Konsorcjum Tom IIITekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Epilog

Podziękowania

Rozdział 1

Zimą Garmisch-Partenkirchen prezentuje się niebywale. Poszarpane, ośnieżone szczyty Alp przyprawiają mnie o zawrót głowy. Już pierwszego dnia bezpowrotnie zakochuję się w tym miasteczku. Mogłabym godzinami chodzić z rozdziawioną buzią i podziwiać z oddali Zugspitze, jednak cóż, w obecnym stanie Aśki raczej nie jest to możliwe. Krajobraz wygląda niebywale i wszystko również byłoby cudownie, gdyby nie… No właśnie – gdyby nie towarzystwo spędzające z nami te dni.

Już na początku, kiedy Eric wpadł na pomysł zorganizowania trzydziestych urodzin Dominica w górach, wiedziałam, że to nie będzie nic dobrego, jednakże widząc, jaki Dominic był podekscytowany, nie chciałam tego psuć. W końcu to jego urodziny. Dużo też rozmawialiśmy, że nauczy mnie jeździć na desce snowboardowej, z czego byłam zadowolona, jednak na rozmowie się skończyło.

Mój humor legł w gruzach zaraz po przyjeździe, kiedy tylko zauważyłam, że oprócz Erica i Denisa z ich auta wysiadają również jakieś trzy dziewczyny. Podobno dobre znajome Dominica ze Stanów, ale, do cholery, Eric mógł uprzedzić, że nie przyjadą sami. Naprawdę starałam się być nad wyraz miła i opanowana, kiedy jedna z nich, Cassandra, z piskiem na ustach przybiegła do mojego mężczyzny i zaczęła go tulić i skakać wokół niego. Dosłownie się we mnie zagotowało.

Więc tak, nawet dziś, w ostatni dzień pobytu, chodzę jak struta. Ściśle mówiąc, mam ochotę zaciągnąć ich wszystkich na szczyt i zrzucić, a potem patrzeć, jak leeeeecą… Jedynie Aśkę i Kamila postanawiam oszczędzić, bo tylko ich obecność działa na mnie kojąco. A Dominic? On poleciałby w pierwszej kolejności! Widząc, jak ta wywłoka non stop go przytula, dotyka, szepcze mu coś na ucho, mam ochotę wziąć bagaże i już teraz wrócić do domu. Żałuję, że się na to zgodziłam. Mogłam spędzić cudowny czas z mamą i Iwanem na Dominikanie, ale nie, jak zwykle uległam, gdy Dominic prosił, bym dała szansę Ericowi.

Do tej pory między mną a Dominikiem układało się cudownie. Mama go uwielbia, Iwan się nie psioczy, co znaczy, że pogodził się z moim wyborem, mój palec serdeczny przyozdabia pierścionek z olbrzymim brylantem i chyba tylko dlatego staram się udawać, że wszystko gra, i nie psuć wyjazdu swoją chorobliwą zazdrością.

Już o dziewiątej rano, gdy tylko słyszę pukanie do drzwi, podchodzę i otwieram, ale w tej samej chwili mam ochotę je zatrzasnąć. Kurwa, niedługo będzie z nami sypiała! Wkurzam się na sam widok burzy ciemnych loków i niewysokiej sylwetki.

– Dominic już wstał? – Jej nieszczery uśmiech doprowadza mnie do szału. Mam ochotę coś zrobić tej żmii.

Na przykład spuść ją ze schodów – podpowiada wredny głos w mojej głowie, który zakosztował władzy udzielonej przez Iwana i po samym przyjeździe zaczął mi podsuwać niecne pomysły. – Sprzątnij ją, przecież możesz. Albo niech ją gdzieś wywiozą i zostawią.

Przewracam oczami. Tak, ta część mnie lubi moją pozycję. Tyle że jest też na szczęście ta druga strona, opanowana, która wie, że tak nie można, i która nie lubi się tym chwalić ani wywyższać. Zazwyczaj to ona wygrywa i tylko dlatego do tej pory żadna z dziewczyn nie ma pojęcia, jaką pozycję zajmuję w hierarchii. Po co się tym chwalić? Szczerze mówiąc, nie ma czym. Chociaż, patrząc na Cassandrę i jej dość wyniosłą pozycję w jurysdykcji Erica, zaczynam myśleć, że gdyby to ona zajęła moje miejsce, wytatuowałaby to sobie na czole, aby przypadkiem żadnemu napotkanemu przechodniowi nie umknęła ta wiedza.

Wzdycham i zbieram się w sobie, by zabrzmieć choć odrobinę przyjaźnie.

– Kąpie się. Jak skończy, przekażę mu, że byłaś.

– Super. Powiedz, że mam wszystko, co nam potrzebne, i potrzebuję jedynie jego niesamowitych umiejętności.

