Pocałunek gwiazdy

Tekst
Z serii: Falling Stars #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pocałunek gwiazdy
Pocałunek gwiazdy (t.1)
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 80,80  64,64 
Pocałunek gwiazdy (t.1)
Pocałunek gwiazdy (t.1)
Audiobook
Czyta Agnieszka Postrzygacz, Andrzej Hausner
44,90  32,33 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ale dopiero po paru miesiącach przekonałam się, jak bardzo jest zły. Odkryłam wówczas, że Nixon działa w nie do końca legalnym biznesie.

I dotarło do mnie, że wdepnęłam w coś, przez co mogę mieć poważne problemy.

Właśnie wtedy okazało się, że jestem w ciąży. Niedługo później urodziła się Penny. Postawiłam mu ultimatum: albo ja i dziecko, albo ta praca.

Nixon wybrał tę drugą drogę.

Powinnam była wówczas zrozumieć, że los się nade mną ulitował. Ale byłam za głupia. Nixon poukładał sobie życie i zerwał z przestępczą przeszłością. Kiedy zjawił się pod drzwiami mojego domu i poprosił, żebym pozwoliła mu spotykać się z Penny, nie miałam serca mu odmówić.

Szkopuł w tym, że ten facet był jak trąba powietrzna – wsysał wszystko, co znalazło się w pobliżu, i obracał w perzynę.

Parę miesięcy później znów byłam w ciąży, z której urodzić miał się Greyson. I znaleźliśmy się w tej samej sytuacji co poprzednio.

Powiedziałam sobie wtedy, że już nigdy więcej.

Dostałam nauczkę.

I to dwa razy.

Nie miałam najmniejszej ochoty znów przechodzić przez to piekło.

Najgorsze było to, że Nixon bez przerwy próbował mnie nakłonić do powrotu. Tak jakbyśmy naprawdę mogli sprawić, że tym razem nam się uda, podczas gdy w rzeczywistości było to niemożliwe.

Dzieliło nas już zbyt wiele krzywd. Nie ufaliśmy sobie.

Ale mimo to nie przestał dawać mi do zrozumienia, że zawsze mogę na niego liczyć. Był najwspanialszym ojcem, jakiego mogłam sobie wymarzyć dla naszych dzieci. A kiedy zapragnęłam mieć własną galerię, poświęcił czas i wyłożył z własnej kieszeni pieniądze, żeby spełnić moją zachciankę.

Na wspomnienie budynku, w którym się mieściła, poczułam bolesny ucisk w żołądku.

Mury, w których ją zabito.

Krew.

Tyle krwi.

– Mio, ale dlaczego nie? Przecież minęło już wystarczająco wiele czasu, nieprawdaż? Czy nie dość zrobiłem, żeby odzyskać twoje uczucie?

– Twierdziłeś, że robisz to, bo zależy ci na mojej przyjaźni – powiedziałam oskarżycielskim tonem. – Bo pragniesz szczęścia naszych dzieci.

Nie było mowy o tym, że jego starania mają swoją cenę.

Przeczesał dłonią włosy, uciekł spojrzeniem w bok. Ale już po chwili znów patrzył mi w oczy.

– Robiłem to wszystko, bo cię kocham. Zawsze kochałem. I kocham nasze dzieciaki. Pragnę, żebyśmy byli rodziną.

Poczułam, jak do oczu napływają mi łzy. Zamrugałam szybko.

– Przykro mi, Nix. Nie mogę tu zostać.

– Niby jak mam się wami opiekować, kiedy wyjedziesz? – spytał posępnie. – Mio, musimy trzymać się razem, dopóki się nie dowiemy, co się dzieje. Poza tym… przecież nie zostawisz swojej galerii. Potrzebujesz jej.

Po ramionach przebiegł mi lodowaty dreszcz.

– Moja noga nigdy więcej tam nie postanie, dobrze o tym wiesz.

– No to poszukamy innego miejsca.

Cofnęłam się.

– Przykro mi, Nix. Wyjeżdżam, ale po lecie wrócimy. Penny uwielbia Savannah. Będzie tam miała Kallie do zabawy. Dobrze wiesz, że to dla niej niezwykle ważne. Tak będzie najlepiej.

– A co ze mną? – spytał żałosnym tonem. Jego zwyczajowa arogancja znikła bez śladu.

Cofnęłam się jeszcze o krok.

– Nigdy nie chodziło o ciebie – odpowiedziałam szczerze.

6
Leif

– Stary, jeśli w twojej głowie postanie myśl, żeby nas olać, gwarantuję ci, że odszukam cię i własnoręcznie przywlokę z powrotem do Karoliny Południowej – oznajmił żartobliwym tonem Rhys.

Rozmawialiśmy przez telefon, ale wyraźnie słyszałem, że pod maską żartów kryje się całkiem poważna groźba.

