Pocałunek gwiazdy

Tekst
Z serii: Falling Stars #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pocałunek gwiazdy
Pocałunek gwiazdy (t.1)
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 80,80  64,64 
Pocałunek gwiazdy (t.1)
Pocałunek gwiazdy (t.1)
Audiobook
Czyta Agnieszka Postrzygacz, Andrzej Hausner
44,90  32,33 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2
Mia

Lyrik miał rację.

Nie wszyscy jego goście byli ludźmi godnymi zaufania.

Mój puls zupełnie zwariował.

Miałam wrażenie, jakby wściekłe uderzenia serca rozrywały mi pierś od środka.

Moja panika narastała. Gardło miałam ściśnięte, obraz przed oczami falował.

Próbowałam wyrwać się z uścisku mężczyzny, który roztaczał wokół siebie aurę nikczemności. Nieznajomy czekał, aż wyjdę z toalety. Zanim zorientowałam się, co się dzieje, przyparł mnie do ściany u podnóża krętych schodów.

Owionął mnie jego odór. Smród potu zrodzonego z zepsucia.

Jego oddech cuchnął alkoholem, seksem, deprawacją.

Mężczyzna nadal na mnie napierał, jakby rozzuchwalony faktem, że zdołał się niepostrzeżenie wślizgnąć na tę imprezę.

– Powtarzam, zostaw mnie w spokoju! – wydyszałam, zgrzytając groźnie zębami w nadziei, że pod maską gniewu ukryję grozę, która rozlała się po całym moim ciele.

Nie mogłam dopuścić, żeby ten dupek wyczuł mój strach.

Był niczym bestia, która wpadła na trop ofiary.

– No chodź, nie bądź taka – mruknął niewyraźnie, przyciskając swój nos do mojego gardła. – Po prostu chciałem się z tobą przywitać. Przedstawić się. Jesteś taka śliczna, a mimo to sama.

– Wcale nie jestem sama. – Skrzywiłam się. – Puszczaj.

Mężczyzna syknął niecierpliwie, jakby uznał, że moja odpowiedź jest absurdalna.

– Powinienem był się domyślić, że Lyrik West zaprosi na imprezę tylko największe ślicznotki. Ten facet zawsze cenił wyłącznie rozrywkę na najwyższym poziomie.

Gdyby nie to, że zbierało mi się na wymioty, parsknęłabym śmiechem.

Ten dupek nie miał pojęcia, że mój brat z wielką ochotą skręciłby mu kark. A potem wypruł mu bebechy i spławił rzeką.

Teraz jednak Liryka nie było w pobliżu. Nie mogłam też liczyć na pomoc żadnego ochroniarza.

U podnóża tych krętych schodów, w półmroku, byliśmy niewidzialni. A dźwięki naszej rozmowy zagłuszała muzyka dobiegająca z góry.

Słychać było głosy i śmiech ludzi bawiących się w głównym pomieszczeniu.

Wydawało mi się, że wszystkie te odgłosy niosą w sobie jakieś straszne drwiny i szyderstwa.

Wróciło wspomnienie ostrzeżenia, które dał mi Lyrik. Poczułam paraliżujący strach, podczas gdy nieznajomy napierał na mnie swoim ciężkim, spoconym cielskiem.

Miałam wrażenie, że otacza go coś w rodzaju mrocznej, gęstej mgły.

Brakowało mi tchu, mdliło mnie. A wszystko to wina dupka, z którym przypadkowe spotkanie dwie godziny wcześniej niemal przypłaciłam atakiem paniki.

Wielka szkoda, że nie zaufałam intuicji.

– Tak szybko bije ci serce. Czyżbyś była czymś podekscytowana, kochanie?

Kochanie?

Ten gość naprawdę miał coś nie w porządku z głową. Zaburzony, obłąkany, obrzydliwy. Nagle opanowała mnie niepowstrzymana chęć, żeby splunąć mu w twarz.

Plunęłam.

Gość zaklął i chwycił mnie za szczękę.

Mocno.

– Ty suko – wysyczał przez zaciśnięte zęby z wyraźnym brytyjskim akcentem. – Dam ci nauczkę, następnym razem już nie będziesz mi się stawiać.

