bym nie musiał mrużyć oczu w oślepiająco jasnym świetle.

– Jak poszło wczoraj? – pyta.

– Nie za dobrze – przyznaję.

– To trudne. Doskonale rozumiem. Ale Maggie chciałaby wiedzieć, że przy niej jesteś.

– Boję się. – Słowa padają z moich ust, zanim zdążę je powstrzymać.

– Wiem, ale będzie gorzej, jeżeli nie zaczniesz mówić, uwierz mi. Jeżeli teraz tego nie zrobisz, później będziesz żałować. A taki żal to coś, czego należy się obawiać znacznie bardziej.

Domyślam się, że Daisy zamierza zostawić nas samych, i ogarnia mnie nagła chęć, by ją zatrzymać. Roztacza wokół siebie aurę bezpieczeństwa, jest jak zaufany pośrednik między mną a Maggie.

– Daisy – wołam, gdy zmierza w kierunku drzwi. – Ale co ja mam jej powiedzieć?

Nie zmienia wyrazu twarzy, jedynie leciutki uśmiech unosi kąciki jej ust. Najwyraźniej nie jestem pierwszym członkiem rodziny, którego musi przeszkolić w kwestii zachowania przy łóżku pacjenta.

– To zależy od ciebie. Jeśli trudno ci inaczej, może opowiedz jej swoją historię? Waszą wspólną historię? Nie bez powodu mówi się, że należy zaczynać od początku. Tak jest najłatwiej. Tylko tym razem się nie pomyl. Powiedz jej wszystko to, co powinieneś był powiedzieć wcześniej.

Kiwam głową.

– Pamiętaj, nie wszystko naraz.

Mówiąc to, wychodzi.

Przysuwam krzesło odrobinę bliżej łóżka, staram się nie zahaczyć o przewody, którymi Maggie podłączona jest do medycznej aparatury. Jestem przytłoczony tym, jak wiele mam jej do powiedzenia, jak wielu rzeczy powinna się dowiedzieć, a przy tym jak niewiele z nich wydaje się odpowiednie w tej sytuacji. Jak zacząć mówić po tak długim milczeniu?

 

– Maggie, dzień dobry – z mojego gardła dobywa się skrzek. – Chcesz usłyszeć to wszystko, co powinienem był powiedzieć ci wcześniej? Lepiej ułóż się wygodnie.

W ciszy wspominam jej śmiech, leciutki jak piórko, prędki, bym uwierzył, że śmieszą ją moje kiepskie dowcipy.

Kiedy ujmuję jej rękę, widzę, jak napina się tkwiący w skórze wenflon, więc szybko cofam dłoń, zanim spowoduję jakieś zakłócenia i personel bezceremonialnie mnie wyprosi.

– Ja… Czy ty mnie słyszysz? Słyszałaś to, co przed chwilą powiedziałem? Nie? Cóż… Boże, jestem beznadziejny, prawda?

Przez minutę walczę z chęcią, żeby wyjść, powtórzyć wczorajszy falstart. Potem myślę o naszym domu, o każdym pomieszczeniu wypełnionym bolesną pustką, gdzie każdy sprzęt i każda ściana przypominają mi o niej. Jaki mąż zostawiłby żonę samą, nieprzytomną w szpitalnym łóżku? Z pewnością nie dość kochający. W trakcie naszego małżeństwa wyszło na jaw wiele moich niedoskonałości, ale nigdy nie można było mi zarzucić, że za mało kochałem Maggie.

Prostuję się, wyobrażając sobie, jak przesunięte kręgi w moim obolałym kręgosłupie wracają z powrotem na swoje miejsce.

– Musisz chyba pogodzić się z tym, że jestem beznadziejny, bo nigdzie nie zamierzam się stąd ruszać. Zostanę tyle czasu, ile trzeba, żebyś się obudziła. Patrz, nawet mam krzesło.

Nic.

– Musisz dowiedzieć się, co się stało, Mags, dlaczego zamilkłem.

Niemal oczekuję, że słysząc te słowa, otworzy szeroko oczy. Nareszcie jakiś konkret. Odpowiedź, której poszukiwała od pół roku i która mogła odebrać mi ją na zawsze.

– Nie pozwolę ci odejść, dopóki mnie nie wysłuchasz.

Te słowa wypowiedziane na głos brzmią naprawdę makabrycznie i w duchu robię sobie wyrzuty. Nie to Daisy miała na myśli, raczej coś przeciwnego, podkreślała, żebym starał się zacząć rozmowę łagodnie.