Basista w kapeli Carolina George był głośnym, dość prostackim typem. Na ramieniu miał wytatuowane krwawiące serce, oplecione drutem kolczastym.

Moje spojrzenie powędrowało ku tylnemu oknu luksusowego SUV-a, którym posuwaliśmy się przez zabytkową dzielnicę Savannah. To było niewielkie miasteczko, a Carolina George grało już dość razy w tutejszej knajpie przy River Street, bym czuł się tu jak u siebie.

Omiatałem wzrokiem mijane rezydencje. Wzniesione przed ponad wiekiem, okazałe i pretensjonalne.

Po obu stronach wąskich uliczek rosły wiekowe dęby. Na ziemi kładły się złote plamy słońca przesianego przez gęste listowie. Obrośnięte mchem gałęzie łączyły się nad drogą, tworząc iluzję tunelu wiodącego do jakiejś tajemniczej krainy.

Do miejsca należącego do innego świata.

Innego czasu.

Człowiek wjeżdżający do Savannah znikał bez śladu. Przenosił się do odległej epoki.

Osobliwej, oryginalnej, gdzie na każdym kroku czai się historia.

Ogarnęło mnie dziwne uczucie niepokoju.

Miałem wrażenie, że niemal słyszę wycie duchów snujących się po ulicach. Frunących nad najwyższymi konarami drzew, w poszukiwaniu tego, co niegdyś utraciły.

Panowała tu dziwna atmosfera, tchnąca osobliwym spokojem.

Nie mogłem już usiedzieć na miejscu. Poruszałem rytmicznie kolanem, palcami bębniłem po udzie. Chciałem się uspokoić, ale nie potrafiłem strząsnąć z siebie tego niepokoju, który wziął mnie w posiadanie niczym senny koszmar.

Zły omen.

Miałem przeczucie, że zmierzam teraz ku własnej zgubie. A najgorsze było to, że nie miałem pojęcia, skąd się bierze to wrażenie. Owszem, zawsze podejrzewałem, że w końcu nadejdzie dzień, gdy Los Angeles i moja przeszłość się o mnie upomną. Wyczuwałem teraz, że są tuż obok, niczym zjawy. Jeszcze krok i wpadnę w ich szpony.

Byłem zdeterminowany, żeby do tego nie dopuścić.

Najpierw musiałem odpłacić za swoje krzywdy.

Zemścić się.

Pozostawało mi uzbroić się w cierpliwość i czekać, aż nadejdzie właściwy moment.

– Mówię zupełnie poważnie, Metalu – zarechotał Rhys. Domyślałem się, że pręży teraz swoje imponujące mięśnie, jak gdyby naprawdę gotował się do skopania mi tyłka. – Dałbym sobie obciąć jedno jajo, bylebyśmy zaklepali ten kontrakt. Przez Em negocjacje idą jak po grudzie. Ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebujemy, to żebyś nas zostawił z kwitkiem.

– Nie ufasz staremu kumplowi? – obruszyłem się w żartach.

Sapnął głośno i chyba odchylił się w fotelu, bo usłyszałem, jak tłucze piętami swoich kowbojskich butów w blat stołu. Rhys był typowym południowcem. Istny słoń w składzie porcelany. Porywczy i impulsywny.

– Wręcz przeciwnie. Słuchaj, gdybym ci nie ufał, nie pozwoliłbym ci wybrać się do Los Angeles. Kurwa mać, wysłali po ciebie prywatny samolot i zaprosili na balangę? Nie no, stary, Francja elegancja. A teraz przez dwa miesiące będziesz się byczyć w rezydencji Lyrika Westa w Savannah! Swoją drogą, postawię swoje lewe jajo, że jest tak samo odjechana jak ta jego chata na Wzgórzach Hollywood. I nie dość, że nic cię to nie będzie kosztować, to jeszcze oni obsypią cię kasą! I oczekują od ciebie, że po prostu zagrasz na garach do kilku kawałków na ich nowym albumie? Powiem ci, stary, że pachnie mi to na kilometr jakąś ściemą.

Zarechotałem ponuro.

– Naprawdę wydaje ci się, że jestem taki dobry na perkusji, że chcieliby mnie wam podebrać? A tak nawiasem mówiąc, nie możesz postawić swojego lewego jądra, bo już wcześniej się zobowiązałeś, że je obetniesz, żebyśmy podpisali umowę z wytwórnią.

– Moje jaja są tak wielkie, że mogę je wykorzystywać w różnych sprawach. – Rhys się zaśmiał.

– Jasne – odparłem wesoło.

Tego faceta nie dało się zgasić żadną gadką.

Cechowała go wrodzona arogancja.

Ale nie była pozbawiona podstaw.