– Ehe. – Unoszę znacząco brew.

Co go, do cholery, podkusiło, żeby obiecywać jej, że to on nauczy ją jeździć na desce? Nie mógł tego zrobić Eric? Wkurzam się na sam ten jej debilny komentarz.

Mówię ci, schody. Jak z nich spadnie, daleko nie zajedzie. – Przewracam oczami, kiedy znów słyszę ten głos. Zaczynam myśleć, że z tej zazdrości powoli tracę rozum.

– Coś jeszcze? – pytam krótko, dając znać, że nie mam ochoty na poranne pogawędki.

– Nie, ale jak coś, jestem u siebie w pokoju. Niech się pośpieszy, bo nie mogę się już doczekać.

Wbijam w nią kipiące złością spojrzenie. A co mnie to obchodzi, że już nie może się doczekać? Po drugie, skąd w jej głowie wzięły się te naiwne myśli, że zaczeka na niego w SWOIM hotelowym pokoju? Niech nie liczy, że pokieruję tam Dominica. Po moim trupie.

Zatrzaskuję za nią drzwi i z walecznie bijącym sercem łapię głębokie oddechy, by tylko się uspokoić. Chełpię się też złudną nadzieją, że jakimś cudem Dominic o niej zapomni i pojadą na stok jedynie w trójkę, z Kamilem i Erikiem.

Pakuję torebkę, a mój humor z każdą chwilą staje się coraz paskudniejszy. Jeszcze kilka godzin. Tylko tyle. Dasz radę, Cruz – wmawiam sobie, choć czasami, widząc, jak ta żmija się do niego podwala, a on nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, mam ochotę uciec do pokoju, zamknąć się w nim i zacząć wyć z rozpaczy. Jestem nie do zniesienia, wiem to, ale naprawdę staram się, jak mogę, żeby tylko przy Dominicu udawać, że wszystko jest okej, i nie zepsuć mu urodzin.

– Kto to? – Gdy tylko Dominic wychodzi z łazienki, nieco się rozpogadzam i mimowolnie wzdycham z rozkoszy. Wygląda nad wyraz apetycznie w szarej bluzie od Hilfigera i czarnych dżinsach. Do tego te włosy, idealnie zaczesane do góry. Mam ochotę ponownie zedrzeć z niego ubrania i znów zaciągnąć go do łóżka.

– Cassandra – odpowiadam.

Podchodzę do niego, składam długi, leniwy pocałunek na jego ustach, a dłońmi wędruję po rozbudowanych ramionach i klatce. Uśmiecham się, gdy wydaje pomruki zadowolenia.

– Kotku, znowu? – Zagłębia się spojrzeniem w moje oczy, na co tylko przygryzam wargę.

Tak, chcę go znowu. Nie wiem, co się dzieje, ale od kilku dni mogłabym to robić non stop, bez przerwy.

Dominic opada na moje ramię i udaje, że szlocha.

Podnoszę na niego pytające spojrzenie.

– Skarbie, ja już nie dam rady, od rana zrobiliśmy to cztery razy. Błagam, daj mi chwilę wytchnienia.

Mrużę powieki, gdy widzę, że nic z tego.

– Dobra, jak chcesz. – Wychodzę z jego objęcia i biorę się za zakładanie kolczyków. Następnie wrzucam do torebki telefon i portfel.

– Na pewno nie chcesz jechać z nami? Obiecałem, że nauczę Cassandrę jeździć na desce, więc przy okazji mógłbym też ciebie. – Zachodzi mnie od tyłu i silnym szarpnięciem sprawia, że znów ląduję w jego ramionach.

Przewiercam go niedowierzającym, a zarazem obruszonym spojrzeniem.

Przy okazji?! No, kurwa, chyba sobie żartuje. W jednej chwili moje podniecenie wyparowuje, a zajmuje je jedynie przeogromna fala gniewu. Piorunuję go wzrokiem i natychmiast wyswobadzam się z jego objęć. Dominic nie rozumie mojej zmiany zachowania, ale nic nie mówi, tylko bacznie mnie obserwuje. Wyjmuję z szafy kamelowy płaszcz i rzucam na łóżko.

– Nie chcę. – Wzruszam ramionami i nie wiem, dlaczego w moich oczach zbierają się łzy. Przy okazji. Po prostu super… – Zresztą ktoś musi zabrać Aśkę do lekarza, kiedy wy będziecie świetnie się bawić na stoku. Chce zrobić tutaj kolejne USG. – Nawet na niego nie patrzę, tylko zbieram niezbędne rzeczy.

– Wyciągniecie z niej w końcu tego arbuza? – nabija się, na co znowu się wkurzam.

