Konsorcjum Tom IIITekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

Jest prawie piętnasta, a ja nadal siedzę sama w gabinecie i rozliczam pensje pracownicze wraz z wypracowanym zyskiem klubu. Tak jak zażyczył sobie Dominic, robię to z przesadną precyzją, co do jednego zarobionego centa dla każdej pracującej w klubie osoby. Po dwukrotnym upewnieniu się, że całość została poprawnie wyliczona, przesyłam zestawienie do Victora oraz oczywiście do pana obrażalskiego, który od wczoraj nie raczył nawet napisać głupiego SMS-a, nie mówiąc już o pokazaniu się w gabinecie, bo pewnie wtedy jego duma doznałaby uszczerbku. Następnie zabieram się jeszcze za odpowiedzi na wszelkie zaległe maile, przesyłam plany na weekendowe imprezy, ale mimo zawalania sobie głowy wszelkimi sprawami klubu moje myśli niebezpiecznie krążą wokół tego, gdzie jest Dominic. Jakaś część mnie, a w zasadzie cała ja, chce wiedzieć, co robił przez całą noc. Czy naprawdę aż tak go wzburzyłam, że do tej pory nie chce mnie widzieć? A może stało się coś złego, a ja, zamiast coś z tym robić, siedzę tutaj i głupio gdyba?. Z każdą minutą coraz czarniejsze myśli zaczynają wypełniać moją głowę, a serce jak oszalałe tłucze się po klatce piersiowej.

Nie! Dość tego, Cruz! – Potrząsam sobą w duchu, by wziąć się w garść. – Takie zamartwianie się nic nie da. A poza tym to Dominic dał ciała, nie ty! To on zataił fakt, że wredna Cassandra nie wraca razem z Erikiem zatruwać życie biednym ludziom w Stanach, tylko zostaje tu – dręczyć cały klub. Postawiona do pionu oraz – nie ma co ukrywać – już bojowo nastawiona, zabieram się za pozostałą pracę.

Kiedy kończę, postanawiam znaleźć Dominica i się z nim rozmówić. Najwyższa pora, aby dowiedział się, że w najbliższym czasie zostanie ojcem, czy mu się to podoba, czy nie. A czy udźwignie takie brzemię, sam musi zdecydować. Wyłączam laptopa, wrzucam do shopperki telefon i biorę z blatu klucze. Podchodzę do drzwi, ale w tym samym momencie przystaję, bo do moich uszu dobiega szmer odbywających się za nimi rozmów. Niewiele jestem w stanie zrozumieć, więc po prostu otwieram drzwi, a moim oczom ukazuje się Anja w towarzystwie Natalii. Uśmiecham się, ale one natychmiast milkną.

– Coś się stało czy tylko tak głośno myślicie? – śmieję się do dziewczyn, jednak one się nie przyłączają.

– No… Nadia, jest jedna sprawa, która nie daje nam spokoju – zaczyna niepewnie Anja, ale Natalia już kręci głową, jakby nakłaniała koleżankę, by ta przestała cokolwiek mówić. – Oj, daj spokój. Wszystkie zgodnie ustaliłyśmy, że nie będziemy na to patrzeć! – wścieka się Anja, zerkając wrogo na Natalię.

– A konkretnie na co, jeżeli mogę wiedzieć? – dopytuję. Jakiś głos w mojej głowie już zaczyna podsuwać, że sprawa dotyczy nowego mieszkańca klubu, który właśnie powinien stawiać kroki po asfalcie, ale w Stanach! – Co takiego się dzieje? Jeżeli coś z klubem, zażegnamy problem, zresztą jak zawsze – dodaję.

– No bo… – Natalia, zarumieniona, dołącza do rozmowy, ale zaraz się zacina.

– Nadia, przyjaźnimy się, tak? – Anja wpatruje się pytająco w moje oczy.

– Oczywiście.

– Więc mam nadzieję, że nie będziesz zła o to, co zamierzam ci powiedzieć – mówi już dobitniej i pewniej. – Jesteś naszą szefową, postawiłaś ten klub na nogi, to dzięki tobie członkowie Konsorcjum, którzy nigdy nie byli w tym miejscu, z ciekawości tu zagościli i nadal przyjeżdżają dobrze się bawić bądź odpocząć. Przychody klubu w ekspresowym tempie poszybowały niewyobrażalnie w górę. To wszystko twoja zasługa. Tej normalnej, zabawnej dziewczyny, trzymającej nas wszystkich długo w niewiedzy, a co najważniejsze niewywyższającej się. Ale sama dobrze wiesz, że nadszedł czas, aby pokazać, kto tutaj tak naprawdę rządzi, i nie mówię już jedynie o klubie, ale w obecnej sytuacji o całym Konsorcjum.

– Okej, chyba boję się tego, co zamierzacie mi powiedzieć – śmieję się do dziewczyn, ale one nadal są poważne.

