Miłość nie wystarczy

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 3

ZDERZENIE RÓŻNYCH PUNKTÓW WIDZENIA

Różnice postaw dzielące małżonków mogą brać się z fundamentalnych różnic w ich postrzeganiu samych siebie i partnerów. Widzieliśmy te różnice u Karen i Teda. Ted, typowy – jak określiła go żona – klasyk, ceni w życiu to, co uporządkowane i przewidywalne, natomiast Karen, romantyczka, poszukuje nowości i wszystkiego, co wprawia ją w ekscytację.

Takie różnice punktów widzenia mogą sprawić, iż błahe na pozór wydarzenia staną się przyczyną wzajemnego oddalenia małżonków i zagrożą ich związkowi. Mająca zamiar pobrać się para zwróciła się do mnie po poradę po takim oto, jednym z wielu, wydarzeń. Spróbujmy wsłuchać się w ich rozmowę, którą odtworzyli w moim gabinecie:

LAURA: Zostaniesz w domu wieczorem? Chyba mam grypę.

FRED: Umówiłem się z Joe, że się z nim spotkam. [Joe jest kolegą Freda po fachu.]

LAURA: [Jeśli nie może mi wyświadczyć takiej drobnej przysługi, to jak mogę liczyć na niego, kiedy będę miała poważny problem?] Nigdy nie chcesz zostać w domu. Rzadko cię o coś proszę.

FRED: [Jeśli ona nalega, żebym został w domu z powodu takiego drobiazgu, to co będzie, kiedy zdarzy się coś poważnego, na przykład kiedy będziemy mieli dzieci? Zupełnie brak jej rozsądku. Gdybym miał spełniać każde jej życzenie, to nie miałbym czasu nawet na to, żeby oddychać.] Przykro mi, ale naprawdę muszę iść.

LAURA: [Nie mogę na nim polegać. Powinnam z nim zerwać, póki jeszcze czas, i znaleźć sobie kogoś, na kim będę mogła polegać.] No to idź, skoro chcesz. Znajdę kogoś, kto zostanie ze mną.

Laura i Fred bardzo różnili się od siebie – ona była nauczycielką rysunku i malarstwa w prywatnej szkole, on programistą komputerów. W całkowicie odmienny sposób widzieli też tę samą sytuację, a przy tym nie potrafili przyjąć punktu widzenia drugiej strony. Żadne z nich nie zdawało sobie sprawy ze znaczenia, jakie sytuacja ta ma dla drugiej strony, więc oboje tworzyli sobie negatywne wyjaśnienia wzajemnych zachowań. Nie doszłoby do tego, gdyby bardziej starali się wzajemnie zrozumieć. Fred nie zdawał sobie sprawy, że Laura traktuje jego niezłomne postanowienie wyjścia jako oznakę porzucenia, więc uważał, iż rozmyślnie chce go zatrzymać i kontrolować jego postępowanie. Laura natomiast, nie uświadamiając sobie, że Fred poczytuje jej prośbę za „zamach” na swoją wolność, uważała, że jest on niewrażliwym na potrzeby innych egoistą.

Oboje byli przy tym przekonani, że ich interpretacje wzajemnych zachowań są tak zasadne i oczywiste, że każdy zgodziłby się z nimi, natomiast postawa drugiej strony jest zupełnie niezrozumiała. Laura nie widziała żadnego błędu w swoim wnioskowaniu, że skoro Fred nie chce spełnić jej życzenia w tak błahej sprawie, to nie może na nim polegać w sprawach istotnych. Fred natomiast był przekonany, że zastosowanie się do jej życzenia oznaczałoby, iż przez resztę życia będzie trzymany na uwięzi.

Co więcej, żadne z nich nie dopuszczało do siebie myśli, że drugie może mieć trochę racji i w konsekwencji nie chciało słuchać ani nie próbowało zrozumieć drugiej strony. Usiłując na próżno zmusić się nawzajem do przyjęcia swego punktu widzenia, oddalali się od siebie coraz bardziej. Każde z nich uważało, że drugie myli się, a zatem jest podłe, złe i samolubne. Przy takim podejściu obojga ich związek nie miał szans przetrwania.