Nagle wydało mi się, że ten facet próbuje coś udawać; że kieruje nim desperacja. Ciekawe, czy jego desperacja była choć w połowie tak wielka jak moja.

Zadziałałam instynktownie. Panika połączyła się z wolą przetrwania.

Włączyły się najbardziej pierwotne mechanizmy obronne.

Reakcja walki lub ucieczki.

Rzuciłam się do przodu. Tego się nie spodziewał.

Nasze czoła się spotkały.

Z impetem.

Na sekundę całą moją czaszkę przeszyła błyskawica rozpalonego do białości bólu. Ale ja przynajmniej byłam przygotowana, że będzie bolało. Dzięki temu zdołałam utrzymać się na nogach. On natomiast stracił równowagę i zatoczył się do tyłu.

Był ogłuszony.

Nie zamierzałam czekać, aż dojdzie do siebie.

Chwyciłam go za barki i z całej siły poczęstowałam kopniakiem z kolana. Kiedy kolano zetknęło się z jego kroczem, dał się słyszeć obrzydliwy chrzęst, który rozszedł się wibracjami po mojej nodze.

W tej samej chwili poczułam, jak rozcięcie w mojej kiecce się rozrywa.

Z ust faceta dobyło się zwierzęce zawodzenie, które stopiło się z otaczającym nas chaosem. Głośny śmiech, łomot perkusji i rytm muzyki sprawiły, że przez chwilę miałam wrażenie, jakbym znalazła się w gabinecie grozy.

Gdziekolwiek spojrzę, wszędzie te dziwaczne lustra na ścianach. Zniekształcające rzeczywistość. Byłam roztrzęsiona, psychicznie i duchowo.

Stężenie adrenaliny we krwi powoli zaczynało opadać. Nie myślałam jasno, byłam wykończona.

Umysł zalały mi obrazy.

Znów znajdowałam się w innym czasie, innym miejscu.

Wracały do mnie strzępki koszmaru, który stał się moim udziałem. I który miał nawiedzać mnie już zawsze.

Atmosfera grozy, przerażenia.

Klęcząca Lena.

Metaliczny błysk.

Ogłuszający dźwięk dzwonka.

Krew.

Krew.

Tyle krwi.

To wspomnienie dławiło jak kamień. Mężczyzna w mojej galerii. Zagonił nas obie do kąta. Patrzyłam, jak pociąga za spust. I nie mogłam w żaden sposób zaradzić temu, co się działo.

Drań, którego potraktowałam teraz z kolana, skulił się na podłodze. Bezskutecznie próbował zaczerpnąć tchu.

I wtedy włączyła się reakcja ucieczki.

Rozpaczliwa potrzeba, by wziąć nogi za pas.

Ukryć się.

Jak najszybciej wydostać się z tej sytuacji.

Pobiegłam schodami na górę, drżącymi dłońmi przytrzymując poły rozdartej sukni. Biegnąc, musiałam zadzierać ją wyżej, żeby stopy nie zaplątały mi się w długi biały materiał. Wspiąwszy się na szczyt schodów, natychmiast skręciłam w prawo i pobiegłam dalej korytarzem. Moje obcasy stukały donośnie na drewnianej podłodze.

Wyminęłam pokój, w którym mieszkałam przez ostatnie trzy tygodnie, i skierowałam się do końca korytarza, skąd schodami można było się dostać na poddasze.

Miejsce, do którego biegłam, przyzywało mnie niczym latarnia morska zagubiony na oceanie statek. Jak gdyby widniał na nim wielki napis czerwonymi świecącymi literami: „azyl”.

Czepiając się dłonią balustrady, wspięłam się na drugie piętro. Po prawej stronie dojrzałam zamknięte podwójne drzwi i dopiero ten widok wydarł z moich ust westchnienie ulgi.

Wpadłam przez nie z impetem. Zatrzasnęłam je za sobą i odwróciłam się, żeby przekręcić klucz.

Dłonie mi się trzęsły.

Byłam w szoku.

Całe moje ciało się buntowało.

Po chwili usłyszałam zgrzyt metalu – znak, że zamek zaskoczył. Ten dźwięk był niczym huk wystrzału w ciemnym pustym pokoju, w którym się znalazłam. Z głową przytuloną do ozdobnego drewna drzwi próbowałam uspokoić oddech.