– Nie pozwolę ci odejść i kropka. Nie mogę istnieć bez ciebie. Naprawdę, nie potrafię – mówię szeptem, ujmując jej dłoń. – Wybacz mi, żałuję tego, co zrobiłem, bardziej, niż jesteś w stanie sobie wyobrazić.

Pamiętasz, że „przepraszam” to było pierwsze słowo, jakie do ciebie wypowiedziałem? Pamiętasz? Wiesz, że ostatnich czterdzieści kilka lat spędziłem, zastanawiając się, jak lepiej mogłem się wtedy do ciebie odezwać?

Gdy cię spotkałem pierwszy raz, zobaczyłem tylko oczy i rubinowy od zimna czubek nosa. Na usta nasunęłaś gruby wełniany szal, którym przykryłaś też włosy, tak że widać było tylko kilka kosmyków. Twoje pojawienie się, jak zawsze, było niczym przejście tajfunu. Zamaszyste gesty i pocałunki wymieniane w powietrzu, uściski i okrzyki. Ciepło, którym promieniowałaś, odczuwali wszyscy w pobliżu nawet przy trzech stopniach poniżej zera.

Byłem pewien, że nigdy wcześniej cię nie spotkałem. Wtedy od pięciu lat mieszkałem w Oksfordzie, pogrążony całkowicie w pracy nad doktoratem; w laboratorium raczej nie widywałem kobiet, nie da się też powiedzieć, że otaczały mnie w wolnym czasie. Nie, zdecydowanie zapamiętałbym taką dziewczynę jak ty.

Pub Rose & Crown z tanim piwem i sporym ogródkiem był ulubionym miejscem spotkań pracowników naukowych wydziału biologii rozwojowej, jeśli w ogóle można to powiedzieć o ludziach, którzy tak rzadko wychodzą na światło dzienne, a tym bardziej nie udzielają się towarzysko wieczorami. Znajdował się wystarczająco daleko od starego centrum Oksfordu, by nie siedzieli w nim turyści obwieszeni aparatami fotograficznymi, a przy tym wystarczająco blisko, by można było z niego wrócić nierównym krokiem do akademika w przypadku, gdyby udało się poznać kogoś i spędzić z nim noc. Wiem, że to zabrzmi banalnie, jeśli powiem, że zauważyłem cię natychmiast, i wcale nie dlatego, że łokciem niemal strąciłaś Piotrowi okulary, kiedy przeciskałaś się obok nas, by rzucić się w objęcia swoich entuzjastycznych przyjaciół.

W tym okresie w naszym ulubionym lokalu widywało się wiele nowych twarzy, niektórzy przybysze zapewne przyjechali do domu na święta. Nasza grupka akademickich wygnańców składała się z osób mieszkających zbyt daleko, by spędzić święta we własnym domu, lub, jak w moim przypadku, takich, którym było głupio, że w wieku dwudziestu sześciu lat nie są w stanie przedstawić rodzicom kandydatki na żonę. To tyle, jeśli chodzi o społeczną rewolucję lat siedemdziesiątych: liberalne idee tej dekady nie dotarły do środkowej Anglii, o domu moich rodziców, szeregowcu z trzema sypialniami w Guildfordzie, nie wspominając.

Wyprowadzka przyniosła mi w gruncie rzeczy ulgę, chociaż moi rodzice mieli dobre chęci. Kochałem ich i wiedziałem, że oni kochają mnie, po prostu w naszym domu wszystko wydawało się mało istotne. Nigdy o niczym nie rozmawialiśmy na serio, także o rzeczach ważnych, o wielkich problemach, które nie dawały mi spać w nocy. Wiedliśmy wygodne życie i wszyscy byli dla siebie uprzejmi. Niepisana umowa stanowiła, że z czasem pójdę w ślady ojca, podejmę pracę w warsztacie i poprowadzę dalej rodzinną firmę. Zdaniem moich rodziców ta cała nauka była całkiem w porządku, ale należało ją zostawić za progiem szkoły i jak najszybciej rozpocząć karierę zawodową umożliwiającą wzięcie kredytu hipotecznego. Po pewnym czasie zaakceptowali jednak moje wybory i wiedziałem, że na swój sposób są ze mnie dumni.

W Oksfordzie, jak nigdy wcześniej, od razu poczułem się na swoim miejscu. Poznałem wspaniałych ludzi, wielu równie nieśmiałych i introwertycznych jak ja. Na wykładach nikt nie drwił ze mnie, że siadam w pierwszej ławce albo robię zbyt dokładne notatki. Mimo wszystko martwiłem się, że w pewnym sensie marnuję czas – nie bywam na przyjęciach, nie palę cygar i nie bawię się do białego rana z kobietami o egzotycznych imionach jak Camilla lub Cordelia. W rzeczywistości jedynym miejscem, gdzie często zastawał mnie wschód słońca, było krzesło przy moim biurku. Tak wyglądała moja wersja upojnej nocy. Dopóki nie spotkałem ciebie.