Kiedy partnerzy napadają na siebie, wzmacniają tym tylko swój opór, utwierdzając się nawzajem w negatywnych przekonaniach, a nawet sprawiając, że przyjmują one bardziej skrajną postać. W końcu zajmują zupełnie przeciwstawne stanowiska i niezłomnie trwają przy swoich egocentrycznych punktach widzenia. Każde z nich uważa, że drugie jest „nietolerancyjne”, że nie można z nim (z nią) wytrzymać, a łączy ich tylko to, że oboje są przekonani, iż małżeństwo skończy się katastrofą, jeśli wcześniej go nie rozwiążą.

Intensywność reakcji Laury i Freda miała głębsze korzenie, konflikt interesów bowiem godził w czułe miejsca każdego z nich. Kontakt z drugim człowiekiem dawał Laurze zadowolenie i poczucie bezpieczeństwa, a zatem wyjście Freda odbierała jako zagrożenie. Fred był bardziej samodzielny, cenił swobodę, ruchliwość i samowystarczalność. Drażniło go w Laurze to, że tak bardzo – jego zdaniem – lgnęła do niego. Podczas gdy dla Laury manifestacyjne demonstrowanie przez Freda niezależności symbolizowało opuszczenie, to w oczach Freda jej uzależnienie od towarzyskości oznaczało ograniczenie jego swobody.

Z powodu różnic osobowości (towarzyskości Laury i jej zależności od innych oraz samodzielności Freda) nie potrafili spojrzeć na problem w taki sam sposób, a zatem musiało nieuchronnie dojść do kolizji. Co więcej, żadne z nich nie potrafiło pojąć, że drugie interpretuje tę sytuację inaczej, ponieważ uniemożliwiało im to uporczywe trzymanie się własnego punktu widzenia.

Często słyszymy: „Po prostu nie rozumiem mojego męża [albo mojej żony]”. Generalnie, w oczach męża czy żony tylko jego/jej własny punkt widzenia wydaje się właściwy. Nie rozumiejąc, że ich punkty widzenia mogą się różnić, małżonkowie skłonni są w wypadku konfliktu przypisywać sobie nawzajem złą wolę. Nie zdają sobie sprawy, że po prostu odmiennie postrzegają te same sytuacje, co wcale nie znaczy, że któreś z nich ma w stosunku do drugiej strony złe zamiary.

Badania dostarczają dowodów, że takie konflikty jak między Laurą i Fredem zdarzają się dość powszechnie. Na przykład Carol Gilligan, psycholog z Uniwersytetu Harvarda, wykazała, że żony z reguły bardziej angażują się w związki małżeńskie, mężowie natomiast zachowują większą niezależność[1]. Mimo to można jednak zmienić przekonania biorące się z tych różnic i w konsekwencji zmniejszyć tarcia małżeńskie. W każdym razie partnerzy mogą przynajmniej brać pod uwagę uczucia drugiej strony i nie wywoływać niepotrzebnie uczucia zagrożenia.

Problem przeciwstawnych osobowości ilustrują starcia, do jakich dochodziło między Marjorie i Kenem. Marjorie, która w czasie studiów została królową piękności, brakowało wiary we własne umiejętności. Mimo to starała się udowodnić, że nie jest „malowaną lalą” i potrafi być niezależna i samodzielna. Wydawało się jej, że inni bardziej wierzą w siebie, więc czuła się gorsza. Ken, który był gwiazdą koszykówki w czasach uniwersyteckich, stanowił jej zupełne przeciwieństwo – był pewny siebie i samodzielny. Wydawało mu się, że inni, w tym też Marjorie, są słabsi i potrzebują jego opieki.

Poniższa wymiana zdań nastąpiła, kiedy Marjorie chciała powiesić obraz, ale nie mogła poradzić sobie z wbiciem gwoździa w ścianę.

KEN: [Ma kłopot. Lepiej jej pomogę.] Pozwól, że ja to zrobię.

MARJORIE: [Nie ma zaufania do moich umiejętności.] Nie trzeba. Sama potrafię to zrobić [ze złością].

KEN: O co ci chodzi? Chciałem ci tylko pomóc.