Jak może mówić o malutkiej Michelle: arbuz? Tak, Aśka, jak na szósty miesiąc ciąży, ma dość spory brzuch, ale to nie powód, żeby sobie żartować.

 

– Aleś ty zabawny, normalnie boki zrywać. – Unoszę znacząco brew, by zobaczył, że wcale mnie to nie bawi. – Podłapałeś te żałosne teksty od Erica czy sam na nie wpadłeś? – ripostuję. Tak, nadal nie znoszę Erica i nic na to nie poradzę.

– A ty do lekarza z Aśką zamierzasz iść tak ubrana? – zmienia temat, lustrując mnie uważnie od stóp do głów.

Marszczę czoło. Co mu się znowu nie podoba?

– Tak – przytakuję poważnie.

– Aha, i do wyjścia na USG potrzebna ci czerwona bluzka, przez którą widać praktycznie cały stanik, rurki i botki na takiej szpilce? – Mierzy mnie twardym wzrokiem, ale tylko obojętnie wzruszam ramionami.

– Dokładnie, ale do twojej wiadomości: nie widać mi stanika, bo żeby było go widać, najpierw musiałabym go w ogóle mieć – odcinam się chamsko. Obniżam dekolt bluzki jeszcze bardziej i pokazuję piersi, by zobaczył, że mówię prawdę.

– Ty sobie chyba ze mnie żartujesz. Natychmiast idziesz się przebrać! – Podchodzi, łapie mnie w talii i dyktatorsko wskazuje palcem na łazienkę.

Uśmiecham się zuchwale pod nosem. Nawet niech na to nie liczy, akurat co do ubioru będę z nim toczyć wojny nawet do śmierci. Nie zrobi ze mnie posłusznego kopciucha. Nie ma mowy.

– Cassandra na ciebie czeka, powinieneś się pośpieszyć – rzucam, ale w moim głosie słychać wyraźną pogardę. Kurczę, nie tak to miało zabrzmieć, ale trudno. Staram się wykręcić z jego objęcia, jednak to nic nie daje, wzmacnia uścisk.

– Nadia…

– Poważnie, mówiła, że ma już wszystko, tylko potrzebuje twoich niesamowitych umiejętności. – Wkurzam się jeszcze bardziej, gdy to powtarzam. – Życzę ci dobrej zabawy.

– Ej, spójrz na mnie. – Unosi dwoma palcami mój podbródek, bym zwróciła się ku niemu. – Czy ty jesteś zazdrosna?

Wwiercam w niego wrogie spojrzenie. Czy jestem zazdrosna? Oczywiście!

– Niby o co? O nią? Proszę cię… – Chociażby nie wiem, co się działo, nie powiem głośno, że czuję się zagrożona.

– Skoro nie, to co się z tobą dzieje przez ostatnie dni? Jak nie wkurzasz się o byle co, to dogryzasz Ericowi, robisz mi ciągle na złość, strzelasz focha. Zachowujesz się jak zrzędliwa, pretensjonalna arogantka. Jesteś nie do zniesienia.

– Słucham?! – oburzam się w jednej chwili.

Ja nie do zniesienia?! Super… Niech spada. Wychodzę z jego objęć.

– No tak. – Przyciąga mnie do siebie i za ramiona dociska do ściany, bym nie mogła odejść. – Mówiłem, że masz się przebrać.

– A ja cię nie słucham – odpowiadam lekceważąco, na co przybliża twarz do mojej.

– Jesteś pewna? – Unosi brew, ale nim zdążę cokolwiek powiedzieć, przypiera mnie mocniej do ściany. Zamyka w potrzasku swoich ramion i opiera czoło o moje. – Na pewno mnie nie słuchasz? – dopytuje ostrzegawczo, ale ja w tej chwili nie myślę już o niczym innym, tylko o tym, że znów go pragnę, i to bardzo.

Podnoszę na niego wzrok. Dosłownie rozsadza mnie dzika żądza. Gdy Dominic ląduje ustami na moich wargach, w jednej chwili wplatam dłonie w jego włosy i mocniej dociskam go do siebie. Odpowiada mocniejszym pocałunkiem, a kiedy jego dłoń odkrywa moją pierś i zaczyna ją ugniatać, z moich ust wydobywa się jęk rozkoszy. Wędruje pocałunkami od moich warg, przez szyję, do piersi i zaczyna ssać nabrzmiałą brodawkę. Dosłownie płonę. Rozpina mi spodnie, kieruje dłoń między moje nogi, po czym wchodzi we mnie jednym palcem.