Rhys był prawdziwą legendą wśród basistów. Miał niesamowity talent. Ilekroć wychodził na scenę, panienki na widowni dostawały małpiego rozumu.

Lubił sobie wyobrażać, że Carolina George to naprawdę najlepsza kapela na świecie.

Jasne.

Owszem, graliśmy całkiem spoko.

Naprawdę nieźle. Ta myśl poruszyła lawinę wyrzutów sumienia. Czułem się podle z tym, że dla mnie granie w Carolina George było tylko przykrywką. Rozwiązaniem tymczasowym. Kiedy usłyszałem ich po raz pierwszy, powinienem był się domyślić, że pisana jest im kariera. Że ten nikomu nieznany zespolik prędzej czy później wypłynie na szerokie wody.

Teraz pozostawało mi się modlić, żebym wytrzymał z nimi na tyle długo, by zdążyli osiągnąć wielkość.

Nie chciałem zawieść ich akurat w momencie, kiedy zaczynało się do nas uśmiechać szczęście.

– Pytasz, czy uważam cię za tak dobrego perkusistę, żeby chcieli cię podwędzić – powtórzył Rhys, a ja się domyśliłem, że szczerzy teraz zęby w uśmiechu. Ten facet miał tak wielkie ego, że człowiek mógł wyjechać do innego stanu, a i tak w trakcie rozmowy miał go przed oczami jak żywego. – A myślisz, że dlaczego tolerujemy twoją zakazaną mordę w zespole? Bo jesteś naprawdę zajebisty w te klocki, nie ma innego powodu.

Tłumiąc uśmiech, odchyliłem głowę na zagłówek fotela. Za oknami migotało słońce. W miarę jak zbliżaliśmy się do celu naszej podróży, okolica stawała się coraz bardziej elegancka.

To miejsce miało się stać moim domem na najbliższe dwa miesiące.

Zgodnie ze słowami Lyrika nie powinienem przywiązywać do tego wszystkiego zbyt wielkiej wagi. Po prostu zastępowałem perkusistę, to wszystko. Wyświadczałem przysługę kumplowi i przy okazji napychałem portfel kasą. A mimo to ani na chwilę nie opuszczało mnie poczucie, że popełniłem fatalny błąd, przystając na jego propozycję.

Instynktownie czułem, że takie połączenie Los Angeles i spraw zawodowych to najgorsze, co mogło mi się przytrafić.

Od dawna realizowałem swój tajny plan. Był jak prosta droga, której powinienem się trzymać za wszelką cenę. Nagłe skręty nie zapowiadały nic dobrego.

 

– Cóż, Rhys, nigdy nic nie wiadomo – odezwałem się po chwili, udając, że zupełnie się tym wszystkim nie przejmuję. W rzeczywistości byłem o krok od rozsypania się na kawałki. – Może mi się spodoba i uznam, że powinienem na stałe związać się z Sunder. Podejrzewam, że szybko bym się odnalazł w nowej kapeli.

Nasz wóz skręcił w prawo. Znaleźliśmy się wśród posiadłości, za którymi musiały stać majątki zbite jeszcze w dawnych epokach. Po chwili zatrzymaliśmy się przed jedną z nich. Nigdy w życiu nie widziałem równie okazałej, wręcz ekstrawaganckiej rezydencji. Był to właściwie pałac.

Willa Lyrika na Wzgórzach Hollywood w porównaniu z tym kolosem wyglądała jak dom ubogiej krewnej.

Tak, przywyknięcie do takiego luksusu nie powinno nastręczyć wielkich trudności.

Chyba się zagapiłem, bo dopiero ściszony głos Rhysa sprowadził mnie na ziemię.

– Stary… naprawdę tam jest tak odjazdowo? Cholera. Wiedziałem. No to mamy przechlapane.

– Skąd, to rudera.

– Nie ściemniaj – zawołał mój rozmówca z udawanym oburzeniem.

Rezydencja usytuowana była między dwiema wysadzanymi drzewami uliczkami. Zajmowała dużą część kwartału tej eleganckiej dzielnicy. Teren posiadłości ogrodzony był murem z czerwonej cegły, wjeżdżało się przez bramę z czarnego kutego żelaza. Do głównych drzwi wiodły marmurowe schody. Ale żeby w ogóle się do nich dostać, trzeba było okazać zaproszenie ochroniarzowi przy bramie.

To miejsce budziło instynktowny respekt. Doskonale obchodziło się bez tablic informujących: „Teren prywatny. Wstęp wzbroniony”.

Żeby dojść do strzelistych kolumn portyku, należało pokonać pięć wysokich stopni. Masywne dwuskrzydłowe drzwi zapowiadały wspaniałość, która skrywała się we wnętrzu rezydencji.