– Należysz do Szczytu Konsorcjum, jesteś jego trzecim najważniejszym członkiem, twoje zdanie jest wiążące, a do tego jesteś córką Iwana Dimitrescu, mężczyzny, który wzbudza większy respekt od Dominica, gdy tylko zjawia się w tym miejscu…

– Dobra… – Niepewnie unoszę brew, nie wiedząc, po co mi to mówi. – I co w związku z tym?

– Jako potentatka możesz w tym miejscu wszystko, dosłownie wszystko, a pozwalasz, żeby ta dziwka w lokach w najlepsze bawiła się przez całą noc razem z twoim facetem, w twoim klubie, traktując nas jak największe ścierwo!

– Słucham? – Momentalnie tężeję, a temperatura mojego ciała w try miga szybuje ku ekstremum. Mam wrażenie, że zaraz eksploduję kumulowaną przez całą noc i dzień wściekłością. Więc ten dupek, twierdząc, że musi odpocząć, tak to widział? Zaplanował sobie świetną zabawę w klubie? Na dodatek z NIĄ?

– Przyszli do klubu jakoś o dwudziestej drugiej – Natalia zaczyna tłumaczyć. – Zajęli lożę, rozsiedli się wraz ze swoim towarzystwem i zaczęli zabawę. Co rusz przywoływali którąś z nas, abyśmy donosiły alkohol i usługiwały.

– Mówię ci, impreza na całego. Cały klub jakby jedynie dla nich, kurwa, nie wiem, może spóźnionego sylwestra sobie robili… – docina wrednie Anja, a ja już ledwo daję radę nad sobą panować.

Coś zaraz rozerwie mnie od środka. Dosłownie płonę i za cholerę, chociaż bardzo chcę, nie mogę tego w sobie zgasić i uspokoić.

– Choć w sumie… – Anja zamyśla się, co wcale mi się nie podoba. Obawiam się tego, czego mogę się za chwilę dowiedzieć. – To wszystko i tak pikuś, bo kiedy Laura, widząc, jak Cassandra, podpita, umizguje się do Dominica, podeszła i zapytała o ciebie, ta krowa odparła, że ty dziś dla Dominica nie istniejesz, bo jest ona.

Kiedy tylko te słowa padają z ust kelnerki, aż zachłystuję się powietrzem. Ja nie istnieję dla Dominica?! A to szmata! Cała buzuję i nawet nie staram się tego ukryć przed dziewczynami.

– Co było dalej? Gdzie skończyła się impreza? – Mój głos drży, gdy zadaję drugie pytanie, ale muszę to wiedzieć. Muszę wiedzieć wszystko, zanim rozszarpię Cassandrę na strzępy.

– Później było jeszcze ciekawiej. Laura stanęła w twojej obronie i zwróciła Dominicowi uwagę, że tak się nie robi. Nawtykała mu, że w tej chwili powinien być z tobą w domu, a nie przesiadywać z jakimiś lambadziarami, i że byłabyś wkurzona, gdybyś tylko to wszystko widziała. Dominic oczywiście się wpienił, huknął na nią, a później… Cóż… Zachował się jak prawdziwy on. Kazał nie wpierdalać się w nie swoje sprawy, „poradził” jej zamknąć buzię na kłódkę i nic ci na temat imprezy nie mówić. Oczywiście nie trzeba było długo czekać na reakcję Laury. Pokazała Dominicowi środkowy palec, a ten wywalił ją z pracy i na oczach wszystkich kazał temu swojemu nowemu gorylkowi, który nie opuszcza go na krok, wyprowadzić ją ze wszystkimi prywatnymi rzeczami z klubu.

– Że co?! – Normalnie nie dowierzam. – Naprawdę pozwolił sobie na coś takiego?! Wyrzucił Laurę? Pogięło go już całkiem? – Cała wściekłość kumuluje się we mnie ponownie, ale kiedy spostrzegam, że nadal stoimy w drzwiach, wciągam dziewczyny do gabinetu, bo tych rozmów na pewno nie powinien słyszeć nikt z klientów, a już tym bardziej nie chcę, by na monitoringu zostało uwiecznione, kto mi to wszystko wyśpiewał, bo nie wiadomo, co jeszcze strzeli Dominicowi do łba. Zatrzaskuję drzwi i przyszpilam Anję i Natalię, żeby mówiły dalej.

– Pozwolił sobie, a właściwie nie tylko sobie, ale i tej szmacie, jeszcze na wiele więcej.

– Cassandrze? – dopytuję, będąc już u granic wytrzymałości. Ręce dosłownie mnie świerzbią. Mam ochotę rozszarpać zarówno Dominica, jak i wszystkich z wczorajszego zebrania w klubie.