– Uwielbiam, kiedy jesteś dla mnie tak rozkosznie mokra i gotowa – szepcze w moje usta. Zamykam je zachłannym pocałunkiem, a on wkłada we mnie kolejny palec. Boże… Dosłownie drżę od jego dotyku. – Kto dzierży władzę w naszym związku? – pyta, na co przenoszę do jego ciemnych oczu rozpalone spojrzenie. Odchylam głowę do tyłu, gdy kolejnym ruchem opuszków posyła mnie jeszcze głębiej w otchłanie piekielnej rozkoszy. – Pytam, kto ma władzę w naszym związku – warczy.

– Ty – dyszę, gdy nie przestaje nacierać.

– Dokładnie. Czy tak ci dobrze, Nadia? – Przygryza moje ucho, następnie wargami schodzi niżej, do wrażliwej skóry szyi, nadal zataczając kółka zarówno w moim wnętrzu, jak i na koniuszku łechtaczki.

– Bardzo. – Kładę nogę na wysokości jego uda, by miał jeszcze lepszy dostęp, i zamykam oczy, rozkoszując się tym stanem.

– Kto w naszym związku wydaje polecenia? – kontynuuje swoją grę i znów mocniej zagłębia we mnie palce.

Jęczę.

– Ty! – Trzymam się jego bluzy. Jestem obezwładniona tym doznaniem. Jeszcze kilka jego ruchów, a przeniosę się do świata ekstazy.

– Dokładnie. – Wraz z tym suchym oświadczeniem wyciąga z moich spodni rękę.

Pośpiesznie otwieram oczy i przenoszę na niego spojrzenie spowite mieszaniną niedowierzania i niezaspokojonej wściekłości.

– Chcesz, żebym kontynuował, to się przebierz.

Dosłownie mam ochotę go zabić. Z impetem i istną furią odpycham go. Zapinam rozporek, poprawiam bluzkę, po czym biorę torebkę i płaszcz. Odwracam się do niego, ale on jedynie bezwzględnie lustruje moją twarz.

– Pierdol się, Alexandrow! – rzucam wściekle i wychodzę, trzaskając drzwiami.

Podminowana, idę w stronę hotelowego pokoju Aśki. Wkładam płaszcz i przerzucam pasek torebki przez ramię. Co za dupek! Jestem wściekła, jednak staram się zapanować nad gniewem, gdy zauważam zbliżającą się Aśkę. Lekko się do niej uśmiecham. Gdy podchodzi, obejmuje mnie i całuje w policzek.

– Spóźniłaś się, Cruz – gani mnie, wypuszczając z ramion.

– Sorry – przepraszam, ale jakoś bez emocji. – Masz kluczyki?

– Taaak – przeciąga, na co przewracam oczami. Przypatruje mi się badawczo, ale wkłada w moją dłoń kluczyki od wypożyczonego audi. – Co się znowu stało? – Mruży oczy, bym zauważyła, że nie wymigam się od odpowiedzi.

– Cóż, nawet nie wiem, od czego zacząć – mówię, gdy tylko opuszczamy nasze piętro.

– Pewnie Cassandra.

– Już przed dziewiątą była u nas i pytała o niego. – Szlag mnie normalnie trafia, gdy muszę o niej opowiadać. – Przekaż mu, że mam wszystko, i potrzebuję jedynie jego niesamowitych umiejętności – naśladuję tę krowę, co wyraźnie rozbawia Aśkę.

– Serio?

– Ale to i tak nic.

Odpowiadamy uśmiechem boyowi hotelowemu, otwierającemu przed nami drzwi, i wychodzimy na dziedziniec.

– Wiesz, co Dominic miał czelność powiedzieć?! – kontynuuję, a Aśka patrzy na mnie pytająco. – Czy nie chcę iść z nimi na stok, bo jak będzie uczył jeździć na desce Cassandrę, to przy okazji mnie też może – oburzam się. – Czaisz?! Przy okazji!

– Co?! – Aśka również się obrusza, ale nie mogę na to pozwolić.

– Hej, ty się nie możesz denerwować. – Natychmiast biorę dwa głębokie oddechy, aby się uspokoić oraz by moja przyjaciółka zauważyła, że wszystko okej. Otwieram przed nią drzwi od strony pasażera i czekam, aż się usadowi. – Nie możemy stresować Michelle. – Uśmiecham się do niej znacząco, po czym zamykam, obchodzę auto i siadam za kierownicą. – Kamil nie chciał jechać zobaczyć małej? – zmieniam temat, widząc, jak Aśka gładzi swój brzuch.

– Chciał, ale on już widział, a ja chcę, żebyś ty też miała okazję.

– Czekaj, nie pozwoliłaś mu, bo ja jadę? – Śmieję się, kiedy przytakująco kiwa głową. – Przecież mogliśmy pojechać w trójkę.

– Nie! – odpowiada niebywale poważnie.

– No dobra… – Unoszę dłonie w obronnym geście, gdy widzę, że uważnie mierzy mnie wzrokiem. Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że ten demon coś zaplanował i powoli wciąga mnie w swój nikczemny plan.