Nigdy nie uważałam, że jestem słaba.

A teraz proszę – wystarczyło, że jakiś gnojek zaczął mnie obmacywać, i zupełnie się posypałam.

Wiedziałam, co powinnam teraz zrobić. Powinnam zejść na dół i poszukać brata. A on już by zadbał o to, żeby ten dupek zapłacił za to, co zrobił.

Zamiast tego jak postąpiłam?

Poszukałam kryjówki.

Tylko na tym mi teraz zależało – przeczekać w ukryciu za tymi masywnymi drzwiami.

Na poddasze z dołu docierała przytłumiona muzyka. Wyczuwałam, jak wibruje od niej podłoga pod moimi stopami.

Odległe, niewyraźne głosy.

Fakt, że wszystkie te dźwięki dobiegały z dołu, dawał złudne poczucie, że wzniosłam się już ponad to, co się stało.

Nie mogłam dopuścić, żeby mojego brata aresztowano za morderstwo.

Postanowiłam, że o tym, co się przed chwilą wydarzyło, opowiem mu dopiero jutro. Należało zaczekać, aż minie trochę czasu. Może w ten sposób uchronię go przed pochopnymi, niemądrymi reakcjami.

Tak, przeczekam tę noc.

Kiedy mój oddech zaczął powoli wracać do normy, odepchnęłam się od drzwi i rozejrzałam się po skąpanym w mroku pokoju.

Pierwotnie znajdowała się tu biblioteka, Liryk przekształcił ją jednak w warsztat artystyczny.

Teraz, kiedy znalazłam się w opałach, to właśnie tutaj zaprowadził mnie mój duch. Tak jakby wsłuchał się w melodię tego pokoju, mimo że sam nie wiedział już, jak zanucić własną.

Miałam wrażenie, jakby wydarzenia tamtej straszliwej nocy trzy tygodnie temu uśmierciły całe piękno, które kiedyś we mnie zamieszkiwało.

Nie miałam pojęcia, czy kiedykolwiek je odzyskam.

Omiotłam spojrzeniem pełne zakamarków pomieszczenie.

Przez wielkie okrągłe okno, w które wprawiono witraż z barwionego na czarno i biało szkła, sączył się srebrzysty blask księżyca. Okno umieszczone było we frontowej ścianie willi. Witrażowe szkło załamywało obraz, zalewając eleganckie meble i gobeliny na ścianach osobliwymi cieniami.

Na podłodze leżały grube, ręcznie tkane dywany.

Pod ścianami stały regały z książkami, sięgające aż pod wysoki sufit, kojarzący się ze sklepieniem katedry.

Moje spojrzenie powędrowało ku odległemu narożnikowi pomieszczenia.

Na rozstawionych tam sztalugach wisiały płótna z niedokończonymi malunkami. Przypominały zdradzone do połowy sekrety.

Niewyraźne twarze na płótnach skrywały się za woalem tajemnicy.

Oddychając płytko, ruszyłam w głąb pokoju. Zatrzymałam się przy sztalugach i musnęłam koniuszkami palców jedno z płócien.

Namalowana na nim twarz mężczyzny była zniekształcona.

Miał udręczone spojrzenie człowieka, który patrzy w pustkę.

Spojrzałam na kolejne płótno. Ukazana na nim mała dziewczynka kucała na brzegu wartkiego strumienia. Wpatrywała się w swoje odbicie w błyszczącej wodzie. Jej twarz wykrzywiał grymas.

 

Poczułam, jak wzbiera we mnie fala smutku. Po chwili zalała mnie niczym tsunami zdruzgotanych marzeń.

Nadziei, które zaprzepaścił jeden niemądry, nieprzemyślany czyn.

Powiodłam palcami po obrazie. Tak bardzo pragnęłam, żeby z płótna przeniknął do mojej duszy, tchnął we mnie z powrotem życie.

Wydało mi się, jakbym wyczuła w płótnie delikatną wibrację.

Energię.

Miałam wrażenie, jakby nagle wróciła głębia, z której mnie okradziono. Po pokoju przeszedł ledwie dosłyszalny szept.