– Tak, dobra, rozumiem, jestem czarna, ale myślałam, że tutaj dla nikogo nie ma to większego znaczenia… – Anja nagle smutnieje i spuszcza wzrok.

– Ej, no co ty w ogóle do mnie mówisz?! Jesteś taka jak ja, Natalia i wszyscy inni! Co to za niedorzeczne myśli? – besztam ją.

– Dla was może i tak, ale dla Cassandry… najwyraźniej jestem osobą gorszego sortu, zwykłym parobkiem albo służącą. Uwierzcie, przełknęłabym to, nic bym się nie odezwała, bo naprawdę lubię tę pracę, jednak najgorsze jest to, że Dominic, jako szef, jej na to wszystko pozwolił. To tak, jakby całej reszcie dawał przyzwolenie na takie zachowanie…

– Zaraz, zaraz. O czym ty mówisz? – Mocno marszczę czoło. Ta historia z wczorajszego wieczoru zaczyna mnie przerażać i coraz bardziej podnosi mi ciśnienie.

– Cassandra, w pewnym momencie, na naszych oczach, specjalnie wylała drinka na posadzkę, a następnie skinieniem palca przywołała Anję – wtrąca Natalia, gdy dostrzega, że koleżanka nie będzie w stanie powiedzieć tego sama. – Kazała jej to posprzątać, a kiedy Anja się nie zgodziła, wyjęła swój nieśmiertelnik i zaczęła nim machać, żeby zaznaczyć, że przynależy do Konsorcjum, więc musimy jej słuchać. Potem dodała jeszcze tekst, że skoro Anja jest czarna, to pewnie genetycznie i tak ma wpojone usługiwanie i ona nie rozumie, skąd ta niesubordynacja.

Wytrzeszczam gały. Aż brakuje mi słów. Jakim potworem trzeba być, aby drugiej osobie prosto w twarz rzucić takim tekstem? To niepojęte. Staram się przetrawić to, co do mnie dotarło, ale Natalia znów zaczyna mówić, a ja domyślam się, że najgorsze dopiero przede mną.

– Anja się oburzyła i zwyczajnie odeszła, zostawiając rozbawione i śmiejące się z tej sytuacji towarzystwo, a Cassandra dodała, że to niby takie żarty. Tyle że kto normalny by się z nich śmiał? Oczywiście posprzątałam wylanego drinka spod nóg tej szmaty, podczas gdy ona razem z Dominikiem i innymi nadal bawili się i pili w najlepsze. Przed trzecią widziałam tylko, jak Dominic odprowadza ją do apartamentu na piętrze, a później idzie do siebie.

– Nie no, to chyba jakieś cholerne żarty – wnerwiona, gadam już sama do siebie. Obracam się tyłem do dziewczyn i przeczesuję włosy. – Powiedzcie, że mnie teraz chamsko wkręcacie i czekacie na moją reakcję – rzucam, ale w odpowiedzi dostaję jedynie głuchą ciszę. Cudownie! To się nie dzieje naprawdę. Jak on mógł?! Co się, do cholery, wyprawia z tym facetem? Obecność Cassandry blokuje mu styki w mózgu czy o co chodzi?

 

– Nadia, jeżeli to ma wyglądać w ten sposób, to ja składam wypowiedzenie. Nie chcę pracować w tym miejscu. – Anja rozkłada mnie na łopatki. – Tak jak mówiłam, lubię tę pracę, uwielbiam nasz cały klubowy zespół, wszystkie jesteście moimi najlepszymi przyjaciółkami, na które zawsze mogłam liczyć, i to oczywiście się nie zmieni, ale w tej sytuacji nie chcę dłużej tu pracować, nie będę w stanie spędzić nawet chwili z tą panoszącą się po rezydencji żmiją. Nadia, przykro mi, ale chcę złożyć wypowiedzenie.

Staję jak wryta, a jakaś ciężka gula więźnie mi w gardle. Rozumiem zdanie Anji, ale nie wyobrażam sobie tego miejsca bez niej, tak samo jak bez biednej Laury. Zresztą kto pozwolił Dominicowi decydować za mnie? Już zapomniał, że w sprawach klubu on nie ma za dużo do gadania?! Zapomniał, że za klub odpowiadam ja, a nie jego widzimisię czy urażona duma? Jeżeli tak sądzi, to czas przypomnieć mu zasady. To nie może się tak skończyć! I z pewnością się nie skończy. Nie pozwolę na to.

– Nawet nie chcę tego słuchać! Żadnych rozmów o odejściu którejś z was! – oburzam się, a moje szare komórki już zaczynają działać na przyśpieszonych obrotach.

Muszę mieć plan, i to dobry. Choć w sumie już coś wpadło mi do głowy. Będzie dym, ale dziewczyny mają rację, czas skończyć z dobrą Nadią. Ta, jak widać, niewiele jest w stanie zdziałać prośbami i płaczem.