– A tak poważnie, powinnaś zrobić porządek z Cassandrą. Przegina, jakby na każdym kroku próbowała cię sprowokować.

Nie musi mówić, już dawno to zauważyłam, ale co mogę zrobić? Zresztą nie chcę dać jej satysfakcji, dlatego staram się nie zwracać uwagi na zaczepki.

– Powinnaś pokazać, kto tutaj rządzi – dopowiada Aśka. – Zresztą widziałaś, jak krowa bawi się swoim dennym nieśmiertelnikiem?

– Żałosne, co? – nabijam się, bo dziewczyna naprawdę przegina. Na każdym kroku, jakby próbowała pokazać, że może wiele.

– A widziałaś, jak Kamil ją naśladował? – Aśka się śmieje, a ja jej wtóruję, bo pod tym względem Kamil jest nie do podrobienia. W międzyczasie odpalam i włączamy się do ruchu. – Swoją drogą, dlaczego nie mogę utrzeć nosa tej pindzie i pokazać swojej pozycji? Może wtedy zamknęłaby swoją niewyparzoną, rozszczekaną jadaczkę.

– Aśka, to była decyzja Kamila. Jak dla mnie możesz jej to powiedzieć nawet teraz, ale jeżeli on nie chce, żebyś się z tym obnosiła, to może powinnaś uszanować jego decyzję. – Patrzę na nią sugestywnie, mając nadzieję, że odpuści.

Kamil od samego przyjazdu dziewczyn nie chciał, aby Aśka wspominała o czterdziestej drugiej jurysdykcji. Jest w ciąży, dlatego też rozumiem jego decyzję, a Cassandra pod względem zaznaczania swojej pozycji jest wstrętna. Wiem, że moja przyjaciółka jak zawsze chciałaby mnie chronić i najchętniej powiedziałaby, co myśli na temat Cassandry, oraz podważyła jej rangę swoją, tyle że przy tym kosztowałoby ją to wiele niepotrzebnych nerwów, a do tego dopuścić nie możemy. I dlatego w tej sprawie stoję murem za Kamilem. Nie ukrywam, już wiele razy samej przeszło mi przez myśl, by zetrzeć tej suce z ust pewny siebie uśmieszek, gdy tylko specjalnie rozpoczynała temat Konsorcjum i jurysdykcji, ale zawsze jakimś cudem i ostatkami silnej woli przezwyciężałam swoją pokusę. Nie lubię o tym wspominać z prostych powodów – kiedy tylko ktoś dowiaduje się, że należę do Szczytu Konsorcjum i dzierżę władzę nadaną przez Iwana, przestaje traktować mnie jak zwykłą dziewczynę. Nawet w klubie teraz każdy zważa, co mówi w mojej obecności. Już nie jestem tam Nadią Cruz, panią menedżer, z którą można porozmawiać o największych głupotach i pośmiać się z najmniejszych błahostek, tylko przybraną córeczką Iwana i jego następczynią, której nikt nie chce podpaść, bojąc się reakcji jej ojczyma. Tragedia. Do tego Dominic nie lubi, kiedy ktoś wspomina na głos o mojej pozycji, jakby go to bolało, że jesteśmy sobie równi i że moje polecenia wydawane jego ludziom są równie ważne jak jego.

– Wiem – marudzi Aśka. – Widzisz, Michelle, ciotka jak zwykle trzyma stronę twojego ojca, a mogłybyśmy pokazać temu pudlowi, kto tak naprawdę tu rządzi.

Śmieję się, widząc, jak gada do brzucha.

– Czego ty ją uczysz? – Przewracam oczami i udaję oburzenie jej słowami.

– Podstawowych zasad Konsorcjum. Musi wiedzieć, z kim trzymać, żeby być na szczycie.

Wybucham śmiechem.

– Spoko, przynajmniej wiem, dlaczego jeszcze się ze mną przyjaźnisz – dogryzam, a ta wariatka macha na mnie ręką.

– Lubię twoją pozycję – wyznaje i uśmiecha się diabelsko.

Tak, to akurat wiem i powoli zaczynam myśleć, że bardziej lubi mój wysoki status niż mnie samą. Kręcę głową, już nawet nic na ten temat nie mówiąc. Parkuję pod kliniką i odpinam pas.

– Zapinaj kurtkę, Dimitrienko – nakazuję.

Aśka patrzy na mnie oburzona.

– Przepraszam, Narczewska – wypowiadam jej nowe nazwisko, ale zaraz się krzywię. – Wiesz, to już nie brzmi tak fajnie jak kiedyś – dodaję.

– Tu się zgadzam. – Zapina kurtkę, po czym otwiera drzwi i wysiada.