Omiotłem spojrzeniem zasłonięte okiennicami okna na trzech kondygnacjach. Od północy budynek miał werandę z kolumnadą, która okrążała gmach i sięgała ogrodu na tyłach. Stojący tam wysoki mur skutecznie bronił prywatności mieszkańców przed ewentualnymi spojrzeniami ciekawskich.

– Masz rację, ściemniam – przyznałem się. – To miejsce jest jak z innego świata. Dopiero tutaj widać, co znaczy żyć w przepychu.

– Spadaj, Metalu – burknął basista. – Znam cię i wiem, że w sercu dalej nosisz słabość do ostrej muzy. Naprawdę nie chcę, żebyś nas olał. Carolina George nareszcie złapało wiatr w żagle. Wszystko przyspiesza. Zresztą mówiłem ci, że tak się stanie. Wiedziałem, że jesteśmy zbyt zajebiści, by ludzie długo jeszcze mogli nas ignorować. Nie chcę słyszeć, że wleziesz do tej chaty i uznasz, że to twoje miejsce.

– Czyżbyś w ten sposób dawał mi do zrozumienia, że mnie potrzebujecie?

Rhys parsknął śmiechem.

– Chyba śnisz.

– Stary, no powiedz, że mnie kochacie. Przyznaj się, beze mnie cała kapela gówno znaczy.

– Spierdalaj. – Roześmiał się.

– Jak sobie życzysz – odparłem wesoło, otwierając drzwi wozu.

Uwielbiałem takie przekomarzanki z Rhysem.

– Dobra, dobra – powiedział pojednawczym tonem. – Zanim wejdziesz do tego domu, chcę, żebyś wiedział, że bez ciebie Carolina George będzie totalną żenadą. Każdy z nas jest zajebisty, ale dopiero razem tworzymy coś naprawdę świetnego. Wspólnie możemy zyskać nieśmiertelną sławę. Wiesz, o co mi chodzi? – Ostatnie słowa wypowiedział, przeciągając samogłoski w charakterystyczny dla południowców sposób. Jak dowódca zwołujący rozpierzchnięte wojska. Oczami wyobraźni widziałem już, jak Rhyse nawołuje do solidarności, wymachując zaciśniętą pięścią.

Cóż, nieśmiertelność to raczej nie moja bajka.

Ale może jeśli dobrze to rozegram, zdołam ich wesprzeć w zdobyciu popularności, na jaką zasługują. Pomogę im stanąć na nogi, zanim się zmyję.

– Wiem, wiem – odparłem z udawanym zniecierpliwieniem.

– Drań – burknął, a ja z łatwością wyobraziłem sobie szeroki uśmiech na jego ustach.

Nie chciałem dłużej się nad nim pastwić.

– Głowa do góry, brachu. To będzie krótka akcja, nagram z nimi parę kawałków i wracam do was. Nikt nawet się nie zorientuje, że tu byłem.

– Jestem pewien, że żonka Lyrika Westa zauważy, że jesteś. Widziałeś zdjęcia tej laski? Kurwa mać, jaka lalunia! – rozmarzył się Rhys. – Pewnie zresztą spotkałeś ją na imprezie w zeszły weekend, przyznaj się. Ta panna jest nie z tej ziemi.

– Gdyby Lyrik usłyszał, że o niej gadasz, obciąłby ci oba jaja – stwierdziłem. – Nie miałbyś już czego obstawiać.

– Zakablujesz mnie? Swojego najlepszego druha? Jak możesz, Metalu?

– Znamy się z Lyrikiem kopę lat. Sam rozumiesz, stare przyjaźnie.

– A więc miałem rację. Oto co z ludźmi robi heavy metal. To dla nas katastrofa – jęknął z udawanym oburzeniem.

– Muszę lecieć. – Zarechotałem.

Szofer przyglądał mi się wyczekująco w lusterku wstecznym. Domyślałem się, że chętnie by mnie popędził, ale nie miał śmiałości. Żałosny pajac.

Po chwili namysłu Rhys, odchrząknąwszy, odezwał się znowu:

– Ale tak zupełnie serio, Leif. Cieszę się, że trafiła ci się taka szansa. Jestem z ciebie dumny. Nikt lepiej nie zastąpi Zee Kennedy’ego niż ty. Naprawdę tak uważam.

– Dzięki, Rhys.

– Pokaż klasę.

– Wiadomo.

Nie zawsze stawałem na wysokości zadania, ale Rhys nie musiał o tym wiedzieć.

Wysiadłem z auta na ocieniony rozłożystymi dębami chodnik. Szofer szybko zjawił się u mojego boku i podał walizkę, którą wyciągnął z bagażnika. Ewidentnie mu się spieszyło.

– Dzięki – rzuciłem, wsuwając mu w dłoń studolarówkę.