Cieszyłem się perspektywą tego wieczoru, który był swego rodzaju przyjęciem gwiazdkowym, choć budżet nie pozwolił nam na wcześniejsze zaplanowanie czegokolwiek. Zamiast tego dwaj nasi wykładowcy dołożyli do wspólnej kasy garść banknotów, byśmy wypili kilka kolejek. Nie wiem, jak by się wszystko potoczyło, gdyby alkohol nie dodał mi odwagi. Co by było, gdybym skupił się na rozmowach przy stoliku zamiast spoglądać tęsknie w twoją stronę i próbować domyślić się znaczenia twoich zamaszystych gestów i wyrazu twarzy, jakbym obserwował przedstawienie mima.

Naturalnie jesteś w centrum uwagi. Później miałem zorientować się, że zawsze tak to wygląda. Skupiasz wokół siebie wielbicieli i przyciągasz wszystkie spojrzenia. Siedzący po twojej lewej stronie blondyn w tweedowej marynarce spija z twoich ust każde słowo, śmiejąc się odrobinę za głośno i ułamek sekundy przed wszystkimi. Siedzieliście jednak nieco odsunięci od siebie i w związku z tym zignorowałem go, uznawszy za jednego z wielu akolitów, za ofiarę twojego uroku.

Wkrótce do moich kolegów dociera, że moje myśli i uwaga są zajęte czymś innym. Piotr szturcha mnie pod żebro, rzucając jakąś typową ordynarną uwagę. Zazwyczaj cieszę się, że ostatnie cztery lata studiów doktoranckich nie złagodziły jego polskiego akcentu. Jednak to technik laboratoryjny, Jack, człowiek, który przez czterdzieści godzin tygodniowo poświęcał się hodowli traszek, wygłasza jedyne rozsądne zdanie tego wieczoru.

– Co masz do stracenia? – pyta retorycznie. – Kolejną samotną noc w zimnym łóżku?

Kiedy wstajesz, żeby zamówić następną kolejkę, wiem, że to moja jedyna szansa i że chłopcy nie pozwolą, żebym ją przepuścił. W chwili, gdy z trudem wydostajesz się zza stołu, trzymając niepewnie piramidę pustych szklanek, wysyłają również mnie po drinki z resztką funduszy z naszej wspólnej kasy.

W środku jest znacznie cieplej niż na zewnątrz, więc natychmiast zaparowują mi szkła okularów. Przeklinam swoją krótkowzroczność i prawie żałuję, że nie zostawiłem okularów w domu. Ale pamiętam, że na jedynej randce, jaką miałem w ciągu ostatnich dwóch lat, z asystentką z Glasgow, wystąpiłem bez okularów. Powiedzmy, że Fiona nie była zachwycona, gdy po powrocie z toalety pomyliłem stoliki i przysiadłem się do innego.

Przecieram okulary swetrem w choinki. To jedno z najbardziej udanych dzieł mojej matki. Metaliczne niteczki, którymi wyhaftowała bombki, zawsze wkręcają się w śrubki oprawek. Ostatecznie udaje mi się przywrócić przejrzystość szkieł, ale jednocześnie najwyraźniej wyparowało gdzieś moje zdecydowanie. Nagle czuję, że jestem niepoważny. Co sobie wyobrażałem, jak mogłem kiedykolwiek mieć nadzieję, że taka dziewczyna jak ty w ogóle na mnie spojrzy, a co dopiero zgodzi się na randkę? Już zamierzam przyznać się do porażki i przysłać po następną kolejkę Jacka, gdy do pubu wkracza Piotr. W drodze do ubikacji z typowym dla siebie brakiem subtelności klepie mnie w plecy, wystarczająco mocno, bym poleciał prosto na ciebie stojącą wśród ludzi ściśniętych przy barze. Przez sekundę wydaje się, że piramida pustych szklanek wypadnie ci z rąk, wyciągam więc na oślep ramiona, by ci pomóc, i udaje mi się przytrzymać jedną z nich, a potem w ostatnim momencie łapię równowagę, nie chcąc się całkiem ośmieszyć.

– Strasznie przepraszam… – jąkam niewyraźnie, czerwieniejąc jak burak.

Natychmiast wchodzisz mi w słowo.

– Dzięki! – wołasz, zagłuszając moje mamrotanie. – Zawsze porywam się z motyką na słońce! Mogę postawić ci drinka? W dowód wdzięczności?