MARJORIE: Zawsze to robisz. Myślisz, że nic nie potrafię zrobić.

KEN: No przecież nie potrafisz nawet wbić prosto gwoździa [śmieje się].

MARJORIE: No i znowu to samo – zawsze mnie stłamsisz.

KEN: Chciałem ci tylko pomóc.

Ich wersje tego wydarzenia różniły się zasadniczo. Marjorie, zabierając się do powieszenia obrazu, chciała przekonać samą siebie, że potrafi poradzić sobie z pracami wymagającymi umiejętności manualnych. Prawdę mówiąc, oczekiwała ze strony Kena pochwały za to, że zna się na tym i że jest taka samodzielna. Tymczasem ingerencja Kena wydobyła na jaw jej nieudolność i brak takich umiejętności. Aczkolwiek oboje mieli rację co do tego, że Ken nie wierzy w jej zdolności manualne, to jednak zupełnie odmiennie interpretowali pobudki, które skłoniły go do zaoferowania pomocy. Ken widział w swoim zachowaniu troskliwość i uczynność, natomiast Marjorie postrzegała to jako mieszanie się do cudzych spraw i protekcjonalność. I tak oto niewinna propozycja pomocy doprowadziła do tego, że oboje poczuli się urażeni.

Jakby tego było mało, każde przypisywało drugiemu złą wolę. Marjorie uważała, że Ken wścibia nos w nie swoje sprawy, chce ją kontrolować i kierować nią, on zaś myślał, że żona jest zadziorna i niewdzięczna. (W przeszłości zawsze polegała w takich sprawach na nim, a on lubił pomagać jej i wykazywać się swymi znakomitymi umiejętnościami.)

Takie przyklejanie sobie nawzajem negatywnych etykietek jest powszechne w małżeństwie.

Badania prowadzone na Uniwersytecie w Maryland – prace psychologa Normana Epsteina i innych – wykazują, że podczas nieporozumień małżeństwa, którym nie układa się pożycie, są bardziej skłonne do przypisywania sobie złych intencji niż małżeństwa, które wzajemne pożycie uważają za udane[2].

Szeroki i wąski punkt widzenia

Na nasz obraz sytuacji składają się nie tylko jej szczegóły, ale także znaczenia, jakie im nadajemy. W tym szerszym sensie obraz ten kształtuje przekonania i doświadczenia. I tak, stworzony sobie przez Kena wizerunek Marjorie jako osoby potrzebującej pomocy brał się z jego, opartego na dotychczasowych doświadczeniach, przekonania, że żona nie posiada zdolności manualnych. Natomiast jej sposób widzenia Kena został ukształtowany przez przekonanie, że jest nietaktowny, wścibski, skory do lekceważenia i krytykowania innych. Jest paradoksem, że w początkach znajomości bardzo pociągały ją w nim właśnie niezwykła pewność siebie i opiekuńczość, dające jej poczucie bezpieczeństwa. Z drugiej jednak strony cały czas tkwiło w jej podświadomości niczym zadra przeświadczenie, że jest nieudolna, łatwo więc było ją urazić, kiedy próbowała udowodnić, że potrafi sobie sama dać radę. A zatem, choć oboje mieli dobre intencje, ich przeciwstawne punkty widzenia doprowadziły do konfliktu.

Normalnie perspektywa, z której patrzymy na drugą osobę, jest „szeroka”. Tworzymy sobie jej obraz i zmieniamy go w miarę dopływu nowych informacji. Obraz partnera składa się z pożądanych i niepożądanych cech jego charakteru. Jeżeli mamy szeroki punkt widzenia, to obraz partnera zmienia się razem z nim. Zmiany te nie wynikają z naszych wcześniejszych sądów o partnerze, ale z racjonalnej oceny motywów jego postępowania.

 

Punkt widzenia Marjorie był wąski, nie opierał się bowiem na ocenie rzeczywistych intencji Kena, lecz wynikał wyłącznie z jej coraz silniejszego dążenia do samodzielności. Obraz Marjorie w oczach Kena z kolei opierał się na jego wcześniejszym postrzeganiu jej jako osoby niesamodzielnej i nie uwzględniał dojrzewającej w niej potrzeby zdobycia samodzielności. Gdyby spojrzenia obojga nie ograniczały z góry przyjęte sądy, to Marjorie zorientowałaby się, że Ken chce jej po prostu pomóc, on zaś dostrzegłby jej pragnienie większego usamodzielnienia się.