– Dość tego! – gadam i nawet nie wiem, czy sama do siebie, czy do dziewczyn. – Miarka się przebrała. Tolerowałam tę sukę i jej zachowanie, ale obiecuję wam, że to jej ostatnie minuty w tym miejscu. Co do Laury, chcę, żeby wróciła, a zdanie Dominica mnie nie obchodzi! Więc jeżeli możecie, zróbcie to dla mnie i powiadomcie Laurę, że chcę ją z powrotem widzieć w tym miejscu – informuję, co spotyka się z ich lekkim uśmiechem i widoczną w oczach aprobatą. – A teraz przepraszam, muszę zadzwonić, aby upewnić się, w jakim stopniu mogę użyć swojej władzy, aby się nie zbłaźnić przed Dominikiem – mówię i już szperam w torebce w poszukiwaniu telefonu.

– Uuu, chyba będzie się działo. – Anja aż zaciera ręce, a ja się cieszę, bo dostrzegam, że jej śliczną buzię przyozdabia niewielki i wredny, ale jednak uśmiech.

– Mamy rozumieć, że Trzeci Członek Szczytu Konsorcjum w końcu bierze się do pracy i uziemi tę sukę? – pyta Natalia.

– Dokładnie! Zniszczę ją za wszystko, co zrobiła.

– No nareszcie! – Dziewczyny niemal jednocześnie wybuchają mi tym w twarz, co mnie na chwilę rozbawia.

– Idziemy. – Ciągnę je za sobą, zamykam gabinet i w telefonie wybieram numer do Iwana. Nie mijają dwa sygnały, a już, uradowany, odbiera.

– Rozumiem, że dzwonisz dopytać, czy wylądowaliśmy, więc ubiegnę twoje pytanie. Czekamy właśnie na lotnisku na Jawiera. Powinien być za jakieś piętnaście minut, bo straszne korki tu macie w Berlinie.

Aż zastygam, bo na śmierć zapomniałam, że rodzice zaraz po powrocie z Dominikany mieli mnie odwiedzić. Wzdycham. Ale wtopa. Jeszcze teraz… Panie Boże, dopomóż, przecież jak Iwan się zorientuje, jak wyglądają teraz moje stosunki z Dominikiem, to na miejscu obedrze go ze skóry. Postanawiam chociaż przez telefon poudawać, że wszystko gra, i upewnić się co do moich możliwości, by w razie najgorszego nie wyjść na kretynkę.

– No w końcu! Już nie mogę się doczekać. Mam wam coś ważnego do powiedzenia, zresztą dużo rzeczy chcę wam opowiedzieć – świergolę i słyszę, jak ojczym śmieje się do telefonu.

– Powinniśmy być za jakąś godzinę, maks półtorej, w rezydencji…

– Świetnie. Iwan… – wcinam mu się i słyszę, że milknie. – Czy jako Trzeci Członek Szczytu Konsorcjum mogę oddelegować kogoś z rezydencji i zakazać mu wstępu? – Przechodzę do rzeczy, bez owijania w bawełnę.

– Skarbie, co się dzieje? – odpowiada pytaniem na pytanie.

– No… To nic takiego, po prostu…

– Cassandra. Chcesz się pozbyć Cassandry – mówi, jakby czytał mi w myślach.

– Po prostu nie mogę jej już znieść. Miała wyjechać, a znalazła się w rezydencji. Na dodatek to, co tutaj wyczynia wobec moich dziewczyn z klubu… Iwan, nie mogę na to pozwolić.

– Nadia, skarbie, jesteś potentatką, możesz wszystko. Taką błahostkę załatwiasz od ręki. Czy to się komuś podoba, czy nie, każda jurysdykcja podlega również tobie. Mają cię słuchać i wypełniać każde polecenie. Więc tak, możesz wypieprzyć z rezydencji Cassandrę, i to z największym hukiem, a Dominic będzie miał gówno do powiedzenia. Jeżeli zacznie coś pieprzyć o prawach Konsorcjum, wspomnij o ustępie siódmym i naruszaniu twoich interesów, a mianowicie jednego z Członków Szczytu Konsorcjum. Gwarantuję, nic więcej nie powie. Zresztą będę niedługo, więc we wszystkim cię wesprę.

– Dziękuję – odzywam się, ale jakoś nieśmiało.

– Nadia, chyba nadszedł czas, byś poznała wszelkie zasady. Musisz wiedzieć, jak używać swojej władzy, a ja dołożę starań, aby przekazać ci wszystko najlepiej, jak potrafię. Pamiętaj, czego byś nie zrobiła, jestem z ciebie dumny, księżniczko, i zawsze będę.

– Wiem. Czyli za godzinę?

– Tak, jeżeli chcesz, zaczekaj na mnie. Po przyjeździe załatwię to od ręki.