Stać mnie było na taki gest. Wszystkie moje wydatki przez najbliższe dwa miesiące miał pokrywać z własnej kieszeni zespół.

Ruszyłem chodnikiem, ciągnąc za sobą walizkę na kółkach. Brama otworzyła się, zanim jeszcze przed nią stanąłem. Najwyraźniej Lyrik spodziewał się mojego przybycia.

Minąłem bramę i pokonałem resztę drogi do gmachu. Wspinałem się po schodach, gdy drzwi wejściowe otworzyły się gwałtownie.

– Leif, super, że dałeś radę – zawołał Lyrik, wychodząc na ganek.

– Cieszę się, że już jestem – odparłem, wodząc spojrzeniem po wysoko sklepionym suficie ganku. – Fajna chatka.

Lyrik zaśmiał się cierpko i potarł brodę.

– Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Podczas wybierania domu Tamar postawiła jasne warunki. Nowa chata nie mogła być oddalona bardziej niż o półtora kilometra od domu Shei i Baza i nie bardziej niż o kilometr od chaty Asha i Willow.

– A to jedyna, która spełniała te wymogi i była na sprzedaż?

– Jedyna, na którą było nas stać – stwierdził. Mrugnął przy tym okiem i poklepał mnie po ramieniu. – Ciężkie życie, stary. – Szczerząc zęby w uśmiechu, wskazał ruchem głowy drzwi. – No to chodź. Chcę, żebyś poczuł się tutaj jak u siebie. Mówię zupełnie poważnie. Nie musisz przemykać chyłkiem na palcach. Jeśli będziesz czegoś potrzebował, po prostu powiedz. Chcesz się kimnąć, kimaj. Chcesz coś z lodówki, bierz. Wiem, że z zewnątrz dom sprawia trochę onieśmielające wrażenie. Ale u mnie na chacie wszyscy żyjemy jak jedna wielka rodzina. Chodzi o to, żeby każdy poczuł się tu komfortowo.

Kiedy ruszyliśmy w głąb domu, nie potrafiłem ukryć zdumienia. Czułem się, jakbym trafił do muzeum.

Obrazy zdobiły wszystkie ściany.

Kilka z nich od razu przykuło moją uwagę – emanowały nastrojem tajemniczości i mistycyzmu. Niemal identyczne widziałem na strychu willi w Los Angeles. Na malunkach ukazano zniekształcone twarze o zatartych rysach. Zdawały się wić w pięknej agonii, wpatrzone w pustkę. Zagubione, czekające, aż ktoś je odnajdzie.

Zrozumie.

Może jedynie artysta mógł im to dać.

Nagle wróciło do mnie, z ogromną siłą, szaleństwo, którego przedsmak poznałem w zeszły weekend. Przemożna żądza, z której cholernie trudno było mi się wyzwolić.

Dziewczyna, która zatopiła kły w moim sercu, mimo że nie zdradziła nawet swojego imienia.

Wspomnienia tamtej nocy owionęły mnie niczym senna iluzja.

Blade, nieostre obrazy.

Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że nie potrafiłem się zdecydować: czy to koszmar, od którego chcę się uwolnić, czy też sen, o którym marzyłem, by okazał się prawdziwy również na jawie.

Urzeczywistniony.

Przez długą chwilę wpatrywałem się w jedno z płócien zawieszonych wysoko na ścianie. Wreszcie zdołałem oderwać spojrzenie. Wnętrza robiły oszałamiające wrażenie: wysokie sufity z łukami i masywne sztukaterie nadawały pokojom wygląd sal pałacowych. Na piętro wiodły kręte schody, przedzielone w połowie podestem.

– Tędy – poinstruował Lyrik, przemierzając hol i wielki pokój dzienny. – Kojarzysz Willow, żonę Asha? – zagaił po chwili.

Przytaknąłem milcząco – wiedziałem, o kogo chodzi.

– Zajmuje się renowacją starych mebli. Wyszukuje różne starocia w opłakanym stanie. Z reguły nura za nimi po śmietnikach. A potem przywraca im dawną świetność. Wszystkie meble, które tu widzisz, to jej robota.

No tak, teraz nabierało to sensu.

Nigdy nie miałem Lyrika za gościa, który by się fascynował antykami.

– Piękne – pochwaliłem bez większego przekonania, bo prawdę mówiąc, nie miałem ochoty na rozmowy o wiciu rodzinnego gniazdka.

Z mojego domu nie pozostał kamień na kamieniu, dlatego wolałem unikać tego tematu.

– Tak, jest niesamowicie utalentowana. Tamar pomogła jej przy pracy nad paroma meblami. Ciekawe, że kiedy coś współtworzymy, tak bardzo przywiązujemy się do naszego dzieła.