Wąski albo egocentryczny punkt widzenia określony jest przez indywidualny układ odniesień; postrzegamy wydarzenia według tego, jaki mają z nami związek. Nasz obraz danego wydarzenia opiera się wyłącznie na znaczeniu, jakie ma ono dla nas, i całkowicie pomija to, co może ono znaczyć dla innych osób. Nawet kiedy staramy się spojrzeć na nie z punktu widzenia drugiej osoby, nie potrafimy wyjść poza własny układ odniesienia.

Na przykład podczas incydentu związanego z wieszaniem obrazu Ken był przekonany, że okazuje żonie troskę i chęć pomocy. W rzeczywistości jednak opierał się na swoim własnym – a nie jej – zdaniu na temat tego, co jest dla niej dobre. Podobnie Marjorie – interpretowała jego propozycję pomocy, patrząc tylko z własnego punktu widzenia. W takim ujęciu jego zachowanie jawiło się jej nie jako przejaw troski, lecz wyraz celowego wtrącania się do jej spraw. Każde z nich patrzyło ze swojego, wąskiego punktu widzenia. Następnym krokiem było wzajemne przyklejanie sobie etykietki „niegodziwości” – Ken był niegodziwy, ponieważ wmieszał się do jej spraw, Marjorie, bo okazała jawną niewdzięczność.

Kiedy oboje partnerzy postrzegają rzeczywistość ze swych egocentrycznych, wąskich punktów widzenia, spięcia są nieuniknione. Mimo iż Ken nie miał najmniejszego zamiaru urazić żony i naprawdę chciał jej pomóc, to egocentryczna perspektywa, z której spoglądał na całą sytuację, uniemożliwiła mu dostrzeżenie jej prawdziwych pragnień. Patrzył bowiem z perspektywy swego własnego pragnienia (udzielenia jej pomocy), a nie z perspektywy jej pragnienia (bycia samodzielną). Także punkt widzenia Marjorie zawężony był do jej pragnień. W rezultacie w zachowaniu Kena nie dostrzegła jego chęci udzielenia jej pomocy, lecz jedynie przeszkodę w realizacji swoich dążeń.

Konflikt małżeński umacnia u obojga małżonków egocentryczny punkt widzenia. Kiedy czują się zagrożeni, zawężenie perspektywy staje się pewnego rodzaju reakcją obronną. Gdy postrzegają się nawzajem z odmiennych, egocentrycznych perspektyw, o porozumieniu nie ma mowy. Na ich interpretacje tego, co dzieje się między nimi, mają wpływ konflikty interesów, błędne odczytywanie motywów kierujących ich wzajemnymi zachowaniami i wrogość. Kiedy konflikt jest wynikiem zawężenia punktów widzenia, oboje dostrzegają u siebie tylko cechy ujemne i wyciągają pochopne wnioski na temat „nieszczęść”, do których doprowadzają owe cechy. Jak przekonamy się w rozdziale 9, wrogość staje się dużo poważniejszym problemem niż kolizja odmiennych punktów widzenia, od której wszystko się zaczęło.

Tym, co powoduje, że różnice w postrzeganiu zaostrzają się coraz bardziej i w końcu prowadzą do poważnego konfliktu, są stawiające małżonka w niekorzystnym świetle wyjaśnienia jego postępowania. Te negatywne wyjaśnienia prowadzą często do wytworzenia się poczucia wrogości, które z kolei przyczynia się do szukania jeszcze bardziej negatywnych wyjaśnień, aż w końcu postrzega się drugą osobę wyłącznie w negatywnym świetle, jako „sukę” czy „tyrana”. Z powodu zawężenia swych punktów widzenia, żadne z małżonków nie daje wiary drugiemu, kiedy on(a) przedstawia swoją wersję, a nawet nie przyjmuje do wiadomości, że może on(a) postrzegać sytuację inaczej. Trzeba tu podkreślić, że nikt z własnej woli nie zawęża swego punktu widzenia. Skoro jednak już to zrobi, to owa ograniczona perspektywa określa jego myśli i poczynania.