– Domyślam się, ale postaram się załatwić to bardziej ugodowo. – Uśmiecham się do słuchawki, na co słyszę, że Iwan parska, jakby sam w to nie wierzył.

– Skoro tak, to daję ci wolną rękę. Widzimy się niedługo. Kocham cię, księżniczko.

– Ja ciebie też, tato – dodaję to jedno słowo i od razu staje mi się jakoś cieplej na sercu. Jestem przekonana, że Iwanowi również.

Rozłączam się i chowam telefon do torebki.

– Załatwione – rzucam do dziewczyn. – Na marginesie, Iwan razem z moją mamą będą za jakąś godzinę w rezydencji, więc może być trochę nerwowo.

– Nerwowo? – śmieje się Natalia. – Dziewczyno, jeżeli dojdzie do starcia pomiędzy tobą a Dominikiem, a jak cię znam, ty mu nie odpuścisz…

– Oczywiście! – mówię.

– No właśnie, czyli zapowiada się totalny rozpierdol – stwierdza Natalia, na co razem z Anją wybuchamy śmiechem.

– Oj, może nie będzie tak źle – mówię wesoło, jednak kiedy staję kilka kroków od drzwi gabinetu Dominica, moje serce momentalnie przyśpiesza. Nie będę ukrywać, denerwuję się i stresuję tym, co przyniosą nadchodzące sekundy. – Znajdźcie, proszę, nowego ulubieńca Dominica i go tutaj przyślijcie. – W ostatniej chwili wpada mi do głowy jeszcze ten pomysł.

Biorę głęboki wdech i zbliżam się do drzwi gabinetu. Staję przed nimi, a do moich uszu docierają dwa głosy. Już mam zapukać, ale jakiś nagły impuls w mojej głowie każe mi chwycić za klamkę i zmusza moje całe ciało do naprężenia i dumnego wejścia do pomieszczenia. W pierwszej chwili spostrzegam niepewnie wpatrujące się we mnie skacowane oczy Dominica, jednak kiedy tylko odwracam głowę w bok i patrzę na narożną kanapę, zauważam Cassandrę. Leży rozwalona jak kłoda, ubrana jedynie w króciutki top i mini… Aż się we mnie gotuje.

– Cześć, mam sprawę. – Podchodzę do biurka Dominica.

– Cześć. Coś ważnego, kochanie? – Podnosi na mnie zmęczony wzrok. – Miałem ciężką noc, trochę zabalowaliśmy z chłopakami i nie czuję się najlepiej.

– Tak, wiem, słyszałam już, jak się bawiliście i na co sobie pozwoliłeś. – Patrzę na niego znacząco, a jego oczy właśnie szeroko się otworzyły i jakby lekko zatrwożyły.

– Uuu… Chyba będziesz miał do czynienia z grubym fochem, Domino – wtrynia się ta pinda.

Odwracam się do niej i staram się zabrzmieć miło.

– Mogłabyś sobie pójść i nas zostawić?

– Wygodnie mi tutaj, nie chce mi się nigdzie ruszać. Zresztą mamy niedługo iść z Dominikiem podriftować na placu, prawda? Obiecałeś wczoraj, pamiętasz? – Szczerzy się do niego.

– Tak, wiem, pójdziemy.

– Chyba jednak nie pójdziecie, panie Aleksandrow, bo za godzinę przyjeżdża tutaj Iwan i o ile pamiętam, mieliście ustalić, co ze Szwajcarami – przypominam mu wrednie, na co on, znużony, opada na oparcie fotela.

– Kurwa, zapomniałem. Ja pierdolę, jeszcze tego mi dzisiaj potrzeba…

– Nieźle. Kacyk, a tutaj w zestawie roszczeniowa dziewczyna i jej tatuś. Oj, Dominic, Dominic, w coś ty się najlepszego wpakował – nabija się Cassandra.

– A co do ciebie, kochana… – Odwracam się w jej stronę i pewna siebie zbliżam się do niej. – Po pierwsze nie dziewczyna, a narzeczona, po drugie, jakbyś zapomniała, zwracasz się do Trzeciego Członka Szczytu Konsorcjum. Tłumacząc prosto i zwięźle dla takich ameb jak ty: jestem nawet nad Iwanem i Dominikiem, więc…

– O kurczę! – drwi. – To żeś dała czadu! I co mi jeszcze powiesz? – prowokuje.

– To ci powiem, że za twoje wczorajsze wyskoki względem mojego personelu wypieprzasz z rezydencji w trybie natychmiastowym. – Na moje słowa Cassandra zaczyna się śmiać, jednak już po chwili jej śmiech zostaje zakłócony przez pukanie do gabinetu.

Podchodzę, aby otworzyć, a za drzwiami widzę Roberta – nowego ulubieńca Dominica, małego, nieobliczalnego ringowego zabójcę. Cóż, mam wrażenie, że Dominic widzi w nim małego siebie i dlatego troszczy się tak o tego niezrównoważonego dwudziestolatka.