Dołączam do niej i razem wchodzimy do kliniki.

– Zawsze mogę mówić Dżoana – nabijam się, na co Aśka obrzuca mnie wrogim spojrzeniem, bo tak nazywa ją Cassandra.

– Naduś… – odgryza się z wrednym półuśmiechem.

Przewracam oczami, bo używa zdrobnienia, które w ustach Cassandry brzmi jak kpina.

– Dobra, dość, bo zaraz zwymiotuję – ucinam stanowczo, gdy podchodzimy do recepcji.

– Dzień dobry. Joanna Narczewska, byłam umówiona na dziesiątą. USG 4D.

– Dzień dobry. – Kobieta uśmiecha się miło, po czym wklepuje dane Aśki na komputerze. – Tak, zgadza się, gabinet numer siedem. Pani doktor zaraz panią przyjmie.

– Dziękuję – odpowiada śpiewnie Aśka i ruszamy do celu.

Przysiadamy na krzesełkach przed wejściem. Pomagam Aśce zdjąć kurtkę, po czym robię to samo ze swoją.

– Dominic nic nie mówił?

Zerkam na nią niepewnie, ale kiedy wskazuje na mój dekolt, marszczę brwi. Tak, ją zawsze bawią nasze kłótnie o mój ubiór i tym bardziej lubi podjudzać Dominica. To chyba jej nowe hobby – wkurzanie go gadaniem o moim wyglądzie i o tym, że ktoś się na mnie patrzy, mimo iż wcale nie jest to prawdą.

– Nawet nie pytaj. – Irytuję się na samą myśl.

– Awantura?

– Nie, znalazł nowy sposób. – Unoszę wymownie brew, na co Aśka wpatruje się we mnie wyczekująco. – Przed samym wyjściem mnie rozpalił, a później nagle skończył i powiedział, że doprowadzi mnie do orgazmu, jak się przebiorę.

 

– Żartujesz? – Wybucha śmiechem.

– No właśnie nie żartuję. Idiota – stwierdzam gniewnie.

– Biedna… – Aśka, rozbawiona, gładzi mnie po ramieniu.

– Pani Narczewska? – Drzwi do gabinetu się otwierają i staje w nich dojrzała kobieta w krótkich brązowych włosach. Uśmiecha się miło.

– Tak, to ja – mówi Aśka. – A to moja przyjaciółka Nadia Cruz. Tak jak ustaliłyśmy wcześniej przez telefon, wejdzie ze mną.

– Oczywiście. Zapraszam.

Wchodzimy do środka. Już od progu mój zmysł węchu atakuje dziwny, drażniący zapach płynu do dezynfekcji. W jednej sekundzie zbiera mi się na wymioty, ale w ostatniej chwili biorę głęboki wdech i odpieram atak na moje ślinianki. Przysiadam na wskazanym przez panią doktor krzesełku, a Aśka od razu idzie się przebrać. Oddycham płynnie, starając skupić się na tym, by w razie wypadku nie zwymiotować przed siebie, tylko być w stanie dobiec do łazienki. Nawet nie wiem, co kobieta mówi do Aśki, docierają do mnie jedynie jakieś skrawki. „Wszystko z malutką w porządku… Rozwija się prawidłowo… Zażywa pani kwas foliowy?”.

– Nada, chodź. – Dopiero teraz, usłyszawszy swoje imię, podnoszę wzrok na Aśkę i widzę, że mnie przywołuje. Natychmiast się podnoszę i idę do niej. Kobieta uśmiecha się do mnie, a w momencie, kiedy przystaję przy Aśce i zauważam na ekranie malutką Michelle, moje oczy ponownie dzisiejszego dnia zaczynają się szklić. Jest cudna. A to, jak porusza się w brzuszku Aśki, sprawia, że nawet nie wiem, kiedy się wzruszam, a po moich policzkach cieknie strumień łez. – Nie płacz, głupia. – Aśka śmieje się i chwyta za moją rękę.

– Jest śliczna. – Mocniej ściskam dłoń Aśki. – Patrz, uśmiecha się. – Zachwycam się, gdy na ekranie drgają usta dziecka.

– Widzi pani, co ja z nią mam? – Moja przyjaciółka kręci głową, a kobieta nadal nie przestaje się uśmiechać. – Tragedia. Jak nie płacze, to się wścieka, a zaraz znowu płacze. Jej narzeczony ma przerąbane – nabija się, przez co szybko posyłam jej gromiące spojrzenie.

– Okres mi się zbliża, co się dziwisz? – Wzruszam ramionami.

Kobieta kończy badanie. Aśka wstaje i zaczyna się ubierać.

– Teraz pani kolej, tak? – Kobieta patrzy na mnie wyczekująco.

Zdumiona unoszę brwi.