Natomiast osoba, która ma szeroki punkt widzenia, potrafi przyjąć układ odniesienia innej osoby, spojrzeć na świat jej oczami i w konsekwencji bardziej elastycznie podchodzić do różnych sytuacji. Na przykład wielu rodziców ma tego rodzaju otwarte podejście do postrzeżeń, pragnień i uczuć swych dzieci. Niekiedy jednak nawet ci „dobrzy rodzice” zawężają swój punkt widzenia i postrzegają dzieci na przykład jako „ciężar” czy „utrapienie”.

Rodzice mogą mieć znacznie mniejszą chęć do wczuwania się nawzajem w swoją sytuację niż w sytuację dzieci, ponieważ traktują siebie jako osoby „dorosłe” (to znaczy niereagujące w dziecinny sposób). Paradoksalnie jednak wiele pragnień, uczuć i oczekiwań małżonków ma początek w dzieciństwie, w związku z czym należy im okazać takie samo zrozumienie, na jakie zasługują dzieci.

Wtłoczenie w obraz

„On lubi widzieć, jak cierpię”.

„Ona stara się mną manipulować”.

„On jest tyranem”.

„Ona jest fałszywa”.

Takie oskarżenia niekoniecznie muszą świadczyć o tym, że małżonek czy małżonka jest niezwykle podły (podła), że bezwzględnie wykorzystuje albo tyranizuje partnera (partnerkę) czy bezwstydnie okłamuje go (ją) na każdym kroku, aczkolwiek niekiedy może się w nich kryć trochę prawdy. Z mojej praktyki wynika jednak, że opierają się one zazwyczaj na globalnych, nadmiernie uogólnionych wnioskach, do których dochodzą małżonkowie, kiedy czują się zranieni.

Zraniony czy boleśnie ugodzony w swych uczuciach partner ma skłonność do obwiniania drugiej strony i przypisywania jej złych cech. Jeśli takie – bolesne dla niego – sytuacje powtarzają się, to owe oskarżenia mogą w jego umyśle przybrać formę sądów absolutnych, w których stwierdza się, że małżonek „zawsze” postępuje źle, albo „nigdy” nie zachowuje się w sposób pożądany. Partner nie traktuje niemiłego dlań zachowania jako chwilowego, lecz jako stałe – jako cechę osobowości. Takie wyobrażenia, bez względu na to, czy wyraża się je otwarcie czy ukrywa, przekształcają się stopniowo w obraz małżonka.

Jeśli te przesadne uogólnienia powtarza się często, to ów negatywny wizerunek „nędznika” utrwala się. Wówczas małżonkowie, którzy niegdyś nie mogli się doczekać chwili, kiedy się zobaczą, oczekują tego momentu ze strachem albo ze wstrętem. Na taki utrwalony obraz składa się często również wyobrażenie twarzy męża, w której rysach widoczna jest podłość lub pogarda. Tę samą osobę, która dawniej wydawała się miła i atrakcyjna, teraz postrzega się jako nienawistną i wstrętną. Oblicze, które kiedyś budziło podniecenie i miłość, teraz wywołuje odrazę i ból.

Ten negatywny, nieobiektywny i niezmienny obraz, który tkwi w naszych myślach, określa potem, co dostrzegamy, a czego nie, w partnerze. W istocie rzeczy partner zostaje „wtłoczony w ramy” skrzywionego obrazu, który podkreśla jego cechy negatywne, a pomija cechy pozytywne. Po takim „wtłoczeniu” prawie każde jego działanie postrzegane będzie poprzez ten obraz, będący jakby pewnego rodzaju „filtrem”. Zachowania neutralne postrzegane będą jako negatywne, zachowania negatywne będą się wydawały gorsze niż w rzeczywistości. Zachowania pozytywne będą reinterpretowane jako negatywne albo dyskwalifikowane. Jeżeli na przykład mąż okaże troskliwość, żona pomyśli: „Co on znowu kombinuje, ten hipokryta?” Jeżeli żona odniesie się do męża uprzejmie, ten pomyśli: „Ona udaje, nie robi tego szczerze”.

