Miłość nie wystarczy

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 4

ŁAMANIE REGUŁ

Sybil i Max byli przez wiele lat szczęśliwym małżeństwem. Sybil pracowała, Max natomiast studiował medycynę. Po urodzeniu dzieci Sybil zrezygnowała z posady nauczycielki i całkowicie poświęciła się ich wychowaniu i sprawom domowym. Max, świetnie zapowiadający się naukowiec, spędzał wiele czasu poza domem, ale uważał się za troskliwego męża i ojca. Krytyczny dla ich małżeństwa moment nastąpił, kiedy Max zadzwonił do Sybil z odległego miasta, gdzie brał udział w konferencji medycznej.

MAX: [Sybil ucieszy się, że tak dobrze mi idzie, że poznaję tylu ludzi i dowiaduję się tylu nowych rzeczy.] Wspaniale spędzam czas. Jak się macie?

SYBIL: [On spędza wspaniale czas, a ja tu mam dwójkę chorych dzieciaków na głowie.] Jean i Freddie są chorzy.

MAX: [O nie, tylko nie to. Ona chce coś na mnie zwalić.] Co im się stało?

SYBIL: [Czy zareaguje? Czy pokaże, że się do czegoś poczuwa?] Złapały ospę wietrzną. Mają gorączkę.

MAX: [Ospa wietrzna zwykle nie jest groźna. Przesadza.] Nie musisz się martwić. Nic im nie będzie.

SYBIL: [Dlaczego nie zaproponuje, że wróci do domu?] W porządku.

MAX: [Mam nadzieję, że podtrzymałem ją na duchu.] Zadzwonię jutro.

SYBIL: [Nigdy go nie ma, kiedy go potrzebuję.] Coś takiego! [sarkastycznie]

Max i Sybil widzą tę samą sytuację w zupełnie odmienny sposób, a więc całkowicie odmiennie oceniają swoje postępowanie i siebie nawzajem. Ta różnica sposobów widzenia jest typowa dla zaburzonych małżeństw i często powoduje poważniejsze problemy.

Max uważa, że choroba dzieci nie jest tak poważna, by musiał natychmiast wracać. Wie, że gdyby Sybil naprawdę go potrzebowała, to popędziłby jak na skrzydłach, ale prześlizguje się gładko nad tym, że wydaje się mocno zaniepokojona. Jest przekonany, że żona przesadza i stara się uspokoić ją, mówiąc, iż wszystko skończy się dobrze. W każdym razie nie chce dopuścić do tego, żeby o tym, jak ma postąpić, decydowało jej zmartwienie.

Sybil natomiast uważa, że Max zaniedbuje swoje ojcowskie i mężowskie obowiązki, „jeżeli sobie jedzie, gdzie chce”, zostawiając cały dom na jej głowie. A oto podsumowanie różnic ich postaw:

Postawa Sybil

1. Max powinien zaproponować, że wróci do domu.

2. Nie powinnam być zmuszona do tego, żeby go prosić.

3. Powinien wiedzieć, że go potrzebuję.

4. Jest nieodpowiedzialny i myśli tylko o sobie. Liczy się dla niego tylko jego awans.

Postawa Maxa

1. Ponieważ Sybil tak naprawdę nie potrzebuje mojej pomocy, nie ma powodu, żebym proponował jej, że wrócę.

2. Nie potrafię czytać w cudzych myślach. Jeśli jestem jej potrzebny w domu, to powinna to powiedzieć wprost.

3. Ona reaguje przesadnie. Może sobie sama z tym poradzić, nie wymagając ode mnie poświęcenia.

4. Ciągle czegoś ode mnie wymaga i chce mnie kontrolować. Zazdrości mi mojej kariery. Nie może ścierpieć, że się dobrze bawię.

Osoby, które znają Maxa i Sybil na płaszczyźnie towarzyskiej, uważają, że oboje są bardzo mili. Wydają się szczęśliwą parą, ale – jak ujawniła powyższa rozmowa – ich małżeństwo znalazło się w poważnym impasie. Duża część z tego, co myślą o sobie, część najważniejsza, została przemilczana: Sybil pragnie, aby Max zaproponował jej, że wróci do domu, ale on nie chce tego zrobić. Z powodu tych niewypowiedzianych myśli oboje zaczynają sobie przypisywać złe cechy. W oczach Sybil Max staje się samolubny i nieodpowiedzialny, ona w oczach Maksa staje się wymagająca i zazdrosna.