– Nie, to chyba jakaś pomyłka – mówię szybko.

– Dokładnie, teraz ona – odzywa się Aśka.

– Hę? – Zerkam na nią niepewnie.

– Zapraszam za parawan, proszę rozebrać się od pasa w dół.

– Ale w jakim celu?

– Oj, Nada, jak już jesteśmy, to może pani doktor przepisze ci jakieś inne tabletki. Sama narzekałaś, że po tych, co masz teraz, okres ci się przesuwał, a jak już dostałaś, to był bardzo ubogi.

– Piorunuję ją wzrokiem, bo po jakiego diabła jej to opowiada? Mam swojego lekarza, który też jest dobry, bo przecież sama do niego chodzi na wizyty.

– Kiedy miała pani ostatni okres? – pyta pani doktor, nie zwracając większej uwagi na naszą wymianę zdań z Aśką.

– Trzydzieści dziewięć dni temu. – Zerkam na lekarkę. Widzę jej nieprzeniknioną i stanowczą minę, więc lekko spłoszona idę za ten parawan i się rozbieram. Dobra, może Aśka ma rację i faktycznie przepisze mi coś lepszego.

– Ile trwał?

– Krótko, jakieś trzy dni.

– Był obfity?

– Nie – odpowiadam zdawkowo.

Kobieta wskazuje na leżankę, więc siadam na niej. To, że Aśka się patrzy, naprawdę mnie krępuje, więc nawet nie kieruję spojrzenia w jej stronę.

– I nie zdziwiło to pani?

– Rozmawiałam ze swoim lekarzem, najprawdopodobniej przyczyną było wzięcie tabletki… – Zerkam na Aśkę, a ta unosi zadziornie brew.

– Jakiej tabletki? – ponagla pani doktor.

Cholera, czuję się dziwnie, opowiadając przy Aśce, że musiałam brać tabletkę dzień po. Chociaż akcja w ferrari, podczas niezapowiedzianego przyjazdu Dominica na moją sesję do nowego katalogu, jest czymś, co lubię powspominać.

– No „dzień po”. – Mówiąc to, aż się czerwienię.

– Proszę się rozluźnić. – Kobieta zakłada rękawiczkę, po czym zagląda między moje nogi. – Ma pani liczne otarcia.

Dosłownie płonę ze wstydu. Żałuję, że się na to zgodziłam.

– Czy coś się…

– Nie! – Oszalała?! Nic mi nie jest. Piorunuję Aśkę wzrokiem za wpakowanie mnie w to bagno. Ta szatanica śmieje mi się prosto w twarz. Gdyby nie mała Michelle, po wyjściu dostałaby reprymendę.

– Po prostu razem z narzeczonym lubią się ostro zabawiać – komunikuje bez ogródek moja przyjaciółka.

– Aśka! – Mam ochotę zapaść się pod ziemię.

– Rozumiem. – Twarz lekarki niczego nie zdradza. Zachowuje się profesjonalnie, ale to nie zmienia faktu, że jestem zażenowana. Bada mnie jeszcze, uciskając mój brzuch. – Wszystko w porządku, ale chciałabym jeszcze przeprowadzić USG transwaginalne. – Wwierca we mnie uważne spojrzenie. Nie mam pojęcia, co jej to da, ale kiedy tak na mnie patrzy, nie mam odwagi odmówić, więc jedynie niepewnie kiwam głową. – Niech się pani nie boi, tak lepiej zdiagnozuję stan macicy, jajowodów i będę mogła dokładniej określić, czy zachodzą jakieś niekorzystne zmiany fizjologiczne.

Aż przełykam ślinę. Niekorzystne zmiany?

Lekarka uśmiecha się do mnie lekko i rozpoczyna badanie. Obracam głowę w bok, ale na monitorze i tak niewiele widzę, jedynie czarno-biały obraz. Nie wiem, co ona jest w stanie dostrzec, dlatego czekam, aż coś powie.

– Jajowody w porządku, nie widzę żadnych nieprawidłowości. Jeszcze raz: kiedy dokładnie miała pani miesiączkę? – Nawet na mnie nie patrzy, tylko dalej wpatruje się w obraz na monitorze.

– Trzydzieści dziewięć dni temu – odpowiadam pewnie.

– Kiedy zażywała pani tabletkę dzień po?

– Nie wiem, jakoś ponad półtora miesiąca temu.

– Zaraz, zaraz. Czy to…? – Aśka dosłownie podbiega do monitora i wpatruje się w panią doktor. Na jej twarzy maluje się połączenie euforii i szoku.

Okej, to jest dziwne… Przenoszę ponownie wzrok na monitor i dostrzegam mały pęcherzyk. Nie jestem pewna, co widzę. Przyglądam się, przekręcam głowę z jednej strony na drugą, jakby to miało w czymś pomóc, jednak już po chwili, w przypływie nagłego olśnienia, dosłownie zamieram… Nie, to nie jest to, co myślę. To nie może być to! Niemożliwe.