Obraz, w którego ramy wtłoczyliśmy partnera, jest stale wzbogacany potwierdzającymi jego prawdziwość dowodami, natomiast dowody niepasujące do niego są zaraz zapominane. Ponieważ w ramach tego obrazu mieszczą się tylko informacje, które są spójne z jego treścią, staje się on w miarę upływu czasu coraz bardziej przekonujący, aż w końcu utrwala się w naszym umyśle jako rzeczywistość. Na koniec, kiedy urażony małżonek zaczyna przytaczać przyjaciołom czy przyjaciółkom zebrane razem dowody potwierdzające zasadność takiego właśnie obrazu partnera, nawet bezstronne osoby są przekonane o jego prawdziwości.

Kiedy Fred nie zgodził się zostać w domu, w umyśle Laury wytworzył się i wykrystalizował jego obraz jako człowieka pozbawionego czułości i wrażliwości. Później doszła do wniosku, że skoro nie liczy się z jej potrzebami, nie będzie brał również pod uwagę potrzeb ich dzieci, jeśli się pobiorą i dochowają się potomstwa, a zatem nie nadaje się on ani na męża, ani na ojca. Obraz, w którego ramy wtłoczony został Fred, ukazywał go jako nieodpowiedzialnego egoistę, i to bynajmniej nie tylko ten jeden raz, ale zawsze.

Potem Laura postrzegała Freda w niekorzystnym świetle bez względu na to, co robił. Prawdę mówiąc, kiedy tylko zdarzyło się coś, co choćby w niewielkim stopniu przypominało owo pierwsze i traumatyczne zdarzenie, w jej umyśle pojawiał się cały cykl obrazów i scen z nim związanych, a każda z nich napełniała ją jeszcze większą złością do niego. Sesje terapeutyczne tej pary ukierunkowane były na „usunięcie ram”, w które wtłoczony był obraz partnera, i polegały na tym, że Laura i Fred kwestionowali podstawy, na których opierały się ich negatywne punkty widzenia, oraz poszukiwali bardziej korzystnych dla partnera wyjaśnień jego poczynań.

Konflikty osobowości

Czasami tarć między małżonkami pozostającymi w stałym konflikcie ze sobą nie da się wyjaśnić różnicami w ich punktach widzenia czy wzajemnym wtłaczaniem swoich obrazów w ramy uprzedzeń. Wtedy trzeba szukać bardziej trwałych przyczyn, a mianowicie specyficznych cech osobowościowych obojga. Konflikt powodują wówczas odmienne sposoby postrzegania rzeczywistości, które narzucają małżonkom te cechy. Romantyk (romantyczka) widzi świat przez różowe okulary, pesymista (pesymistka) przez czarne. Osoba samodzielna może widzieć w propozycji pomocy chęć upokorzenia jej czy wytknięcia nieudolności albo wyraz braku zaufania do jej umiejętności, natomiast osoba niesamodzielna przejaw troskliwości. Dla osoby samodzielnej rozstanie oznacza swobodę, dla niesamodzielnej porzucenie.

Ted i Karen są przykładem dwóch różnie ukształtowanych osobowości, które łatwo mogą się zderzyć. Karen, samodzielna romantyczka, jest samowystarczalna i lubi wszystko robić sama. Ted, skłonny do odczuwania klasycznego osamotnienia, jest mniej samodzielny i tęskni za towarzystwem i bliskością drugiej osoby. Będąc w tym sensie zależny od innych, chce, aby Karen była zawsze w pobliżu. Na nieco niższym poziomie świadomości obawia się wręcz, że Karen go porzuci.