– W samą porę – mówię do Roberta, ale ten mnie omija i wchodzi w głąb pomieszczenia, przystając prosto przed Dominikiem.

– Wzywałeś mnie, szefie.

– Ja? – Dominic, zaskoczony, wpatruje się w chłopaka, a później przenosi wzrok na mnie.

– To nie Dominic kazał po ciebie posłać, tylko ja – tłumaczę Robertowi. – Gwoli wyjaśnienia, wypełniasz polecenia Dominica, więc moje również musisz.

– Ale… – odzywa się zmieszany Robert, wodząc wzrokiem po całej naszej trójce.

– Potentatka przy Iwanie Dimitrescu, Trzeci Członek Szczytu Konsorcjum – przedstawiam się, by dotarło do niego, dlaczego musi akurat mnie słuchać. – A teraz zabierzesz z tego gabinetu Cassandrę, zaprowadzisz do jej apartamentu, aby się spakowała, po czym wyprowadzisz z rezydencji i upewnisz się, że już nie wróci. Macie na to godzinę. Później nie chcę jej tu widzieć.

– Ty sobie chyba żartujesz! – Cassandra nagle zrywa się z kanapy. – Nie zgadzam się! Nigdzie się nie wybieram! Dominic, zrób coś!

– To nie żart. Masz godzinę, żeby wyjechać z rezydencji, w innym wypadku zafunduję ci spotkanie z Jawierem, a on, jak wiemy, nie obejdzie się z tobą ani trochę delikatnie. Jeszcze jedno, Dominic tym razem ci nie pomoże, bo po pierwsze jestem z nim równa rangą, a po drugie naruszyłaś moje interesy, więc zastosowanie ma tutaj paragraf siódmy, prawda, kochanie? – zwracam się słodko do Dominica i widzę, jak się w nim gotuje.

– Zostawcie nas! I to, kurwa, już! – warczy. Zaciekle wbija we mnie swoje mordercze spojrzenie, ale się go nie boję. Tym razem przeszedł samego siebie i mu nie odpuszczę.

– Szefie, to co mam robić? – Już przy drzwiach Robert zwraca się do Dominica.

– Masz, do cholery, wypełnić rozkaz! – wtrącam się wściekle.

Chłopak przenosi na mnie swój wyniosły wzrok, ale nie ma opcji, że odpuszczę. Czas wczuć się w swoją rolę. Widziałam nieraz, jak robią to Dominic, Iwan czy Victor. Teraz moja kolej, czas, by i mnie zaczęto w tym całym cyrku traktować poważnie. – Zakoduj, że od teraz wypełniasz już nie tylko polecenia Dominica, ale też moje! Jasne?!

– Poważnie? – Robert dopytuje Dominica, jakby nie był czegoś pewny.

– Tak, do cholery! Jest pieprzonym Trzecim Członkiem Szczytu Konsorcjum! Czego jeszcze nie rozumiesz? – wścieka się Dominic. – Zrób to, co mówi, i zamknij te cholerne drzwi!

Robert natychmiast wychodzi razem z przeklinającą Cassandrą i zatrzaskuje za nimi drzwi.

– Dziękuję – zwracam się niewinnie do Dominica, choć wiem, że zaraz między nami rozpęta się istne piekło.

– Możesz mi wyjaśnić, co ty odpieprzasz? – Od razu przechodzi do ofensywy, nabuzowany wstaje z fotela i zbliża się do mnie.

– Może najpierw ty mi to wyjaśnisz. Co odwalasz, Dominic? Co się z tobą dzieje? – Nie pozostaję mu dłużna i również podnoszę głos. Mierzę go, pewna siebie, choć mam wrażenie, że przy jego złowrogiej minie wyglądam jak słodki, bezbronny chihuahua. – Naprawdę pozwalasz, żeby Cassandra w taki sposób odnosiła się do dziewczyn w klubie? Co to w ogóle miało znaczyć?! Dominic, sam masz mnóstwo czarnoskórych kolegów, podejrzewam, że nigdy nie przeszło ci przez myśl, by zachować się tak, jak ta panosząca się małpa, więc dlaczego na to pozwoliłeś?! Na dodatek w rezydencji, gdzie pracownicy powinni być traktowani jak część rodziny, a nie nasi podwładni, spełniający wszelkie zachcianki.

 

– Oj, nie przesadzaj, nie było tak strasznie. – Dominic macha ręką, bagatelizując temat, co mnie niezmiernie wkurza.

– Czy ty się słyszysz? Dociera do ciebie, co mówisz?

– Dobra, fakt, Cassandra źle zrobiła, poniosło ją, ale sama przyznała, że to był jedynie żart względem Anji. Nic wielkiego.