Dotarliśmy do końca holu i zajrzeliśmy przez drzwi do kolejnego pomieszczenia. Było gigantyczne.

Stanowiło dziwaczne połączenie kuchni z pokojem do zabaw.

Wytrzeszczałem oczy, wpatrując się w panujący tam bałagan.

Pokój zupełnie nie przypominał pomieszczenia, w którym znajdowaliśmy się przed chwilą. Na środku stała ogromna sofa. Wokół niej na podłodze leżały poduszki, zabawki, skarpetki, buty. Naprzeciw kanapy umieszczono olbrzymi telewizor.

– Kiedy chcemy się polenić, przychodzimy tutaj. Tylko ostrzegam, dzieciaki dostają tu bzika. Jeśli nie przepadasz za dzieciarnią, będziesz musiał się ukrywać w swojej chatce – dodał z szerokim uśmiechem.

Nagle zaschło mi w gardle. Przełknąłem z trudnością ślinę i przywołałem na usta wymuszony uśmiech.

– Dzieciaki mi nie przeszkadzają.

I tak nie zamierzałem spędzać zbyt wiele czasu z rodziną Lyrika. Gospodarz uprzedził mnie, że teraz to ona jest dla niego najważniejsza. To dla niej walczył, żył i gotów był umrzeć. Uznałem, że nic tu po mnie.

Postanowiłem, że będę tu zaglądał tylko od wielkiego dzwonu.

Kiedy kapela będzie mnie potrzebować, będę grał z nimi. A przez resztę czasu będę się ukrywać.

Lyrik się roześmiał, nieco głośniej, niżby należało.

– Tak między nami, to trochę nas tu jest. A tego lata mamy dodatkowo paru gości. Słowo honoru, to miejsce będzie przypominać zoo – powiedział, rozprostowując wytatuowane ramiona. – Witaj na Dzikim Zachodzie. Nigdzie nie będzie ci lepiej niż tutaj – dodał z ironicznym uśmieszkiem.

Roześmiałem się. Wyglądało na to, że wielki, zły Lyrik West przez lata zamienił się w zwykłego pantoflarza.

– Nie ma sprawy. Przyjechałem tu, żeby z wami pograć. Nie mam zamiaru wam przeszkadzać. Postaram się, żebyście nie zauważyli, że w ogóle tu jestem.

– Twoja chatka jest tam – powiedział gospodarz, wskazując ogrodzony ogród za oknami. – Kod otwierający drzwi to dziewięć, osiem, pięć, sześć, cztery. Drzwi do głównego domu są zamykane na zamek, bo nie chcemy, żeby dzieciaki bawiły się w ogrodzie, kiedy nie ma przy nich żadnego dorosłego. Jest tam basen, więc sam rozumiesz. Możesz wchodzić i wychodzić, kiedy ci przyjdzie na to ochota. Tylko pamiętaj, żeby zawsze zamknąć za sobą drzwi.

Kolejne ostrzeżenie. Powoli zaczynałem się zastanawiać, co mnie podkusiło, żeby w ogóle tu przyjechać. Może po prostu skrycie łaknąłem tortur.

– Jasne.

Zerknąłem przez okno.

Ogród, dobre sobie.

Teren za domem bardziej przypominał oazę ukrytą w samym centrum Savannah.

Raj.

Eden.

W czterech narożnikach ustawiono fontanny, wokół nich pyszniły się kwitnące różowo krzewy. Pośrodku znajdował się imponujący basen, wraz z patio wyłożonym ozdobnymi płytkami.

Wzdłuż basenu po prawej stronie ciągnęło się jednokondygnacyjne skrzydło głównego budynku.

Na tyłach ogrodu stał budyneczek będący pomniejszoną repliką głównego gmachu. Główne wejście i niewielki ganek zdobiły dwie maleńkie kolumny. Budynek miał tylko jedno piętro, architekt zadbał jednak o to, by wydawał się bardziej okazały.

 

– To twoja chatka. Mam nadzieję, że odpowiada twoim standardom.

– Chyba tak.

Lyrik zamierzał otworzyć drzwi na werandę, gdy wtem od strony dużego pokoju dał się słyszeć łomot kroków na schodach.

W jednej sekundzie w ciszę wdarły się piski, śmiechy i krzyki.

W pierwszej chwili pomyślałem, że takiego zamieszania może narobić tylko cała grupa przedszkolna podczas wyjścia na spacer.

Myliłem się.

Ten chaos był zasługą zaledwie trojga dzieciaków.

– Ejże, maluchy. Powoli. Mamy gościa.

Dzieciak biegnący na przedzie, czarnowłosy i ciemnooki, zatrzymał się w pół kroku.

– To ty jesteś nowym perkusistą? – spytał.

Uśmiechnięty od ucha do ucha szedł mi na spotkanie, jak gdybyśmy byli starymi kumplami.