– Wygląda na siódmy tydzień.

Wpatruję się ogłupiała to w lekarkę, to w monitor, to w Aśkę. Siódmy tydzień? Moje serce w jednej chwili zaczyna galopować.

– Siódmy tydzień…? – pytam niepewnie.

– Powinnam pani pogratulować – mówi lekarka, a ja wytrzeszczam gały. – Jest pani w ciąży.

Przełykam ciężko ślinę. To chyba jakieś kpiny. Zerkam na Aśkę, ale ona dosłownie płacze. Nie, nie, nie…

– W ciąży? – dopytuję, ale jakoś nadal to do mnie nie dociera, nadal nie wierzę.

– Tak, siódmy tydzień, wygląda na to, że tabletka dzień po mogła już nie zadziałać. – Pani doktor uśmiecha się znacząco.

– Ale przecież miałam okres. Musiała się pani pomylić.

– W macicy rozwija się ciąża. – Lekarka patrzy na mnie z uśmiechem, przez co wpadam w jeszcze większy szok. – Płód rozwija się prawidłowo. Proszę posłuchać.

Zapada cisza, a do moich uszu dociera tylko ledwie słyszalne bicie serduszka.

Bam-bam, bam-bam.

Zerkam na Aśkę, a ta przez łzy uśmiecha się do mnie. To nie jest żaden żart?

Bam-bam, bam-bam.

W oczach zbierają mi się łzy i zaraz z nich wypływają. Nie wiem, dlaczego moja dłoń wędruje do brzucha i lekko na nim spoczywa, jakby chciała poczuć jeszcze to bicie, by móc w nie uwierzyć. Będę mamą…

– Ale jak? – Spoglądam niepewnie na lekarkę, a ta uśmiecha się miło.

– Zdarza się, że we wczesnej ciąży występują krwawienia w terminie teoretycznie przypadającej miesiączki. Wynika to z faktu, że jajo płodowe nie wypełnia jeszcze całkowicie jamy macicy i złuszcza się fragment wolnej śluzówki. Najwyraźniej tak było w pani przypadku, dlatego ostatnia miesiączka była krótsza i mniej obfita.

Nic nie mówię, wciąż jestem w szoku.

– Przepiszę pani niezbędne witaminy. – Lekarka kończy badanie, a ja powoli wstaję. Oddalam się za parawan, ubieram i próbuję uzmysłowić sobie to, co właśnie zaszło. Gdy wychodzę zza zasłony, zerkam na Aśkę, a ta w jednym momencie podlatuje i zaczyna mnie tulić.

– To stąd była ta burza hormonów! – Obejmuje mnie za szyję, a ja nie mogę się nie uśmiechnąć.

– Oczywiście żadnego stresu – dodaje pani doktor poważnym tonem. Gdybym mogła, przewróciłabym oczami. Przy Cassandrze i Dominicu brak stresu? Jasne. – Żadnych używek, wypoczywać, ciepło się ubierać. – Patrzy na mnie wymownie, na co lekko się rumienię. – I błagam, niech pani zamieni te szpile na wygodne płaskie obuwie, jak koleżanka. – Gdy tylko o tym wspomina, moja mina dosłownie rzednie. Kocham szpilki. – Proszę, to dla pani. – Podaje receptę i zdjęcie, na co wlepiam spojrzenie w niewielki pęcherzyk. Moje dziecko…

Podnoszę niepewny wzrok na Aśkę, a ta uśmiecha się od ucha do ucha.

– Do widzenia – odzywa się Aśka i wyprowadza moją oszołomioną osobę, która do tej pory stara się ogarnąć wszystko, co właśnie zaszło.

Powoli idę za Aśką przez hol. Ledwie zauważam na nim ludzi, bo tak wgapiam się w zdjęcie USG. Dopiero gdy podchodzimy do auta, jestem w stanie dostrzec, jak moja przyjaciółka lustruje mnie wzrokiem.

– Nada?

Na pytanie Aśki przenoszę wzrok i dopiero teraz orientuję się, że stoi bezpośrednio przede mną. Lekko się uśmiecha, ale ja nadal jestem wytrącona z równowagi.

– Ja… Ja będę mamą – mówię i nawet nie wiem, czy do niej, czy sama do siebie. – Aśka, ja będę mamą – powtarzam i brzmię już pewniej, a z moich oczu znów ciekną łzy.

– Tak, wariatko! – Aśka cieszy się i mocno mnie przytula. Płaczę, ale odwzajemniam jej uścisk. – Tak się cieszę! – powtarza.

Inne książki tego autora