Kiedy nagle zrozumiałam, przeszły mnie ciarki. Wszystkie włoski pokrywające mi ramiona i kark zjeżyły się.

Zastygłam w bezruchu. Groza chwyciła mnie za gardło. Uświadomiłam sobie, że nie jestem tu sama.

Odwróciłam się bardzo powoli.

Przerażenie walczyło we mnie z ciekawością.

Przymrużyłam oczy i wbiłam wzrok w przeciwny koniec pokoju, skąd, jak mi się zdawało, emanowała jakaś energia.

Czułam, jak z każdą sekundą przybiera na sile.

A kiedy wreszcie w ciemności wyłowiłam mroczną sylwetkę siedzącą w wielkim fotelu, serce mi struchlało.

Na widok tego człowieka chciałam krzyczeć, ale żaden dźwięk nie dobył się ze ściśniętego przerażeniem gardła.

Żołądek miałam zaplątany na tysiąc supłów.

Powinnam rzucić się do ucieczki. To było dla mnie jasne jak słońce. Należało jak najszybciej dać stąd nogę i udawać, że w ogóle nie zauważyłam mężczyzny przyczajonego w głębi pokoju.

Ja jednak byłam jak sparaliżowana.

Od energii, którą bombardował mnie milczący mężczyzna, nogi miałam jak z waty.

Mężczyzna dalej siedział bez ruchu. W ciemności nie dostrzegałam jego oczu, wyczuwałam jednak, że bacznie mi się przygląda.

– O Boże, ale się przez pana najadłam strachu – powiedziałam w końcu, siląc się na beztroski ton.

Zerknęłam szybko ku drzwiom. Nie miałam pewności, czy powinnam już rzucić się do ucieczki, czy jeszcze nie.

Ale w głębi duszy wiedziałam, że nie ma na co czekać.

Zamiast tego tkwiłam bez ruchu, jakbym nagle zapomniała, co w ogóle znaczy „uciekać”.

– Co… co… co ty tu robisz? – spytałam, zacinając się.

Pozbawiona twarzy sylwetka była barczysta. Mężczyzna siedział w swobodnej pozie, z nogami wyciągniętymi przed siebie.

Jak gdyby nie miał pojęcia, że samą swoją obecnością lekko zaburzał bieg planety.

Ten facet wytwarzał własne pole grawitacyjne.

Ledwie dostrzegalnie poruszył się w fotelu. W ręce wspartej na podłokietniku trzymał szklankę ze rżniętego szkła. Błysnęła, kiedy zaczął zataczać nią niespieszne kręgi.

– Wydaje mi się, że to samo co ty – odparł lekko zachrypniętym, ostrym jak brzytwa głosem.

Jego słowa wzięły mnie z zaskoczenia. Zaintrygowana zupełnie zaniemówiłam.

Zawsze miałam się za osobę stosunkowo inteligentną. Liceum ukończyłam z wyróżnieniem. Mimo że z pewnych względów trudno mi było ukończyć studia, oceny miałam na tyle dobre, że przyznano mi stypendium. Poradziłam sobie na studiach, i to świetnie.

Potem założyłam własną firmę.

A mimo to teraz zupełnie oniemiałam.

Byłam jak ogłuszona.

Poczułam narastającą ciekawość.

– To znaczy? – chciałam wiedzieć, mimo że powinnam rzucić się do drzwi, za którymi najwyraźniej zniknął już mój zdrowy rozsądek.

– Ukrywam się – wyjaśnił beznamiętnym tonem.

Usiadł prosto. Powietrze się poruszyło. Wzięłam głęboki oddech, żeby opanować narastające zdenerwowanie.

O co tu, do cholery, chodzi?

– Chociaż podejrzewam, że kierują nami różne powody – dodał.

Poczułam, jak mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów.

Ocenia.

Dokonuje jakichś szacunków.

– Nic o mnie nie wiesz. – Zabrzmiało to, jakbym próbowała się bronić. Powiedziałam to zupełnie mechanicznie. Po co w ogóle zaszczycam tego gościa rozmową?

Przez cały czas czułam to dziwne narastające napięcie. Z każdą chwilą stawało się coraz bardziej realne.

Dojmujące.

Naglące.

Mężczyzna niespiesznie wstał z fotela. Dopiero teraz zrozumiałam, jak bardzo jest wysoki.

O Boże. Po plecach przeszły mi ciarki. Nogi się pode mną ugięły, kiedy na niego patrzyłam.

– Racja. Ale całkiem łatwo cię przejrzeć – stwierdził bez ogródek.

– I niby czego się dowiedziałeś na mój temat? – spytałam wyzywająco.

Boże, powinnam trzymać buzię na kłódkę i wiać stąd. Intuicja podpowiadała mi, że to nie jest miejsce dla mnie.

Czułam się tak, jakby nogi same prowadziły mnie do miejsca, w którym wcale nie chciałam się znaleźć.

Lyrik miał rację.

Nie wszyscy jego goście byli ludźmi godnymi zaufania. Nie wszyscy byli dobrzy.

A ten facet, który teraz na mnie patrzył, był groźny.

Oznaczał kłopoty.

Zarazem wiedziałam, że niebezpieczeństwo, które uosabiał, było zupełnie innego rodzaju niż zagrożenie, z jakim musiałam sobie radzić, kiedy zaatakował mnie ten dupek na dole.

Teraz, stojąc naprzeciw nieznajomego, czułam na sobie jego moc. Wydawało mi się, jakby jakaś niewidzialna siła przyciągała mnie do ciemności, której on był jądrem.

Miałam poczucie, że jeśli zbliżę się do niego, pochłonie mnie.

– Wiem, że się boisz – stwierdził arogancko.

Przełknęłam nerwowo ślinę.

Może oceniając tamtego gościa pod toaletą, popełniłam błąd. Może to ten mężczyzna był jak potwór, który wpadł na trop ofiary. Może wyczuwał, że mnie pociąga. Nigdy w życiu nie spotkałam nikogo, kto emanowałby taką mocą. W jej obliczu czułam się zupełnie bezradna.

Była niczym mroczna przynęta.

Cofnęłam się o krok, udając sama przed sobą, że ucieczka nadal jest możliwa.

Mężczyzna postąpił krok do przodu.

Znalazł się w miejscu, na które padało światło zza okna.

Otworzyłam szeroko usta z wrażenia.

Nie potrafiłam stwierdzić, czy jest przerażający, czy raczej piękny.

Przerażająco piękny.

Tak, właśnie.

Wysoki i szczupły. A mimo to niepodobny do mojego brata.

Barczysty. Z wyraźnie zarysowanymi mięśniami silnych ramion. Typ faceta, który wybierając się na ekskluzywną imprezę w willi na Wzgórzach Hollywood, wkłada zwyczajny T-shirt, wytarte dżinsy i tenisówki.

Patrzył na mnie, zaciskając zęby z taką siłą, że obawiałam się, iż lada chwila pękną i się pogruchoczą.

Miał prosty nos i ciemne brwi. Jego pełne usta były teraz zamknięte.

Jedynie oczy zdradzały, że mężczyźnie temu nie jest całkowicie obca delikatność. Miały kolor ciemnomiodowy, bliżej krawędzi tęczówki jednak ciemniały, przechodząc w czerń. Były to oczy człowieka, który być może naoglądał się zbyt wielu okropności w życiu. Smutek i nienawiść, które się w nim zrodziły, zabarwiły tęczówki.

Gapiłam się na niego bez słowa, zupełnie skołowana, próbując nakłonić do współpracy nogi, które nadal odmawiały mi posłuszeństwa. Znajdowałam się sam na sam z nieznajomym w zamkniętym ciemnym pokoju, ale z jakiegoś powodu nie docierała do mnie powaga sytuacji.

Nie potrafiłam się poruszyć.

Miałam wrażenie, jakbym grzęzła coraz głębiej w ruchomych piaskach.

On tymczasem nadal mierzył mnie wzrokiem.

Jawnie.

Bezczelnie.

Kiedy jego spojrzenie ześlizgnęło się na rozdarcie w mojej kiecce, z jego gardła dobył się groźny pomruk. Dopiero teraz dotarło do mnie, że spod rozerwanego materiału wyglądają moje nagie uda. Szybko zebrałam poły w garść.

Widziałam, jak jego potężne dłonie zaciskają się w pięści.

– Co się stało? – spytał takim tonem, że zabrzmiało to jak groźba.

– Nic… wszystko gra – wypaliłam bez zastanowienia.

W tym momencie niespodziewanie ruszył do przodu. Zdążyłam tylko bezgłośnie jęknąć.

Ujął mnie pod brodę.

Delikatnie uniósł mi twarz do światła. Przez chwilę jego kciuk błądził po moim policzku. Wreszcie zatrzymał się na czole, które zdążyłam zmarszczyć.

Wzdrygnęłam się. Nie miałam pojęcia, co to wszystko znaczy.

– Kłamiesz – mruknął.

– Naprawdę nic mi nie jest.

– Ja widzę coś zupełnie innego.

Spojrzenie tych jego ciepłych miodowych oczu powędrowało ku dłoni, którą zacisnęłam na porwanym materiale sukni. Widziałam, jak drży skóra opinająca jego kwadratową szczękę. Stał teraz tak blisko mnie, że zasłonił sobą cały świat.

Kiedy się odezwał, poczułam jego oddech na policzku.

– Posłuchaj, ślicznotko. Zapewne nie ja jeden na tym przyjęciu z wielką przyjemnością zerwałbym z ciebie tę kieckę, ale coś mi się wydaje, że ten, który ją podarł, nie miał twojego pozwolenia.

Świat wokół mnie zadrżał.

Ten mężczyzna był zbyt śmiały.

Nie miał żadnych zahamowań.

Był zbyt pewny siebie.

Pociągał mnie z jakąś obłędną siłą, rzucił na mnie urok, który oblepił mnie niczym jakiś występny sen. A teraz dowiedziałam się, że ja też nie byłam mu obojętna.

Powinnam natychmiast uciec. Igranie z tak potężnym uczuciem mogło się źle skończyć.

Ale prawda była taka, że łaknęłam tej emocji.

Chciałam, by mnie wypełniła.

Pragnęłam poczuć się żywa i kompletna.

Rozpalić tę iskierkę, która nagle we mnie rozbłysła. Iskrę, o której sądziłam, że zgasła już na zawsze.

Oczami duszy ujrzałam, jak to robi – popycha mnie na ścianę, jego dłonie odnajdują moje ciało pod podartą suknią, zadzierają materiał nad biodra.

Wyobraziłam sobie metaliczny dźwięk rozpinanego paska, gdy zrzucał spodnie.

Wyobraziłam sobie, jak mnie posuwa.

Pieści, całuje i bierze w posiadanie, aż nie czuję nic poza nim. Aż przegania dręczący mnie ból.

Czy ja jestem normalna? Co ja wyrabiam?

Przecież ewidentnie sama się o to prosiłam.

Cóż, niezbyt roztropne z mojej strony.

Pewnie to wina zespołu stresu pourazowego.

Było mi przeraźliwie źle i instynktownie szukałam sposobu, żeby poprawić sobie nastrój. Ale w głębi duszy wiedziałam przecież, że te szorstkie męskie dłonie tak naprawdę w niczym mi nie pomogą. Wystarczyłaby ich przelotna pieszczota, żeby została po nich blizna.

Wiedziałam, że tylko bym sobie zaszkodziła.

– Dałam sobie z nim radę sama.

Nieznajomy zaśmiał się z niedowierzaniem.

– Chowając się przerażona na poddaszu? Zamykając za sobą drzwi na klucz? Ukrywając się? Naprawdę uważasz, że tak zachowuje się kobieta, która poradziła sobie z jakimś problemem? Bo ja znam wiele skuteczniejszych sposobów.

Atmosfera w pokoju stężała. Ten facet emanował przemocą.

Poczułam, jak wzbiera we mnie jakieś intensywne uczucie – potrzeba, by ktoś się mną zaopiekował.

W głowie miałam mętlik.

Coś kusiło mnie, abym zaufała temu pragnieniu.

Zatopiła się w nim.

Może po to, żeby przekonać się, czy jest na tyle potężne, abym zapomniała o tym, co złe.

Słowo honoru, przy tym facecie czułam się jak naćpana.

Oczarowana.

– A nie wspomniałeś przypadkiem, że robisz tutaj to samo co ja? – szepnęłam wyzywająco.

Nasze usta niemal się stykały. Chłonęłam spojrzeniem wszystkie detale jego przystojnej twarzy.

Szukałam czegoś.

Zapowiedzi kłopotów, w jakie miałam się wpakować.

Bo ten mężczyzna to właśnie zwiastował – poważne kłopoty.

Udało mi się odsunąć od niego, lecz kosztowało mnie to mnóstwo energii. Gdybym zwlekała dłużej, ryzykowałabym, że zrobię coś, czego będę potem gorzko żałować.

To go chyba otrzeźwiło, bo też zrobił krok w tył. Wyraźnie sfrustrowany przeczesał dłonią swoje niesforne kasztanowe loki. Dłuższe włosy na czubku głowy mogły w przyszłości jako pierwsze lekko się przerzedzić, boki wokół uszu były lekko przystrzyżone.

– Nie przepadam za imprezami. Zwłaszcza takimi jak ta tutaj.

Wbrew sobie mierzyłam go wzrokiem od stóp do głów, chłonąc wszystkie wspaniałe szczegóły. Mięśnie drgające pod podwiniętymi rękawami koszuli zdawały się obdarzone własnym życiem.

Jak gdyby demony trawiące duszę nieznajomego pełzały tuż pod jego skórą.

Wszystkie jego grzechy widoczne w poruszeniach lśniących, wspaniale rozwiniętych mięśni.

Wszystko w wyglądzie tego gościa krzyczało: brutal.

To nie był facet, który dbałby o zachowanie pozorów. Miał w dupie, co pomyśli o nim świat.

 

Reprezentował dokładnie ten typ mężczyzny, co do którego przed laty postanowiłam, że nigdy więcej.

Ze sporym wysiłkiem przestałam gapić się na jego muskulaturę i uniosłam wzrok, żeby spojrzeć mu w twarz. Liczyłam, że jej widok nieco mnie otrzeźwi.

Myliłam się. Wystarczyło, że musnęłam spojrzeniem jego zmysłowe usta, a po chwili oczy, bym poczuła, jak niewysłowione pragnienie oplata mi podbrzusze.

– To po co w ogóle przyszedłeś?

Kiedy się roześmiał, przechylając głowę lekko na bok, jego głos zabrzmiał nisko, uwodzicielsko.

– Sam się nad tym zastanawiam.

– I znalazłeś już odpowiedź? – spytałam szeptem.

Na jego seksownych ustach zjawił się cień uśmiechu.

– Chyba zaczynam się domyślać, jak może brzmieć – odparł. Po tych słowach wyciągnął rękę i zaczął się bawić lokiem moich czarnych włosów, przez cały czas nie odrywając wzroku od mojej twarzy. Miałam wrażenie, jakby świat wokół nas zawirował. – A jak było z tobą, ślicznotko? Nie wyglądasz mi na dziewczynę, która ubłagała kogoś, żeby ją tu zabrał. Nie pasujesz do takiego miejsca jak to.

– Czyli jakiego? – spytałam, przyjmując odruchowo postawę obronną.

Nieznajomy zaśmiał się pogardliwie.

– Tylko mi nie mów, że nie wyczuwasz, co się tutaj dzieje. Tam, pod nami, królują chciwość i obżarstwo. Każdy dupek, który tu dziś przyszedł, puszy się jak paw, obnosząc się z tym, co posiada. I każdy marzy tylko o tym, by nachapać się jeszcze więcej. Wznieść się ponad innych. Ci ludzie mają głęboko w dupie, kogo zdepczą po drodze. Kasa i sława mieszają im w głowach. A może oni zawsze byli popieprzeni, i dzięki temu osiągnęli tak wiele.

– I co, twoim zdaniem ty czy ja jesteśmy od nich lepsi? – spytałam z niedowierzaniem.

A może w moim głosie pobrzmiewało rozczarowanie, bo nie lubiłam, gdy kategoryzowało się ludzi w tak niesprawiedliwy sposób.

– Tego nie powiedziałem – mruknął.