Przy bliższej analizie okazuje się, że ta wymiana zdań, wraz z towarzyszącymi jej, a niewypowiedzianymi myślami, ma jeszcze głębszy podtekst. Chociaż Sybil szczerze martwi się o dzieci, to nie czuje się zupełnie bezradna. Tym, czego naprawdę chce, jest znak od Maxa świadczący, że rzeczywiście przejmuje się on jej położeniem i ma tyle poczucia odpowiedzialności, iż gotów jest przyjść jej z pomocą. Zdaje sobie sprawę z tego, że natychmiastowy powrót do domu byłby poświęceniem z jego strony i gdyby nie było to dla niej ważne, to w ogóle nie brałaby pod uwagę takiej możliwości. Chce jednak – i oczekuje – że on sam złoży jej taką propozycję. Gotowość do poświęcenia dowiodłaby, że troszczy się o nią, jest odpowiedzialny i na pierwszym miejscu stawia dobro rodziny. Gdyby zatem zaproponował natychmiastowy powrót, to wtedy mogłaby wybawić go z kłopotu i powiedzieć, żeby został na konferencji do końca. W tym kontekście fakt, że nie zgłosił chęci natychmiastowego powrotu, jest negatywnym symbolem jego braku troski i nieodpowiedzialności.

Natomiast Max spogląda na ten problem rodzinny z czysto praktycznego punktu widzenia. Nie dostrzega symbolicznego znaczenia tego, że nie zgłosił gotowości do powrotu. Myśli jedynie o tym, że jego natychmiastowy przyjazd nie jest konieczny, bo przecież Sybil potrafi dać sobie radę bez niego. Ponieważ rozważa sytuację od strony praktycznej i nie myśli o symbolicznym znaczeniu, jakie to wszystko ma dla Sybil – o jej zatroskaniu chorobą dzieci i o pragnieniu, by był w tych trudnych chwilach przy niej – zraża ją do siebie.

Powstawanie oczekiwań

Konflikt między Sybil i Maxem miał dużo głębsze i wcześniejsze przyczyny. Kiedy się poznali, Max był słuchaczem szkoły medycznej, a Sybil pracowała jako nauczycielka. Połączyło ich gwałtowne, namiętne uczucie. Snuli wówczas marzenia o wspaniałej, wolnej od wszelkich kłopotów i problemów wspólnej przyszłości.

Sybil utożsamiała się z Maksem i jego ambicjami zawodowymi i wpadała w euforię, kiedy koledzy nazywali go „młodym geniuszem”. Idealizowanie go przez Sybil sprawiało Maxowi wielką przyjemność. Widział przed nimi świetlaną przyszłość – on zostanie cieszącym się dużym uznaniem naukowcem, ona zapewni mu potrzebne oparcie i miłą atmosferę w domu.

Sybil wiązała z ich małżeństwem różne oczekiwania, które wszakże ujawniły się dopiero znacznie później. Przewidywała na przykład swoją rezygnację z pracy zawodowej, żeby móc wspólnie z Maxem budować rodzinę. Kiedy po raz pierwszy zaszła w ciążę, spodziewała się, że wkrótce urzeczywistni się jej marzenie o „szczęśliwej rodzinie”, w której życiu Max będzie brał pełny udział.

Gdy po pewnym czasie stwierdziła, że Max nie pasuje do roli, którą mu w wyobraźni wyznaczyła, poczuła się zawiedziona i urażona. Wtedy właśnie uświadomiła sobie po raz pierwszy, jakie jeszcze wiązała z nim skrycie oczekiwania. Otóż wyobrażała sobie, że:

• Max zawsze będzie stawiał na pierwszym miejscu ją i dzieci.

• Nigdy nie będzie musiała prosić go o pomoc, bo sam ją zaofiaruje.

• Jej potrzeby będą dla niego oczywiste.

• Będzie gotów do poświęceń.

Max też żywił pewne oczekiwania:

• Sybil będzie miała szacunek dla jego pracy i będzie uważała jego osiągnięcia zawodowe za swoje własne.

• Będzie robiła to, co do niej należy, czyli zajmowała się domem i dziećmi.

Innymi słowy, Max spodziewał się, że będą ich łączyć stosunki partnerskie i że oboje będą dbać o potrzeby rodziny. Ona będzie się nią zajmowała niejako „od wewnątrz”, a on „z zewnątrz”. Będą się wzajemnie wspierać, ale ich role będą odmienne – ona zajmie się domem, a on będzie dostarczał środków na jego utrzymanie. Sybil natomiast oczekiwała, że skoro poświęciła dla dobra rodziny swą karierę zawodową, to Max stanie się jej towarzyszem życia w pełnym znaczeniu tego słowa, a nie, że będzie wpadał do domu od czasu do czasu, pełniąc tylko dorywczo rolę męża i ojca.