Mogłem się założyć, że to dzieciak Lyrika. I wcale nie potrzebowałem do tego jaj Rhysa.

– Zgadza się – odparłem.

Chłopczyk zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. W końcu skinął głową, jakby na znak, że zdałem jakiś test.

– Super – stwierdził.

Lyrik wyciągnął wytatuowane ramię i zmierzwił chłopcu czuprynę.

– To mój syn Brendon.

– Bardzo mi miło, Brendonie.

– A to moja mała księżniczka Adia.

Kiedy gospodarz wziął córkę w ramiona, zebrało mi się na wymioty.

Ile ona mogła mieć lat? Trzy, może cztery.

Zacisnąłem zęby, walcząc z pokusą, żeby odwrócić się na pięcie i dać nogę.

Co za kretyn ze mnie.

Byłem skończonym idiotą, że zgodziłem się tu przyjechać.

Niemal się wzdrygnąłem, gdy dziewczynka pisnęła radośnie i zarzuciła ojcu ramiona na szyję. Wierciła się w uścisku Lyrika, przez cały czas zerkając na mnie. Scena ta była słodka aż do przesady.

– Cześć – rzuciłem, unosząc lekko rękę. Na nic więcej nie umiałem się zdobyć.

Moje spojrzenie powędrowało do narożnika pokoju, skąd, jak mi się zdawało, emanowała jakaś bojaźliwa aura.

Stało tam ostatnie z trójki dzieci, które zbiegły po schodach.

Była to dziewczynka, chyba rok lub dwa młodsza od Brendona.

Zatrzymała się u dołu schodów, nieśmiała i nieufna.

I tym razem nie mogło być żadnych wątpliwości, że to dziecko z rodziny Lyrika. Długie czarne włosy miała związane w kucyk, oczy były jednak innego koloru niż u pozostałej dwójki. Przywodziły na myśl czarną kawę, do której ktoś dodał kilka kropli karmelu.

– To moja siostrzenica Penny – powiedział Lyrik z łagodnym uśmiechem. – Przyjechała do nas na wakacje. Penny, to Leif, perkusista, o którym ci opowiadałem. Leif będzie z nami grał, a w tym czasie wujek Zee będzie mógł spędzić czas z Liamem.

Siostrzenica.

Pomachałem do dziewczynki.

Odmachała mi, ale bardzo nieufnie.

Jak gdyby przejrzała mnie już na wylot i opatrzyła jednoznaczną etykietą.

Zły facet.

Cóż, nie mogłem jej winić.

– Bardzo mi miło, Penny.

O rany.

Ależ to niezręcznie zabrzmiało.

Ciekawe, dlaczego Lyrik nie zaprowadził mnie od razu do domku dla gości? Oszczędziłby mi wówczas całego tego cyrku. Przedstawianie mnie dzieciakom mijało się z celem, skoro i tak nie zamierzałem spędzać z nimi czasu.

Dziewczynka skinęła głową. Zastanawiała się chyba nad odpowiedzią, jednak w tej samej chwili doleciał z góry czyjś głos:

– Penny, widziałaś może miśka Greysona? Nigdzie nie mogę go znaleźć. Zbliża się czas drzemki, a on nie zaśnie bez swojej ulubionej przytulanki. Jeśli zapomniałam go spakować i został w Los Angeles, mamy przechlapane. Cała nadzieja w babci, że go znajdzie i nam podeśle.

Ten głos był niczym fala uderzeniowa. Miałem wrażenie, jakby zwaliło się na mnie milion różnych doznań równocześnie.

Poczułem, jak nagle przepełnia mnie jakaś dziwna energia.

Czegoś podobnego doświadczyłem w weekend na strychu.

Tym razem jednak bardziej przypominało to gigantyczną falę zapowiadającą przypływ.

Na schodach rozległy się kroki. Wydawało mi się, że ich wibracje niosą się po deskach podłogowych. Miałem wrażenie, jakbym odczuwał ich drgania w nogach. Przenikały mnie do głębi.

Moje uszy wychwyciły głos, o którym jeszcze przed chwilą sądziłem, że należał do domeny marzeń i snów.

Widok jej twarzy sprawił, że nogi się pode mną ugięły.

Wszystkie te wrażenia wystarczyły, by moje serce niemal wstrzymało bieg.

Z wolna docierało do mnie, że miałem jakiegoś absolutnie potwornego pecha.

To była kobieta-anioł z poddasza.

Dziewczyna zbiegała po schodach, z maleńkim chłopcem na rękach. Nie miała bladego pojęcia, że demon, którego spotkała na strychu, wyśledził ją nawet tutaj, w Savannah.

A mimo to miałem graniczące z pewnością przeświadczenie, że to ja byłem w opałach, a nie ona.