Przed moimi oczami przesunęły się twarze członków mojej rodziny. Chłopaków z kapeli, ich żon i dzieciaków. Wszystkich tych niesamowitych osób, z którymi związałam się tak blisko, że stali się na zawsze częścią mnie.

Rodziną.

– Nie każdy chce wykorzystać drugiego. Nie każdy jest zły.

– Możliwe – odparł, a jego brązowe oczy zabłysły w mętnym, migotliwym świetle zza okien. – Ale coś mi się zdaje, że ty ciągle napotykasz na swojej drodze samych najgorszych typów.

To było ostrzeżenie. Jasne i wyraźne. Ten mężczyzna sam siebie zaliczał do grupy, o której wspomniał.

Złych, nikczemnych ludzi.

Takich, którzy zostawiają za sobą pożogę.

Jednak ciepło, które dostrzegłam na dnie jego oczu, nie pozwalało mi go skreślić.

Cały był jedną wielką sprzecznością.

Biła od niego energia, przyczajona niczym burza zbierająca się na horyzoncie. Mroczna i złowieszcza.

A ja przyłapywałam się na tym, że pragnę zanurzyć się w niej. Tylko w ten sposób mogłam zrozumieć, czym jest.

– Mylisz się. Założę się, że gdybym poprosiła cię, żebyś dopadł tego faceta, który mnie obmacywał na parterze, zrobiłbyś to bez mrugnięcia okiem. Zatłukłbyś go i nawet byś się nie zastanawiał nad konsekwencjami.

– Miałem rację. – Zaśmiał się, wodząc spojrzeniem po mojej twarzy.

– To znaczy? – zdziwiłam się, marszcząc brwi.

Powrócił do bawienia się moim lokiem. Obracał go na palcu, zupełnie jakby nakręcał lalkę.

– Że nie pasujesz do tego miejsca – dokończył. – Przybiegłaś tutaj tak samo zagubiona jak ja. Tyle że w przeciwieństwie do mnie nawet nie wiesz, kiedy pakujesz się w tarapaty. Nie czekasz, aż ktoś zdobędzie twoje zaufanie. Zamiast tego ufasz już na wstępie, a potem żałujesz, gdy ktoś cię zawiedzie. Szukasz dobra tam, gdzie go nie ma. Brzmi znajomo?

Pod wpływem mocy jego słów zakręciło mi się w głowie, pokój zawirował wokół nas.

– O rany, ależ z ciebie dupek.

Facet roześmiał się pogardliwie.

– Mówisz to tak, jakbym nie zdawał sobie sprawy z tego, jaki jestem.

Poczułam się, jakby w trakcie tej krótkiej rozmowy wytknął mi wszystkie moje niedoskonałości. Zarzucił mi słabość, będącą wynikiem mojej ambicji, żeby być dobrą dla innych.

Prawda była jednak taka, że w głębi duszy błagałam go, żeby dał mi powód, abym mogła mu zaufać. Modliłam się, żeby zgorzknienie, które się we mnie zalęgło, nie zatruło całego mojego życia. Zostały mi resztki nadziei i nie chciałam, żeby i one przeciekły mi przez palce.

Przepadły na wieki.

A najstraszniejsze było to, że czułam, jak ta nadzieja we mnie obumiera.

W głowie tłukło mi się pytanie: dlaczego to akurat na niego musiałam się tu natknąć? Dlaczego zawsze pociąga mnie to, co może mnie zranić?

Nieznajomy zbliżył się, tak że musnęliśmy się nosami. Moje nozdrza zaatakowała jego drażniąca męska woń.

Pachniał goździkami i whisky. Ciepło i seksownie.

Zakręciło mi się w głowie.

Pochylając nisko głowę, spytał niskim głosem:

– No to jak będzie? Chcesz, żebym poszukał tego pajaca, który cię źle potraktował? Żebym dał mu nauczkę, którą popamięta? Masz rację, zrobię to bez wahania. Wystarczy tylko jedno twoje słowo. Jestem prawdziwym mistrzem w niszczeniu wszystkiego, co napotykam. Wszystkiego, czego dotknę.

Powiódł palcem w dół mojego policzka.

Po plecach przebiegł mi dreszcz.

– Kwestią otwartą pozostaje, czy będzie to on, czy raczej ty.

Inne książki tego autora