– Nie. Dziękuję bardzo. To znaczy, bardzo bym chciał, ale… – Podzwaniam monetami w szklance po piwie. – Muszę postawić kolejkę znajomym!

– Podziwiam mężczyzn z zasadami – mówisz z uśmiechem. Być może to tylko moja wyobraźnia, ale wydaje mi się, że przysunęłaś się o krok.

Dłużej jednak nie mogę analizować twojego zachowania, bo odwracasz się, by złożyć zamówienie, zyskując od razu sympatię barmana, który śmieje się z jakiejś twojej uwagi, gdy wypytujesz o rodzaje cydru z beczki. Kiedy czekasz na zamówienie, mam na końcu języka propozycję: „Może przełóżmy tego drinka na później, na inny wieczór, na po świętach, tylko we dwoje?”.

Zamiast tego aż skręca mnie z zażenowania, czuję, jak palą mnie policzki i pocą mi się dłonie. Żeby powstrzymać falę gorąca, zmuszam się do myślenia o pracy na temat ewolucji i mutacji genów, która złożona na pół tkwi w tylnej kieszeni moich spodni. Były to, o ile dobrze pamiętam, „Mutacje DNA u żab szponiastych”. Jednak żadne tabele ani wykresy dotyczące zmian adaptacyjnych nie wystarczają, by zagłuszyć obezwładniające mnie skrępowanie. Nie po raz pierwszy przychodzi mi do głowy, że o ile nic się nie zmieni, będzie prawdziwym cudem biologii, jeśli przed trzydziestką trafi mi się jakakolwiek okazja do reprodukcji.

Barman zbyt prędko podaje ci wszystkie zamówienia, a do tego również tacę. Patrzysz na mnie i zakładasz kosmyk włosów za ucho.

– Jeszcze raz dzięki…

– Frank – podsuwam. – Mam na imię Frank.

– A ja Maggie – mówisz. – W rzeczywistości to Margot, niestety. Wina mojej matki. Brzmi okropnie staroświecko, poza tym nie jestem Francuzką i nie zamierzam łudzić się, że jestem.

– Zapamiętam.

– Co? To, że nie jestem Francuzką, czy że nie mam złudzeń?

– Chyba jedno i drugie.

Uśmiechasz się.

– Jak ja powinnam ciebie zapamiętać?

Tym razem to nie złudzenie. Podchodzisz krok bliżej do mnie, jesteś teraz tak blisko, że brzeg trzymanej przez ciebie tacy leciutko dotyka mojej klatki piersiowej.

– Mężczyzna z zasadami. Mimo wrażenia, jakie robi ten sweter.

Jaskrawe bombki choinkowe połyskują w ostrym górnym świetle. Śmiejesz się, odrzucając głowę do tyłu, i na sekundę wszystko znika. Cichnie gwar w pubie i zapada cisza. Obraz na krawędziach pola widzenia zachodzi mgłą. Stajesz się pierwszym planem, tłem i wszystkim innym. To idealny moment na zadanie pytania, ale zakłócenie tej chwili wydaje się niemal świętokradztwem.

Zamiast mnie robi to Piotr.

– Frank! Co z tymi drinkami?

– Wołają cię – przekrzykujesz głosy pijanych kolędników, którzy właśnie weszli do pubu i głośno uderzają dłońmi o bar. – Lepiej się pospiesz, bo zaczną się martwić, że gdzieś przepadłeś.

Potem ciszej, jakby to był nasz wspólny sekret:

– Wesołych świąt, Frank.

I zwyczajnie odchodzisz z powrotem do swojego stolika. Straciłem miejsce przy barze i zmarnowałem swoją okazję.

Co powinienem był wtedy powiedzieć? Wiem, na pewno, że powinienem zaprosić cię na randkę. Ale nie tylko to. Niewątpliwie miałaś mnóstwo wielbicieli, byłem o tym przekonany. Chciałem pokazać ci, że to, co do ciebie czułem, jest inne. Jak wtedy, gdy zaparowały mi okulary, a mimo to wiedziałem dokładnie, gdzie się znajdujesz, jakby ktoś mnie zaprogramował na sygnał, który nadawałaś. Byłem pewien, że właśnie znalazłem swoją Dziewczynę Na Całe Życie. Oczywiście w tamtym momencie nie mogłem ci tego powiedzieć. Nie chciałem cię spłoszyć. Ale wiedziałem to, co wiedziałem już zawsze – że jesteś moją Dziewczyną Na Całe Życie, Mags.

 

Inne książki tego autora