– Nic wielkiego?! Żartujesz sobie?! Dominic, do jasnej cholery! Masz jakieś klapki na oczach czy co się z tobą dzieje?! Anja chce się przez to zwolnić z pracy! Nie chce pracować w klubie. Dociera to do ciebie? – W nerwach rzucam mu wszystkim, co w tej chwili przychodzi mi na myśl. Nie jestem w stanie pojąć, jak on może tak spokojnie podchodzić do sprawy i udawać, że nic się nie dzieje.

– Daj spokój, dwa dni i jej przejdzie. Zresztą gdzie zarobi tyle co tutaj? A jeżeli poważnie chce odejść, spoko, zaraz kogoś znajdziemy na jej miejsce.

– Wiesz, niektórzy ludzie mają swoją dumę, która jest warta więcej niż wszelkie pieniądze. Ale co ty i twoi znajomi możecie o tym wiedzieć, skoro zwykle wszystko rozbija się o monety, którymi trzeba zapłacić, aby rozwiązać wszelki problem, nie? – Patrzę na niego znacząco, ale on tylko wzrusza ramionami, bo dobrze wie, że mam rację. Dla większości Konsorcjum liczy się tylko pieniądz i to, ile trzeba za coś zapłacić, aby się pozbyć problemu, albo ile można na czymś zarobić. – A co do mojego personelu, nie będziesz mi mówił, czy ktoś może sobie odejść, czy nie, bo nie ty, do cholery, zarządzasz klubem, tylko ja. Dopóki nie postanowisz mnie wywalić, to ja sprawuję pieczę nad dziewczynami i barmanami z klubu. I dla twojej informacji: Laura również wraca do pracy, bo nie ty odpowiadasz za zwalnianie moich pracowników, a już tym bardziej nie będziesz ich zwalniał, bo stają w mojej obronie i potrafią ci odpyskować, nie jako szefowi, a jako facetowi swojej koleżanki.

– Widzę, wszystkie informacje zostały ci rzetelnie przekazane – kpi, ale staram się utrzymać nerwy na wodzy. Jednak nie jest to proste, bo obraz Dominica bawiącego się nocą z Cassandrą, podczas gdy ja, leżąc w łóżku, zastanawiałam się, co robi, już zalewa moją głowę i powoduje narastanie wzburzenia.

– A owszem – odpowiadam bez zawahania. – Wiem, jak świetnie ode mnie odpoczywałeś w klubie i jak, według Cassandry, tamtej nocy nie byłam ci do niczego potrzebna. Poważnie, aż taka zbędna ci jestem? Skoro tak, nie trzymam cię na uwięzi, Dominic. Kilka prostych słów i znów możesz być wolny. – Mimo że palnęłam to ot tak i strasznie zabolało, czuję, jakby to, co wydobywało się z moich ust, było szczerą prawdą. Nie wiem, może to przez fakt, że jakaś część mnie wie, że mimo wszystko będzie miała dla kogo dalej żyć i będzie musiała sobie jakoś poradzić, a nie tkwić w toksycznym, pełnym kłótni i ciągłego bólu związku. – Na marginesie, Laura miała rację, informując cię, że byłabym na ciebie wkurwiona, gdybym to widziała, bo wiesz co, ja jedynie o tym słyszałam, a mam ogromną chęć strzelić cię w twarz. – Mierzę Dominica wrednym spojrzeniem, gdy on jeszcze bardziej zmniejsza dzielący nas dystans i staje bezpośrednio przede mną.

– Cóż, w takim razie nie krępuj się, skarbie. Jeżeli to ma sprawić, że ci ulży. – Uśmiecha się diabelsko, nachyla się i nadstawia policzek.

– W tym momencie nie jesteś nawet tego wart – mówię, patrząc mu prosto w oczy.

Widzę, jak jego nastawienie w ułamku sekundy zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Obecnie mam wrażenie, że ostatkiem sił stara się utrzymać nerwy na wodzy. Nie wiem, czy to mój przytyk go tak rozdrażnił, ale jedno jest pewne: Dominic grubo przesadził i nadszedł czas, kiedy zgromadzone nad nim czarne chmury dadzą owoc.

– Jeśli chodzi o nas, rób sobie, co chcesz. Ja nie mam już na to siły ani ochoty, Dominic. Te dwa tygodnie dały mi niezmiernie w kość. Co rusz, na każdym kroku bronisz Cassandry, choć dobrze wiesz, że w gruncie rzeczy mam rację, że przegina, że robi wszystkim na przekór, że wszystkich cholernie wkurza i każdy odlicza dni do czasu, kiedy ta wstrętna krowa w końcu wyjedzie.

– Daj spokój. Nie chce mi się do tego wracać. Po wczorajszym epizodzie w domu mam już tego po dziurki w nosie. Tyko Cassandra, Cassandra, Cassandra, jakbyś nie miała nic innego do powiedzenia. Nie będę tego po raz kolejny słuchał.