Ta dziewczyna stanowiła zagrożenie dla mojej równowagi psychicznej. Dla mojego kontaktu z rzeczywistością.

Nikt inny nie oddziaływał na moją psychikę w taki sposób jak ona.

Wyczyniała ze mną coś, na co nie było we mnie zgody.

Kiedy się zorientowała, że w domu jest gość, przystanęła w pół kroku, przytrzymując się jedną ręką balustrady schodów.

A może wyczuła moją obecność, zanim mnie zobaczyła, tak samo jak ja wyczułem, że zbliża się ona. Może porwała ją nieokiełznana fala niosąca wyłącznie zniszczenie. Może nadal łączyła nas ta dziwna więź, którą najchętniej zerwałbym już przy pierwszym spotkaniu.

Migotliwa, drżąca.

Trzaskająca w powietrzu niczym wyładowania elektryczne.

W następnej sekundzie dziewczyna zrozumiała, kim jest mężczyzna, na którego patrzy.

Zapadła cisza. Jej pełne usta się rozchyliły, gdy szeroko otwartymi ze zdumienia oczami wpatrywała się we mnie.

W tej chwili poczułem nagły przypływ żądzy.

Była niczym młot pneumatyczny, który zaatakował wszystkie moje zmysły.

Dziewczyna, przytrzymując się balustrady, świdrowała mnie wzrokiem, jakby nie mogła się zdecydować, czy jestem wytworem jej wyobraźni.

Ach, o ile wszystko byłoby wtedy prostsze.

W tej chwili najchętniej sam nakopałbym sobie do tyłka.

Gniew, który odczuwałem, był w stu procentach wymierzony we mnie samego.

No jasne, ta laska jest siostrą Lyrika. Jakim trzeba być debilem, żeby tego nie skojarzyć? Przecież kobieta, która pojawiła się wtedy na strychu zupełnie jak duch, dziwiła się, co ja tam robię, podczas gdy ona sama zachowywała się, jakby miała prawo tam przebywać, kiedy tylko zechce. Jak gdyby to był jej azyl, a ja naruszyłem go swoim wtargnięciem. Jak mogłem się nie domyślić?

Kurwa mać, możliwe, że Lyrik i ta panna są nie tylko rodzeństwem, lecz wręcz bliźniętami.

Chyba wcześniej uznałem, że spotkanie na strychu było wytworem mojej wyobraźni. Zbyt piękne, żeby wydarzyło się naprawdę. Zbyt idealne, aby było prawdziwe.

Ta kobieta budziła do życia tę część mnie, która wydawała mi się już od dawna martwa. Uczucia, których sobie zabraniałem.

A teraz stała przede mną oniemiała, dzieliło nas zaledwie parę metrów.

Ubrana była w niesamowicie obcisłe dżinsy i cieniutki luźny sweterek, zsunięty z jednego szczupłego ramienia.

To cudowne ciało, którego skosztować miałem tak wielką ochotę.

Jej włosy czarnymi falami opadały na ramiona.

Kusy sweterek odsłaniał kawałek brzucha.

Do ust napłynęła mi ślina, pragnąłem posiąść tę kobietę.

Wiedziałem jednak, że pod żadnym pozorem nie mogę wprowadzić tych fantazji w życie. Nigdy nie dotknę tej panny. Nawet gdybym tłumaczył sobie, że w osobie właśnie tej dziewczyny życie daje mi drugą szansę na szczęście, poczucie winy, które we mnie wzbudzała, i tak nie dałoby mi spokoju.

Teraz już miałem stuprocentową pewność, że popełniłem błąd, przyjeżdżając tutaj.

No ale stało się.

Sam się o to prosiłem. Jak skończony debil.

Przełknęła z trudem ślinę, była zupełnie skołowana. Jej policzki oblały się rumieńcem. Rozglądała się bezradnie po pokoju, jakby za wszelką cenę chciała uniknąć patrzenia na mnie. W końcu na jej twarzy zjawił się wymuszony uśmiech.

– Ojej… Przepraszam, nie wiedziałam, że już masz gościa, Lyriku.

Zerknęła na mnie. Jej spojrzenie było niemal równie nieufne jak to, którym chwilę wcześniej przywitała mnie jej córka.

Przetarłem twarz dłonią, jakbym liczył, że w ten sposób wyrwę się wreszcie z dziwnego odrętwienia.

A zatem Penny była jej córką.

Gotów byłem uznać, że gospodarz jest jej bratem bliźniakiem. Za to dziewczynka była wykapaną mamusią. A chłopiec, którego trzymała na rękach? Stanowił połączenie cech mamy i córki – miał karmelowe oczy, nieco jaśniejsze włosy, za to nos identyczny jak one.

Inne książki tego autora