Tak jak u innych skłóconych małżeństw, terapia rodzinna Sybil i Maxa koncentrowała się na ich odmiennych oczekiwaniach i punktach widzenia. Każde z nich musiało zacząć wykazywać zrozumienie dla usprawiedliwionych trosk i niepokojów drugiej strony, ale musieli też oboje wypracować możliwy dla każdego z nich do przyjęcia model wywiązywania się ze wspólnych obowiązków, szczególnie z obowiązku opieki nad dziećmi. Sybil musiała ograniczyć nieco swoje oczekiwania wobec Maxa, on natomiast musiał okazywać większe wyczucie jej obaw i pragnień.

Ustanawianie reguł

Żona, która chciałaby spędzać wolny czas na rozmowie z mężem, może pogodzić się z faktem, że woli on przez większą część weekendu oglądać mecze piłki nożnej w telewizji, wyskoczyć po pracy z kolegami na parę drinków lub przeglądać wieczorem papiery przyniesione z biura. Mąż może zaakceptować fakt, że żona nie przywiązuje do seksu takiej wagi jak on, że nie obchodzi ją jego praca, czy też nie podziela jego zainteresowań, uważając że sport i polityka są nudne. Takie rozczarowania prowadzą, ogólnie biorąc, do zmniejszenia się wzajemnych oczekiwań. Przystosowując swoje wyobrażenia i marzenia do rzeczywistości, małżonkowie zwykle uczą się z tym żyć, choć czasami mogą odczuwać z tego powodu smutek.

Niekiedy jednak te oczekiwania – nadzieje i marzenia – nie zmniejszają się, lecz zwiększają. Pragnienie, żeby małżonek stawiał rodzinę na pierwszym miejscu, zmienia się w żądanie. Słowo chciałbym (chciałabym) zostaje zastąpione słowem domagam się albo on powinien (ona powinna): „On powinien [ona powinna] stawiać rodzinę na pierwszym miejscu”. To, co dawniej było pragnieniem, teraz staje się regułą, której partner(ka) powinien (powinna) absolutnie przestrzegać. Kiedy nie spełniają się nasze pragnienia, czujemy smutek; kiedy łamie się nasze zasady, przeważnie wpadamy w złość.

Gdybyśmy spróbowali bezstronnie rozsądzić spór między Maxem i Sybil, byłoby nam trudno wydać zdecydowany wyrok. Czy Max powinien natychmiast wrócić do domu albo przynajmniej zaproponować powrót? Czy Sybil miała prawo oczekiwać tego od niego? Oczywiście, najprościej byłoby stwierdzić, że każde z nich ma trochę racji. Jednak taki werdykt pomijałby rzeczywiste przyczyny konfliktu, które są znacznie głębsze i bardziej złożone i nie ograniczają się tylko do kwestii, czy Max powinien od razu wrócić do domu. Prawdziwy problem sprowadza się w ich umysłach do pytań: Czy Sybil pomoże mi w pracy? oraz Czy Max pomoże mi w domu?

 

Jeśli nie dostrzeżemy bardziej ogólnych problemów leżących u podłoża konfliktu małżeńskiego, to możemy łatwo dojść do błędnego przekonania, że jego rozwiązanie jest dziecinnie proste. Tymczasem konkretna sprawa powrotu Maxa do domu jest dla Sybil tak ważna głównie dlatego, że dotyczy pewnej ogólniejszej zasady. Krótko mówiąc fakt, czy Max zrobi coś czy nie, kiedy Sybil oczekuje od niego pomocy, ma dla niej znaczenie symboliczne.

Owe szersze zasady postępowania, które wyznają małżonkowie, często nie uświadamiając sobie tego, zostały opisane w rozdziale 2 jako „zalety”. Zalety te wiążą się z dobrocią, troskliwością, rozwagą, odpowiedzialnością, szacunkiem i innymi podobnymi wartościami. A zatem pojedyncze konkretne działanie utożsamia się z ogólną abstrakcyjną zasadą. Zdaniem Sybil, jeśli Max zgłosi gotowość natychmiastowego powrotu do domu, to oznaczać to będzie, że troszczy się o nią i o dzieci, że jest dobry, rozsądny i odpowiedzialny; jeśli nie wykaże takiej gotowości, to będzie to znaczyć, że nie dba o nich, że jest niedobry, nierozważny i nieodpowiedzialny. Dla niej wybór którejś z tych możliwości ma jednoznaczną wymowę.