– Będziesz, do cholery, bo skończyłam z taryfą ulgową dla niej! Już naprawdę pomijam wszystko związane z nami, skupiam się jedynie na klubie i jego dobru. Choć z drugiej strony na twoim miejscu zastanowiłabym się, czego w zasadzie chcesz, bo odkąd zjawiła się Cassandra, mam wrażenie, że obcuję z całkiem innym Dominikiem. Kimś nowym, okropnie aroganckim i zaślepionym do granic możliwości, a co najważniejsze nie z tym, w którym się zakochałam.

– Ooo, w takim razie może to ty powinnaś się zastanowić, skoro nie spełniam już tak wygórowanych oczekiwań księżniczki Iwana.

– Serio? – Wkurzona, mrużę oczy, bo wiecznie jeden i ten sam przytyk: „księżniczka Iwana”. No i co z tego?! Wściekła, postanawiam bardzo szybko pozbawić go tej jego pychy, mając nadzieję, że to, co już ukształtowało się w mojej głowie, na niego podziała. – Nie wiem, może faktycznie masz rację. Może czegoś już zaczęło brakować i powinnam ci to oddać. – Wskazuję na pierścionek na moim palcu serdecznym. Dominic, jeszcze bardziej wtrącony z równowagi, mrocznie mi się przypatruje. – Po co mamy się męczyć? Lepiej zakończyć to wszystko wcześniej, zanim poruszyliśmy temat ślubu. Nie uważasz?

– I naprawdę tego właśnie chcesz? – Dominic zbliża się i staje naprzeciwko mnie. Jego oczy przewiercają mnie na wskroś. Z trudem wytrzymuję jego spojrzenie, nic nie mówiąc. – Zapytałem, czy tego właśnie chcesz, Nadia.

– Sama już nie wiem – odzywam się w końcu, kontynuując swoją myśl. – Jeżeli to wszystko ma tak nadal wyglądać…

– Nie trudź się. – Dominic przytyka mi palec wskazujący do ust, dając znać, bym jednak umilkła. – Odpowiem na to pytanie za ciebie, byśmy mieli jasność – zapowiada, barbarzyńsko pewny siebie. – Możesz się na mnie wściekać, ile chcesz, obrażać się na wszelkie możliwe sposoby, próbować odejść, uciec, ale nic ci to nie da, Nadia. A wiesz, skarbie, dlaczego?

Patrzy na mnie wymownie, na co pytająco unoszę brew. Jego gruboskórność wcale mi się nie podoba.

– Bo nie jestem gościem z pierwszej lepszej łapanki. Jestem Dominic Alexandrow, jak to już kiedyś ujęłaś: król tego pieprzonego podziemia. I jeżeli jesteś moją narzeczoną, to nią zostaniesz, chociażbym miał cię za jakiś czas wyciągać nawet z jakiegoś bunkra wybudowanego w tajemnicy przez Iwana, by cię przede mną ukryć. Mówiłem już nie raz, że choćby nie wiem, co się działo, nie dam ci odejść, a jak wiesz, dotrzymuję słowa. Jesteś moja i zostaniesz moją, bo cię kocham, ale, do kurwy nędzy, nie możesz używać na mnie tej pierdolonej hierarchii! Rozumiesz?! Nie na mnie! – Zaczyna się dosłownie drzeć, co mnie wprawia w pierwszej kolejności w osłupienie, następnie w lekką trwogę, a później powoduje totalnego wkurwa, bo on drze się na mnie tylko dlatego, że jego ego oberwało rykoszetem i poczuło się dotknięte. – Nie możesz wpadać tutaj jak do siebie i ot tak wydawać poleceń. I chuj kładę, że Robertowi, Cassandrze i całej reszcie! Ale, kurwa, mnie? Rzucasz mi pieprzonym paragrafem z kodeksu, który studiuję od dzieciństwa, i myślisz, że się tak po prostu dostosuję, bo księżniczka Dimitrescu nie ma humorku lub coś jej się nie podoba, więc zacznie wszystkich rozstawiać po kątach? Jeżeli tak, to jesteś w dużym błędzie!

– Cóż, arogancji i rozstawiania po kątach uczyłam się od najlepszych, panie Aleksandrow, więc powinieneś być dumny. To w stu procentach twoja zasługa – odcinam się wrednie.

– Tyle że różnica między nami jest taka, że ja ciężko harowałem na ten status. Nie dostałem go, kurwa, ot tak, jak ty! Więc przestań mi tutaj pieprzyć, że uczyłaś się ode mnie i to moja zasługa. Jeżeli mamy rozmawiać jak członkowie Szczytu Konsorcjum, proszę bardzo. Jasno i otwarcie, bez owijania w bawełnę. Co takiego, Nadia, robisz dla Konsorcjum? No słucham. Podaj mi choć jedną rzecz.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora