Beniamin Ashwood

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Beniamin Ashwood
Beniamin Ashwood
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 86,08  68,86 
Beniamin Ashwood
Audio
Beniamin Ashwood
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
44,90  33,23 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Cykl Beniamin Ashwood

Mapa

1. Bohater

2. Widoki

3. W drodze

4. Fabrizo

5. Złodziejska filozofia

6. Słone wody

7. Biały Dwór

8. Zrujnowany wieczór

9. Znowu w drodze

10. Przełęcz Snowmar

11. Dolina Sainuk

12. Kirkbana

13. Venmor

14. Miasto

15. Sprzeczne cele

16. Sanktuarium

17. Starcie

18. Ucieczka

Karta redakcyjna

Okładka


Cykl Beniamin Ashwood

1 Beniamin Ashwood

2 Nieustanna ucieczka

3 Terytorium mroku

4 Pusty horyzont

5 Płonąca wieża

6 Ciężar korony



1
Bohater

Problemem, jaki nastręcza życie w społeczeństwie dającym ci wolność, jest to, że daje też ono wolność wszystkim innym.

Niektórzy ludzie nie mogą tego znieść. Nie umieją zaakceptować, że sąsiad podejmuje odmienne decyzje niż oni sami. To jest właśnie problem: pozwolić innym na wolność wyboru. Nie można przecież mówić o wyborach, gdy istnieje tylko jedna opcja. Niezbędnym warunkiem prawdziwego wyboru – prawdziwej wolności – jest to, aby każdy podejmował własne decyzje. I musimy się z tym pogodzić, jeśli chcemy być wolni. Musimy zrozumieć, że nie każda decyzja należy do nas. Nie każda decyzja jest też dobra.

Ludzie nazywają mnie bohaterem. Mówią tak, ponieważ za nich walczyłem. Wierzcie mi, walka to była ta łatwa część.

Trudna część, ta naprawdę ważna, nastąpiła po walce. I to z uwagi na nią chciałbym zostać zapamiętany. Nie dlatego, że walczyłem. Nie dlatego, że zabijałem. I nie dlatego, że przetrwałem. Zapamiętajcie mnie, bo pobłażałem. Zapamiętajcie, ponieważ akceptowałem. Zapamiętajcie, ponieważ zrozumiałem, że nie jestem tu po to, by dokonywać wyborów za was.

Gdybym tego nie uczynił, gdybym stał się po prostu kolejnym dyktatorem zasiadającym na złotym tronie, wszystko to zdałoby się na nic.

Nie uwolniłem was spod jarzma waszych władców. Uwolniłem was od was samych.

Przykro mi, jeśli wam się to nie podoba.

Anonimowe notatki z wykładu

37 P.W. Miasto Uniwersyteckie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


2
Widoki

Ben wpatrywał się w gęstą mgłę. Opar pogrążył las w nienaturalnej ciszy. Słychać było jedynie nerwowe szuranie nogami i pokasływanie ludzi znajdujących się obok Bena. Tworzyli nierówną linię, której końce ginęły w nieprzeniknionej bieli.

Ben wyobrażał sobie, jak mężczyźni stojący na tych krańcach bez trudu znikali, nie zwracając niczyjej uwagi, i szli z powrotem do miasta. Próbował sobie przypomnieć, kto zajmował tamte pozycje, i zdecydować, czy są to ludzie, którzy pozostawiliby swych sąsiadów samych z tym zadaniem. Z pewnością do nich należał Dale Catskin. On nie zostałby tu ani chwili dłużej, niż było to konieczne.

Rozważania przerwał Benowi Serrot, który wyłonił się z oparów niczym upiór. Przyjaciel dał im znak, że droga wolna, mężczyźni przekazali sobie tę informację zduszonymi szeptami, po czym powoli ruszyli naprzód.

Serrot zajął miejsce u boku Bena i mocniej uchwycił swój łuk. Nałożył już strzałę na cięciwę, a u pasa kołysał mu się długi myśliwski nóż. Ben wiedział, że w normalnych okolicznościach Serrot nie napiąłby cięciwy w takiej wilgoci. Ale zwierzyna, na którą polowali, sprawiała, że wszyscy zachowywali się nieco niespokojnie. Jego przyjaciel też chciał być gotów.

– Widziałeś coś? – szepnął doń Ben.

– Nie, doszedłem do strumienia i droga była czysta – odpowiedział Serrot, wzruszając ramionami. – I nie wiem, jak miałem cokolwiek zobaczyć w takiej mgle. Miejmy nadzieję, że kiedy dotrzemy do grani, trochę się przerzedzi. Jeszcze tylko jedno staje.

Serrot był ich zwiadowcą. Polował w tych lasach na drobną zwierzynę oraz jelenie i umiał tropić lepiej niż jakikolwiek mężczyzna w Widokach. Przyjaźnili się z Benem od czasu, gdy Ashwoodowie zamieszkali w miasteczku.

Ben przesunął dłonią po gładkiej powierzchni jesionowej pałki i po raz setny pożałował, że nie poprosił o pożyczenie prawdziwej broni. Dobrze sobie radził w walce kijem. W zeszłym roku zajął drugie miejsce na turnieju z okazji Święta Wiosny, ale teraz wolałby coś konkretniejszego, broń posiadającą ostrze.

– A co, jeśli nie zobaczymy go w tej mgle? – zasyczał Serrot. – Nie chcę, żeby to plugastwo na mnie spadło. Stary Gameson mówił mi, że one umieją latać. Widział, jak jeden śmignął z góry i zdjął człowiekowi łeb. Nie chce mi się wierzyć, że ten liczykrupa z rady nie najął łowcy do tej roboty!

Ben spojrzał na lewo, gdzie jego przybrany ojciec Alistair Pinewood szedł wraz ze swym rodzonym synem Brandonem. Każdy wiedział, kim był liczykrupa z rady miasta.

Lata temu Pinewoodowie adoptowali Bena, gdy zmarł jego prawdziwy ojciec. Alistair przejął skład drewna i tartak należące do Ashwoodów na pokrycie długów. Przejęcie zarazem opieki nad Benem było jedną z tych nielicznych sytuacji, gdy rada postawiła na swoim i zmusiła Alistaira do ustępstwa.

Długi u Alistaira stanowiły w Widokach sytuację wręcz powszechną. Był stanowczo najzamożniejszym mieszkańcem miasteczka, a sporą część majątku zdobył, pożyczając pieniądze sąsiadom. Przydomek „liczykrupa” zyskał sobie, ponieważ nie zawsze zgadzał się z resztą widoczan w kwestii tego, jak powinien dokładać się do wspólnego dobra.

Ben miał wyjątkową perspektywę, jeśli chodzi o życie Pinewoodów. Pieniędzy im nie brakowało, ale bynajmniej nie czyniły ich one szczęśliwszymi. Przyjaciele Ashwooda nie mogli tego zrozumieć. A jednak Ben, spoglądając na Brandona kroczącego przy ojcu, nie zazdrościł relacji, jaka łączyła młodszego Pinewooda ze starszym, ani złota, które ten pierwszy miał kiedyś odziedziczyć. Alistair był człowiekiem zimnym i twardym. Ten krótki czas dany Benowi z rodzonym ojcem był nieskończenie lepszy niż całe życie tego, co miał Brandon.

Ben westchnął i z niejakim wysiłkiem skoncentrował się na słowach Serrota.

– Stary Gameson strasznie dużo widział, jak na kogoś, kto nie oddalił się od Widoków na więcej niż dziesięć staj. Takie małe demony nie umieją latać. Kiedy są takie małe, to nie mają nawet skrzydeł. Zupełnie jakbyśmy polowali na wściekłego psa.

A przynajmniej Ben miał nadzieję, że tak właśnie jest. Nie widział w życiu więcej demonów niż Serrot.

Prawdę powiedziawszy, minęły całe lata od czasu, gdy w Widokach ktokolwiek widział demona. W opowieściach bestie były tak wielkie, że mogły rozerwać wołu na pół. Ale w karczmie Pod Baranim Rogiem Ben rozmawiał z mężczyznami, którzy dawno temu rzeczywiście brali udział w polowaniach na demony, i te łowy nie wydawały się wcale takie straszne. Stwory miały jakieś trzy stopy wzrostu i nie okazały się bardziej niebezpieczne niż rozzłoszczony niedźwiedź. Oczywiście należało zachowywać ostrożność, ale nie był to przeciwnik, z którym mężczyźni z Widoków by sobie nie poradzili. Wzywanie łowcy do takiej zwierzyny wydawało się niepotrzebne. W takiej mgle jednak Ben po raz kolejny pożałował, że nie ma przy sobie broni groźniejszej niż jesionowa pałka.

 

Dzień mijał, a gęsty opar uparcie snuł się wśród drzew. Wiosna nie rozpoczęła się jeszcze na dobre i tak wysoko w górach powietrze wciąż było chłodne. Ben zatarł ramiona i spróbował przebić wzrokiem mętną biel. Nienaturalna cisza budziła niepokój. Ashwood zastanawiał się mimowolnie, gdzie podziały się ptaki i leśna zwierzyna.

Tak się wpatrywał w mgłę, że nie zauważył korzenia, który pochwycił go za stopę i niemal przewrócił. Ben zaklął zażenowany i zerknął na Serrota przemykającego obok wszelkich przeszkód bez najmniejszego wysiłku. Ten pędził do lasu codziennie, gdy tylko otworzył oczy, i poruszał się tu równie cicho i swobodnie jak zwierzęta, na które polował.

Ben miał tylko nadzieję, że przyjaciel wie, co robi, i liczył, że będzie gotowy, w razie gdyby demon pojawił się akurat przed nimi. Zasady polowania na demona takiego rozmiaru były dość proste. Potwory karmiły się żywą krwią i miały nadnaturalną zdolność wyczuwania jej w pobliżu. Mniejszy raczej nie zaatakowałby licznej grupy ludzi sam z siebie, za to gdyby się na nich natknął, nie zdołałby oprzeć się pokusie. Mężczyźni szli więc przez las rozciągnięci w luźnym szyku. Kiedy już zwabią demona, najpierw pozwolą łucznikom zranić go i spowolnić, a pozostali przebiją włóczniami, by dokończyć dzieła za pomocą topora lub miecza.

Wiadomo było, że demon wyczuje siły życiowe ludzi na długo przed tym, zanim ci zdołają go dostrzec, ale też stwory te nie słynęły z ostrożności. Kiedy zacznie szarżować, nie będzie się krył. Zgodnie z tym, co mówiły opowieści, ruszy do ataku z głośnym rykiem. Jeśli myśliwi będą mieli dobrą widoczność i zdolnych łuczników w swych szeregach, młody i niewielki demon nie powinien stanowić dla nich zagrożenia.

Wprawdzie o demonach raczej nie konwersowało się przy stole, ale stanowiły one element życia, a Widoki nie różniły się od innych miasteczek. W karczmie zawsze można było znaleźć mężczyzn chętnych podzielić się opowieścią czy dwiema. Wiedzę na temat demonów i tego, jak z nimi walczyć, przekazywano z taką samą dbałością jak tę dotyczącą pór zasiewów i przepowiadania pogody.

Ponieważ Alistair Pinewood przeważnie ignorował Bena, ten miał aż nadto swobody i spędzał stanowczo zbyt wiele czasu Pod Baranim Rogiem, wysłuchując najróżniejszych historii. Dla wielu bywalców Rogu młody Beniamin stał się czymś w rodzaju karczemnego pupila. Uwielbiali opowiadać mu o demonach, łowcach, trollach, hobgoblinach, wiwernach, magach, długowiecznych i innych istotach, które wydawały się chłopakowi z Widoków nieskończenie baśniowe, sam nie widział bowiem w życiu nic bardziej ekscytującego czy niebezpiecznego niż wypadek z kłodą w czasie Święta Wiosny. Ben był pewien, że najlepsi z gawędziarzy, snujący najżywsze z historii, jak na przykład stary Gameson, nie mieli w tej kwestii więcej doświadczenia niż on sam, ale nie umiał się oprzeć opowieściom o przygodach.

I teraz wreszcie miał szansę przeżyć własną, nawet jeśli w ostateczności okazywała się nieco nudna.

Od miesiąca z okładem kmiecie mieszkający na obrzeżach Widoków uskarżali się na tajemnicze znikanie inwentarza. Plotki obciążały winą to lwy górskie, to zbiegów albo bandytów, to zazdrosnych sąsiadów i oczywiście wszelkiej maści istoty magiczne.

Aż zeszłego wieczoru gospodarz Ell wpadł do miasteczka, krzykiem żądając natychmiastowego zebrania rady. Jeszcze stojąc na rynku, pełną piersią oznajmił, że widział, co takiego porywa żywinę. Dostrzegł niewielki czarny kształt wielkości psa pasterskiego, który wlókł gdzieś jedną ze świń. Gospodarz ruszył przez podwórko i gdy przebył już połowę odległości dzielącej go od złodzieja, zza chmury wyłonił się księżyc w pełni i oświetlił nieduże, skręcone rogi na łbie rabusia i zawiązki skrzydeł na jego grzbiecie. Stwór nie mógł być niczym innym jak tylko młodym demonem.

Rada miasta natychmiast zwołała grupę, która o świcie miała ruszyć śladem bestii. Ben, zamiast spać w nocy, zastanawiał się, jak to będzie zobaczyć na własne oczy jedno z tych baśniowych stworzeń, o których dotychczas tylko słyszał. Nie była to wprawdzie istota tak ekscytująca jak wiwerna ani wydarzenia tak niesamowite jak – dajmy na to – spotkanie z długowiecznym, ale zawsze.

W każdym razie przygoda wydawała się niesamowicie ekscytująca, zanim przyszło im spędzić cały ranek na kręceniu się po zimnym, wilgotnym lesie, gdzie nie zobaczyli niczego poza wirującą mgłą.