Problem w tym, że reguły takie nie uwzględniają potrzeb ani pragnień partnera. Prawdę rzekłszy, gdyby były – co się rzadko zdarza – formułowane głośno i otwarcie, to wydawałyby się mu arbitralne albo nawet irracjonalne. Złość w przeżywających kłopoty małżeństwach bierze się częściej z łamania takich zasad niż z obiektywnie złych zachowań jednego z małżonków.

Reguły owe wyprowadzane są z pewnych „formuł” pełniących funkcję systemów kodowania przy określaniu znaczenia, jakie konkretne zachowanie ma dla danej osoby, i decydowaniu, czy jest ono „słuszne” czy też „niesłuszne”. Oto przykłady takich formuł:

• Gdyby mąż (żona) troszczył (troszczyła) się o mnie, to zaoferowałby (zaoferowałaby) mi pomoc, kiedy jestem zdenerwowana (zdenerwowany).

• Gdyby mąż (żona) darzył (darzyła) mnie szacunkiem, to nie zwalałby (nie zwalałaby) na mnie całej brudnej roboty.

• Gdyby mąż (żona) zważał (zważała) na moje potrzeby, to robiłby (robiłaby) to, czego od niego (od niej) oczekuję bez potrzeby proszenia go (jej) o to.

Kiedy małżonek zrobi coś albo nie zrobi czegoś, co pasuje do formuły, wtedy czujemy się skrzywdzeni czy urażeni. Na przykład, zarówno Laura, jak i Sybil były rozczarowane, że ich partnerzy nie reagują na ich nieme prośby. Wtedy nieświadomie stosowały do interpretacji ich poczynań trzecią formułę: „Gdyby mąż naprawdę troszczył się o mnie, to zrobiłby to, czego od niego oczekiwałam”. Skoro partner nie stosował się do życzenia, to oznaczało to, że nie troszczy się o żonę. Dla obu pań był to druzgocący wniosek. Przysięgły sobie, że wprowadzą wobec tego inną regułę, a mianowicie: „Mąż musi zaspokajać moje potrzeby. Jeśli nie, to rzucę go”.

Typowe reguły wynikające z tych formuł to:

• Mąż powinien pomagać mi, kiedy jestem zdenerwowana.

• Mąż powinien mi pomagać w obowiązkach domowych.

• Mąż powinien robić to, czego od niego oczekuję, bez konieczności proszenia go o to.

Reguły te chronią partnerów przed rozczarowaniem i poczuciem krzywdy. Toteż, ilekroć Max złamał ustanowioną przez Sybil regułę, tylekroć – zamiast cierpieć z poczucia zawodu – wpadała w złość i chciała go ukarać albo opuścić.

Stosowanie reguł

Stosowanie się do tych reguł jest w pewnym sensie tak samo wiążące dla partnera jak obowiązek płacenia podatków. Jeśli nie wywiązuje się z obowiązku przestrzegania reguł, to postrzegany jest jako przestępca, a zatem nieuchronnie grozi mu kara, wymierzana zazwyczaj w formie zrzędzenia czy gderania. Wynikają stąd przeróżne nieporozumienia, ponieważ małżonek ustanawiający owe niepisane reguły nadzwyczaj rzadko formułuje je wprost. Partner nie może odwołać się od obowiązku ich przestrzegania ani nie może ich negocjować z „prawodawcą”, ponieważ często nie ma zielonego pojęcia o ich istnieniu, a już z całą pewnością nigdy nie wyrażał zgody na ich wprowadzenie.

Ponieważ małżonek, który je ustanawia, postrzega je nie tylko jako obowiązki drugiej strony, ale także swoje prawa, łatwo przekształca je w żądania. Może zatem żądać – często milcząco – aby partner był mu pomocny, troskliwy i rozsądny, nie uświadamiając sobie w ogóle, że różne osoby różnie, czasami zupełnie odmiennie, określają, jakie zachowania składają się na pomoc, troskę i rozsądek. Zakłada zatem, że jego definicja pomocy jest uniwersalna.

I tak, Sybil stwierdzała autorytatywnie, iż: „Każdy wie, że mąż powinien być uchwytny, kiedy żona chce z nim omówić jakiś problem”. W jej domu rodzinnym matka zawsze dzwoniła do ojca do pracy, kiedy chciała omówić jakąś domową sprawę, więc Sybil założyła, że jest to normalna praktyka w każdym małżeństwie i że w związku z tym może zasadnie tego samego oczekiwać od Maxa. Jednak Max pochodził z rodziny, w której rzadko omawiano wspólnie jakiekolwiek problemy. A zatem, kiedy nie udało się jej porozmawiać z nim w ciągu dnia o jej problemach, doszła do wniosku, że Max nie troszczy się o nią. Poza tym, ponieważ jej ojciec zawsze spełniał życzenia matki, oczekiwała tego od Maxa. Nieporozumienia tego rodzaju, wynikające z faktu, że oczekiwania jednego z małżonków dotyczące roli drugiego rozmijają się z oczekiwaniami partnera, który ma pełnić tę rolę, zdarzają się często.

Założenie jednego z małżonków, że jego oczekiwania są uniwersalne, staje się przyczyną innych jeszcze problemów. Otóż uważa on czy ona, że małżonka czy małżonek powinna czy powinien wiedzieć, czego się od niej czy od niego chce, bez potrzeby mówienia mu (jej) o tym. Takie oczekiwania, równoznaczne z przypisywaniem partnerowi mocy nadprzyrodzonych, spotyka się często w zaburzonych małżeństwach. Karen na przykład czuła się zraniona do głębi tym, że Ted nie pomaga jej w obowiązkach domowych. I owszem, stał koło niej, kiedy nakrywała do stołu, zmywała naczynia czy wyjmowała pranie z pralki, ale nigdy nie zaproponował, że jej pomoże. Ona natomiast nigdy go o to nie poprosiła, mimo że myślała: Powinien wiedzieć, jaki to dla mnie ciężar. Zakładała bowiem, że skoro jej „potrzeba” jest tak oczywista i uniwersalna, to Ted celowo i świadomie uchyla się od „normalnego” obowiązku pomocy.

Reguły, które ustanawiającej je osobie wydają się absolutnie racjonalne i oczywiste, partnerowi wydają się często irracjonalne. Na przykład kiedy Karen powiedziała Tedowi, że powinien „wiedzieć”, że oczekuje od niego pomocy w obowiązkach domowych, on odparł: „Zawsze chcesz, żebym czytał w twoich myślach. Jeśli czegoś ode mnie chcesz, to dlaczego po prostu nie przyjdziesz i nie powiesz o tym?” A Karen na to: „To przecież oczywiste. Dlaczego zawsze muszę cię o wszystko prosić? Czy nigdy nie możesz zrobić czegoś tylko dlatego, że tak właśnie trzeba?”

Najistotniejsza cecha „małżeńskiego kodeksu zachowań dobrych i złych” sprowadza się do tego, że małżonek nie powinien nigdy – świadomie czy nieświadomie – złamać żadnej ze składających się nań reguł. Pewien młody człowiek wściekł się na przykład, kiedy narzeczona przypadkiem dmuchnęła mu w twarz dymem z papierosa. Pomyślał wtedy: Wie, że nie znoszę dymu, więc powinna bardziej uważać. Jest bezmyślna i nie liczy się z moimi uczuciami. Uraziło go tak nie tyle samo dmuchnięcie, ile fakt pogwałcenia przez narzeczoną ustanowionej przez niego zasady. Gdyby ktoś inny dmuchnął mu przypadkiem dymem w twarz, to byłby wprawdzie trochę zły, ale nie wpadłby we wściekłość, gdyż nie byłoby to złamaniem żadnej reguły.

Rzeczywista szkoda czy krzywda, której doznaje małżonek, kiedy partner pogwałci którąś z ustanowionych przez niego reguł, jest często znikoma, zwłaszcza w porównaniu z gwałtownością jego reakcji, z wybuchem niepohamowanego gniewu. Reakcja ta jest tak silna z jednego tylko powodu – otóż, jego zdaniem, reguła ta jest święta. Sądzi on, że jeśli raz zostanie złamana, to wystawi go to na dalsze bolesne ciosy, jak gdyby jedno drobne naruszenie prawa musiało pociągać za sobą zupełne jego lekceważenie. I tak na przykład ów człowiek, który nie cierpiał dymu papierosowego, powiedział o swojej narzeczonej: „Jeśli teraz nie potrafi zastosować się do tak prostej zasady jak ta, że nie wolno dmuchać mi dymem w twarz, to może w przyszłości nie przejmować się niczym, co mi przeszkadza, i lekceważyć wszystko, co się dla mnie liczy”.

Reguły, które obracają się przeciw temu, kogo mają obronić

Typowe dla obojga partnerów w małżeństwie zaburzonym jest to, że każde z nich uważa, iż to ona czy on bardziej starała (starał) się dostosować do drugiego i poczyniła (poczynił) większe ustępstwa albo że dała (dał) z siebie więcej, starając się zaspokoić potrzeby partnera, niż otrzymała (otrzymał) w zamian. To poczucie krzywdy i niesprawiedliwości nasila się szczególnie wtedy, kiedy jedno z małżonków zaczyna krytykować drugie albo robić mu wymówki. „Mąż nigdy nawet słowem nie wspomni o tym, co dla niego robię. Zauważa tylko moje błędy”.

Pragnienie bycia kochanym i bycia szczęśliwym często tak się splatają w naszym umyśle, że uważamy, iż nawet lekkie ostygnięcie miłości partnera oznacza koniec naszego szczęścia. Wiele osób na przykład kieruje się następującą zasadą: Jeśli będę bezgranicznie i bezwarunkowo kochana (kochany), to będę mogła (mógł) czuć się szczęśliwa (szczęśliwy). Jeśli nie będę kochana (kochany) bezgranicznie i bezwarunkowo, to na pewno będę nieszczęśliwy (nieszczęśliwa). Stawiając znak równości między miłością i szczęściem, osoby takie muszą przeżywać bolesne chwile, kiedy wydaje się im, że partner nie kocha lub nie troszczy się już o nie tak jak dawniej. Przejściowe ochłodzenie uczuć partnera oznacza dla nich zbliżanie się kresu szczęścia. Niektóre z nich mogą nawet popaść w depresję, jeśli są przekonane, że miłość się kończy. Dochodzą wówczas do wniosku, że skoro nie mają szans na to, by ponownie pokochano je kiedykolwiek, to już do końca życia będą nieszczęśliwe.

Dla zabezpieczenia się przed takim cierpieniem małżonkowie starają się zbudować system kontroli, który ma odegnać widmo rozstania. Te środki obrony przybierają postać nakazów kierowanych pod adresem partnera – wszystkich tych powinien i nie powinien – które dają formułującemu je małżonkowi poczucie bezpieczeństwa.

Owe sztywne reguły, będące czymś w rodzaju muru chroniącego przed ogromnym cierpieniem spowodowanym ewentualnym rozejściem się, służą często do ogrodzenia partnera i ograniczenia jego swobody i spontaniczności. Paradoksalnie jednak mogą one spowodować to, przed czym miały chronić – rozkład małżeństwa.

Kiedy partner pogwałci którąś z tych reguł, drugi małżonek – ów prawodawca – czuje się zagrożony, wpada w złość i chce ukarać przestępcę. W istocie rzeczy bowiem zlekceważona została nie owa reguła, lecz jej twórca. W związkach intymnych złość przeszkadza konstruktywnemu rozwiązywaniu problemów. Osoba ogarnięta paroksyzmem złości nie widzi żadnych możliwości pertraktacji.

Reguły te mogą wydawać się osobie, której są narzucane, arbitralne, niezrozumiałe lub bezsensowne, ponieważ zazwyczaj ustalają symboliczne rytuały, takie jak punktualność, uprzejmość czy dawanie prezentów, zapewniające ich twórcy poczucie bezpieczeństwa. Często obejmują one również bardziej subtelne procesy, takie jak konieczność przewidywania pragnień ustalającego je małżonka lub dostrajania się do jego czy jej uczuć. Przykładami tych ostatnich mogą być: On powinien wiedzieć, że potrzebuję jego pomocy czy Ona powinna wiedzieć, że jestem w złym nastroju.

Mamy skłonność do karania partnera za każde naruszenie naszych reguł, nawet jeśli samo w sobie nie wyrządza nam ono żadnej krzywdy ani nie sprawia najlżejszego bólu. „Przestępca” wpada wówczas w gniew, bo przewinienie wydaje mu się błahe, a reakcja małżonka nie stoi w żadnej proporcji do rzeczywiście wyrządzonej mu szkody. Oprócz tego czuje się skrępowany implikowaną przez ową reakcję regułą. A zatem z „krzywdziciela” staje się osobą pokrzywdzoną i może przejść do kontrataku, skutkiem czego małżonek, który ustanowił ową regułę, może naprawdę odczuć cierpienie, przed którym miała go ona chronić. Jest to właśnie jeden z paradoksów, które widzimy w dysfunkcjonalnych małżeństwach – reguły, które zostały starannie skonstruowane po to, by nie dopuścić do zmartwień i niedoli, w rzeczywistości same je wywołują.

 

Wiele par uważa, że w małżeństwie w ogóle nie powinny pojawiać się żadne problemy. Często uskarżamy się, choćby sami przed sobą: Gdyby on (ona) naprawdę mnie kochał (kochała), to nie kłócilibyśmy się. Kiedy problemy zaczynają się jednak pojawiać, to zdają się pogwałceniem owej ukrytej zasady, że małżonkowie nie powinni się spierać, a zatem partnerów zaczyna złościć sam fakt istnienia konfliktu. Dzieje się tak, gdyż oboje stworzyli sobie formułę, która brzmi: niezgoda = brak akceptacji, szacunku i miłości. Ponieważ kombinacja złości i wzajemnego obwiniania się odwraca uwagę partnerów od rozwiązania ich problemu, wynikiem tego może stać się obopólna, coraz bardziej potęgująca się nienawiść.

Narzucanie reguł

Wiedząc o tym, czego możemy oczekiwać od małżonka, możemy z większą pewnością planować przyszłość, stawiać czoło sytuacjom krytycznym i podejmować decyzje. Co więcej, te obopólne oczekiwania mają bardzo istotne znaczenie dla funkcjonowania małżeństwa, wskazują bowiem każdemu z małżonków, jakich działań dla wspólnego dobra oczekuje od niego partner (partnerka).

Jednakże skrywane oczekiwania zamiast stabilizować małżeństwo, niszczą je. Te nigdy głośno i otwarcie niesformułowane zasady często koncentrują się wokół aktów symbolicznych, takich jak samorzutnie zgłoszona przez męża gotowość do zaopiekowania się dziećmi, żeby żona mogła od nich odpocząć, czy przygotowanie przez żonę ulubionego dania męża. Niektóre reguły symboliczne odnoszą się do innych członków rodziny. „Jeśli zależy ci na mnie, to będziesz taktowny wobec moich rodziców i rodzeństwa” jest przykładem jednej z nich.

Jednakże nawet te symboliczne reguły nie muszą powodować poważnych problemów. Stają się one natomiast wyjątkowo dokuczliwe i przysparzają kłopotów, kiedy pojawiają się w otoczce absolutnych nakazów i zakazów, owych powinieneś i nie powinieneś.

Są różne rodzaje takich nakazów i zakazów. Wiele z nich pełni pożyteczną rolę. Najbardziej oczywiste nakazy typu „powinieneś” dotyczą właściwego wykonywania różnych prac, na przykład nastawiania pralki na odpowiedni program. Inny rodzaj poleceń chroni przed niebezpieczeństwem. Szczególnie ważne są tu reguły typu „przede wszystkim bezpieczeństwo”, nakazujące członkom rodziny zamykanie drzwi na klucz, zakręcanie gazu, ostrożną jazdę i tak dalej.

Inne reguły odnoszą się do sytuacji towarzyskich. I tak, przyjmuje się za pewnik, że każde z małżonków oczekuje od drugiego, iż ten nie powie i nie zrobi nic, co mogłoby przedstawić go innym osobom w niekorzystnym świetle. A zatem w obecności innych każde z nich powinno okazywać drugiemu troskę, pomoc i szacunek oraz unikać wszelkich zachowań, które świadczyłyby o lekceważeniu współmałżonka, braku delikatności i ochoty do współpracy z nim. Na koniec, istotne znaczenie dla finansowego zabezpieczenia bytu rodziny mają takie reguły, jak na przykład reguła zabraniająca zbyt dużych wydatków.

Reguły te są zupełnie racjonalne, ale jeżeli stosuje się je niewłaściwie, mogą stać się źródłem kłopotów. Jeżeli bowiem traktujemy je jako bezwzględnie obowiązujące i nienaruszalne, a wszelkie wykroczenia przeciw nim jako czyny zasługujące na potępienie i karę, to konflikt staje się nieuchronny.

Ted na przykład uważał, że Karen powinna wiedzieć, iż jej spóźnianie się przeszkadza mu, że zatem zawsze powinna być punktualna. Zamiast jednak porozmawiać z nią o tym i wytłumaczyć, że drażni go to, po prostu stale ganił ją za to, jak gdyby niepunktualność była grzechem śmiertelnym. Karen natomiast nie widziała niczego złego w tym, że czasami trochę się spóźnia. Była przekonana, że Ted wie, iż jego zrzędzenie denerwuje ją i że powinien doceniać to wszystko, co robi zgodnie z jego życzeniem, a nie czepiać się tych paru rzeczy, które przeoczyła.

Te nakazy i wymagania, wyrażające się w sądach o tym, co partner powinien robić, mogą wykroczyć poza zwykłe zmuszanie go do zastosowania się do naszych życzeń. Dominacja nad partnerem i kontrolowanie go za pomocą powinieneś zrobić to i nie powinieneś robić tego mogą same w sobie stać się źródłem zadowolenia i przyjemności. Często zapominamy jednak o tym, że zgadzanie się z pragnieniami partnera może również sprawiać nam nie mniejszą satysfakcję.