W okresie konfliktu z Karen Ted nie zdawał sobie sprawy, że oś jej osobowości, a nawet podstawę poczucia własnej tożsamości stanowią: potrzeba wolności wyrażająca się w niczym nieskrępowanym wyborze zajęcia i przechodzenia od jednej czynności do innej, działanie pod wpływem chwilowego impulsu oraz niechęć do wszelkich ograniczeń. On sam, ponieważ zawsze czuł się trochę osamotniony, przywiązywał niezwykłą wagę do tego, by mieć partnerkę, na którą zawsze mógłby liczyć i do której mógłby się zwrócić z każdą sprawą. Tymczasem Karen nie lubiła być do niczego zobowiązywana. Miała swój własny zbiór norm i reguł, oparty na pragnieniu wolności i niezależności oraz na potrzebie ruchliwości. Nie przywiązywała wagi do dokładności, punktualności czy stałej gotowości do czegoś.

Któregoś dnia Karen kazała Tedowi czekać na siebie pół godziny. Zżerały go niepokój i obawa, że przydarzyło się jej coś strasznego. Kiedy wreszcie przyszła, Ted – mimo że promieniała radością na jego widok – wściekł się na nią. Jego wściekłość potęgowała jeszcze skrywana obawa, że mogła mieć wypadek. Myśl o tym, że mogła była zginąć, przerażała go i ożywiała stary lęk przed samotnością. Zamiast czuć ulgę i cieszyć się, iż widzi ją całą i zdrową, był zły na nią, że stała się „przyczyną” jego niepokoju.

Ted zinterpretował nierespektowanie przez nią jego zasady punktualności w taki oto sposób: Nie przejmuje się mną. Nic a nic nie obchodzi jej, czego chcę. Zrobił nadąsaną minę, mając nadzieję, że uświadomi to wreszcie Karen, że zawiniła. Jednak dąsy i boczenie się nie wywarły na niej wielkiego wrażenia, ponieważ była względnie samodzielna i potrafiła łatwo uporać się z poczuciem osamotnienia i dystansem emocjonalnym. Zareagowała więc na to, odsuwając się od Teda i jeszcze bardziej pozbawiając go oparcia, co z kolei spotęgowało jego obawy i wzmogło wrogość, ponieważ – w jego mniemaniu – odebrała mu to, co mu się należało. Potraktował to jako brak odpowiedzialności z jej strony i powiedział sobie: „Nie mogę na nią liczyć”.

 

Chcąc zaspokoić swą stałą potrzebę opierania się na kimś, Ted wybrał niewłaściwą strategię, próbował bowiem kontrolować Karen. Ona natomiast pragnęła wyswobodzić się spod jego kontroli i uwolnić z sieci nakazów i ograniczeń. Po to, by zyskać upragnioną swobodę, starała się zniechęcić go do kontrolowania. Kiedy czuła się przytłoczona jego wymaganiami, odsuwała się jeszcze bardziej, żeby nabrać oddechu, co z kolei powodowało, że Ted czuł się opuszczony. Doprowadzony do rozpaczy, zaczął zrzędzić, a potem przeszedł do ataków słownych, coraz bardziej odpychając tym Karen od siebie.

Przypadek Karen i Teda pokazuje, że dwie osobowości, które początkowo wydają się uzupełniać nawzajem, w rzeczywistości kłócą się ze sobą z powodu postępowania według różnych zestawów norm i reguł. Na przykład jedna z reguł Karen brzmiała: Gdyby Ted naprawdę troszczył się o mnie, to popierałby moje dążenie do większej samodzielności. Odpowiednia reguła Teda natomiast da się tak oto zwerbalizować: Gdyby Karen naprawdę troszczyła się o mnie, to byłaby bliżej mnie. Jednak nawet takie rozbieżne reguły nie muszą wykluczać możliwości harmonijnego pożycia. Wszyscy znamy osoby o zupełnie odmiennych osobowościach, które żyją ze sobą w doskonałej zgodzie. Kiedy wszakże oboje partnerzy trzymają się kurczowo swoich punktów widzenia i nie dostrzegają lub nie chcą zaakceptować punktu widzenia drugiej strony, konflikt staje się nieuchronny.

Co zepsuło się w związku Teda i Karen? Jak pamiętamy z rozdziału 2, Teda pociągała w Karen jej beztroska i radość życia, które mile kontrastowały z chłodnym rygoryzmem i przeintelektualizowaną atmosferą jego domu rodzinnego. Karen natomiast fascynowała inteligencja Teda, jego dar opowiadania, metodyczne podejście do problemów i rozległa wiedza historyczna i polityczna. Nade wszystko jednak ceniła jego spolegliwość i odpowiedzialność – cechy, których brakowało jej ojcu.