Tyrania powinności

Jeśli odrzucimy gładką otoczkę uprzejmości, którą tworzymy wokół siebie w kontaktach z innymi osobami, to możemy odsłonić groźne oblicze. Aby dopiąć swego, możemy używać słodkich słówek, ale trzymamy w pogotowiu zaciśniętą pięść. Kiedy napotykamy czyjś opór, mówimy tej osobie, żeby lepiej zgodziła się, bo inaczej... Obowiązkom, które nakładamy na innych, towarzyszy sugestia, że w wypadku niewywiązania się z nich zastosujemy sankcje w postaci pogróżek, łajania, złości albo dąsania się.

Bezwzględny charakter poleceń i oczekiwań typu powinieneś stwarza problemy w małżeństwie, ponieważ całkowite dostosowanie się do nakazów innej osoby oznacza podporządkowanie jej naszej osobowości, naszych celów i potrzeb. Nadmiernie rygorystyczny czy przesadnie rozbudowany zbiór powinności może stać się źródłem prawdziwych udręk zarówno dla innych, jak i dla nas samych.

Psychoanalityczka Karen Horney, autorka całej serii książek na temat „osobowości neurotycznej”, wprowadziła do powszechnego obiegu pojęcie tyrania powinności[1]. Jej zdaniem, osoba neurotyczna zgłasza nierozsądne, czasami jawnie bezsensowne roszczenia i żądania opierające się na jej rzekomym prawie do czegoś. Osoba taka domaga się, by inni spełniali jej polecenia nawet wtedy, kiedy kolidują one z ich potrzebami czy zagrażają ich interesom. Kiedy żądaniom tym nie staje się zadość, neurotyk wpada we wściekłość. Ma pretensje do całego świata, do losu czy do Boga. Przybierają one postać takich choćby opinii: „Zasługuję na szczęście”, „To niesprawiedliwe, że życie jest takie trudne” czy „Ludzie powinni mnie lepiej traktować”. Osoby takie są tak oburzone tym, że ich udziałem stały się rzekomo nieproporcjonalnie wielkie w stosunku do bliźnich trudności i kłopoty, iż nie potrafią się cieszyć dostępnymi dla nich przyjemnościami i mogą nawet zniszczyć sobie życie.

Takie żądania i roszczenia powodują kłopoty w małżeństwie. Jak zauważył psycholog Albert Ellis, niektórzy nie tylko chcą, żeby cały czas traktowano ich dobrze, ale wręcz domagają się tego. Kiedy małżonek nie zachowuje się zgodnie z tymi oczekiwaniami, mogą się rozzłościć. Myślą wtedy: „On nie ma prawa traktować mnie w taki sposób”, „Zasługuję na lepsze traktowanie”, „Ona sprawia mi zawód”[2].

Osoby takie wpadają w głębokie przygnębienie, kiedy ich oczekiwaniom nie staje się zadość, kiedy partner narazi je na rozczarowanie. Reakcje ich znajdują wyraz w myślach i stwierdzeniach w rodzaju: „Nie mogę znieść takiego traktowania”. Z mechanizmem tym łączy się inne zjawisko, które Ellis nazwał „upatrywaniem strasznych cech” [awfulizing] przejawiające się w sformułowaniach typu: „To straszne być żoną (mężem) osoby nieczułej”. Stąd już tylko krok do „diabolizowania”, widocznego w stwierdzeniach takich jak: „To okropny człowiek – próżniak” czy „Ona jest wstrętna – prawdziwa suka”. Mechanizm ten polega na przypisywaniu małżonkowi cech diabolicznych i postrzeganiu go czy jej jako osoby złej, podstępnej, pragnącej zniewolić partnera. Kroki te prowadzą nieuchronnie do stadium trzeciego, którym jest „katastrofizowanie”, znajdujące wyraz w stwierdzeniach: „Nie mogę swobodnie oddychać w tym małżeństwie” czy „Zawsze będę nieszczęśliwa (nieszczęśliwy)”. Inne przykłady i definicje tych mechanizmów psychicznych znaleźć można w rozdziale 8.

Spójrzmy tylko, jak bezwzględny i absolutny charakter mają te stwierdzenia. Małżonek jest „okropny”, pozbawiony jakichkolwiek kompensujących jego wady cech; jego zachowanie jest niewybaczalne i nigdy nie ulegnie zmianie. Cierpienie spowodowane frustracją i rozczarowaniem jest nie do zniesienia, przyszłość małżeństwa rysuje się czarno, nierozświetlana najdrobniejszym nawet promykiem nadziei.