Atrakcyjne cechy żyjących niegdyś zgodnie partnerów są ich rzeczywistymi i wystarczająco ważnymi przymiotami, aby na powrót przyciągnąć do siebie nawet tak różniące się osoby jak Ted i Karen; zdołają one przezwyciężyć wzajemne niezrozumienie. Nie są one wszakże dość silne, by same w sobie mogły być spoiwem małżeństwa, jeśli osobowości obojga partnerów wyraźnie nie pasują do siebie. W tym właśnie kryje się odpowiedź na zagadkę, dlaczego partnerom, którzy czuli do siebie tak silny pociąg i którym „wszystko wydawało się tak dobrze układać”, nie udaje się czasami uratować małżeństwa. Ich osobowość kształtują w znacznym stopniu ich oczekiwania, spojrzenie na życie i sposób reagowania na siebie. Kiedy owe „atrakcyjne” cechy zaczynają powszednieć, coraz większego znaczenia nabierają różnice osobowości. Zaczynają wówczas kolidować ze sobą odmienne punkty widzenia małżonków. Na koniec negatywne interpretacje wzajemnych poczynań powodują, że obraz małżonka, który widzi każde z nich, ulega wypaczeniu.

Kiedy Ted i Karen poczuli się wzajemnie zawiedzeni, każde z nich zaczęło na swój sposób szukać wyjaśnień konfliktu i winę za jego powstanie przypisywać drugiej stronie. Ich punkty widzenia tak się zawęziły, że żadne nie potrafiło już dostrzec pozytywnych cech partnera. Ted nadal był uroczym gawędziarzem, ale Karen nie bawiły już jego opowieści. Karen nadal kipiała życiem i radością, ale Teda nie wprawiało to już w dobry nastrój. Każde z nich postrzegało drugie poprzez negatywny obraz ograniczony ramami swych uprzedzeń – Karen jawiła się Tedowi jako kobieta odrzucająca go i lekkomyślna, on wydawał się jej surowym i rygorystycznym ponurakiem.

Kiedy już wtłoczyli się nawzajem w ramy tych negatywnych obrazów, trzeba było nie lada pracy i wysiłku, aby ich stamtąd wydobyć. Trzeba było zmienić niektóre z ich wzajemnie sprzecznych cech osobowości i postaw. Jak udało nam się tego dokonać, opiszę w dalszych rozdziałach. W tym miejscu możemy tylko podać kilka kroków, które musi uczynić małżeństwo przeżywające takie same kłopoty jak Ted i Karen.

1. Przede wszystkim oboje małżonkowie muszą uświadomić sobie, że spięcia i tarcia, do jakich dochodzi między nimi, biorą się w dużej mierze z wzajemnego niezrozumienia, które jest wynikiem odmiennych punktów widzenia, a nie skutkiem nikczemności czy sobkostwa któregoś z nich.

2. Muszą zrozumieć, że pewne cechy partnera nie są „złe”, ale denerwujące, ponieważ nie przystają do ich własnych cech.

3. Jest niezwykle ważne, by oboje zdawali sobie sprawę z tego, że jeśli ich punkty widzenia różnią się, to niekoniecznie musi to oznaczać, że jedno z nich ma rację, a drugie się myli.

4. Każde z nich musi zmienić swój wizerunek partnera, usuwając zeń sztucznie tam wprowadzone cechy negatywne, starać się postrzegać go w korzystniejszym świetle i bardziej realistycznie.

Po pewnym czasie obie osobowości mogą się stopniowo zmienić. Kiedy jedno z małżonków zaczyna bardziej tolerancyjnie odnosić się do cech drugiego, oboje często przekonują się, ku obopólnemu zdziwieniu, że dzielące ich różnice zaczynają się zamazywać. W rzeczywistości ich osobowości przekształcają się i dopasowują wzajemnie, zmniejszając w ten sposób tarcia i nieporozumienia.