Nikt tak do końca nie wiedział, skąd przybywały demony. Zazwyczaj zauważony po raz pierwszy potwór był niewielki, słaby, powolny i niepewny. Jednak w miarę jak karmił się krwią, stawał się większy, silniejszy i szybszy. I – co najgroźniejsze – przybywało mu inteligencji. Demon wielkości człowieka był nieopisanie niebezpieczny, istniały nawet relacje, wedle których dziesiątki wyszkolonych wojowników nie mogło takiego pokonać. W obliczu zagrożenia, jakim był dorosły demon, miasteczko wielkości Widoków najmowało zwykle jednego lub kilku zawodowych łowców. Łowcy, kobiety bądź mężczyźni, żyli z tego, że polowali na demony i inną niebezpieczną zwierzynę.

Ashwood znów zmienił ułożenie dłoni na pałce i szedł dalej. Nie mieli ze sobą łowcy. Pokonanie potwora należało do Bena i innych mieszkańców Widoków.

W grupie było ich około sześćdziesięciu, niemal jedna czwarta zdrowych mężczyzn z miasteczka. Jednak gdy tak maszerowali w mlecznym oparze, Ben widział zaledwie pięciu czy sześciu. Masywne sosny wyłaniały się z mgły, by za chwilę ponownie w niej zniknąć. Cisza panująca w lesie stawała się nie do zniesienia. Słychać było jedynie szelest kropel spływających z zielonych igieł i szuranie butów myśliwych. Ben spojrzał na Serrota, który w lesie czuł się jak w domu, i dostrzegł, że przyjaciel też się niepokoi.

Serrot zauważył to spojrzenie.

– Jeszcze pięćset kroków w dół zbocza i dotrzemy do strumienia – szepnął. – Tam jest polana i możemy się przegrupować, zanim ruszymy ku grani. Na górze zyskamy lepszą widoczność.

– Obyś miał rację – mruknął Ben.

Alistair chrząknął ostentacyjnie i popatrzył na nich gniewnie.

– Skupcie się – syknął, upewniwszy się, że przyciągnął ich uwagę.

Ta część regla należała do majątku Alistaira, więc nikt się nie sprzeciwiał, gdy Pinewood ogłosił się przywódcą grupy, choć minęły lata od chwili, gdy bogacz spędził tyle czasu w lesie, no i z tego, co Benowi było wiadome, ojczym nigdy nie napotkał demona. Niemniej Ben musiał przyznać, że Alistair potrafił użyć swoich wpływów, by błyskawicznie zebrać grupę myśliwych.

Gdy tak szli, Ben uświadomił sobie, że coś słyszy – szum strumienia, czyli zbliżali się do polany. Alistair krótkim gestem posłał Serrota na zwiad, podczas gdy reszta grupy zatrzymała się wśród drzew.

Powszechnie wiadomo było, że demony unikają wody, myśliwi nie spodziewali się więc napotkać stworzenia nad strumieniem, ale potwór na polanie przy tak ograniczonej widoczności mógł okazać się niebezpieczny. Nawet młody mógł zyskać na otwartym terenie sporą prędkość, a gdyby się rozpędził, to w tej mgle myśliwym zabrakłoby czasu, żeby zareagować. Między drzewami ludzie mieli jaką taką ochronę, bo zdezorientowany demon nie dałby rady zaatakować w linii prostej.

Serrot ujął mocniej swój jesionowy łuk i ruszył obejść okolicę. Mgła zawirowała wokół jego nóg, gdy znikał na prawo od Bena. Kilka chwil później pojawił się po lewej. Kiwnięciem głowy dał znać Alistairowi, że grupa może bezpiecznie wyjść na polanę.

– Dojdźcie do strumienia i tam zrobimy przerwę – szeptał do ludzi w szeregu.

Gdy stanęli na brzegu, Ben patrzył na wezbrane roztopami wody potoku. Pieniły się na kamieniach, popychając gałęzie i inne śmieci pochwycone okresowo mocnym prądem. Dwa staja dalej strumień przecinał Widoki i po drugiej stronie zbiegał się z innymi, by utworzyć rzekę Sallak. Rzeka płynęła przez Przystanek Murdoka, a potem dalej jeszcze, do samego wybrzeża w końcu i portowego miasta Fabrizo.

Serrot trącił Bena i podał mu kawałek twardej, suszonej wołowiny. Ashwood rozejrzał się i przekonał, że większość mężczyzn sięga do sakiewek przy paskach, by wyciągnąć coś do jedzenia, albo popija z bukłaków. Sam też włożył rękę do plecaka i wyjął niewielki bochenek chleba i gomółkę twardego białego sera. Przełamał jedno i drugie na pół i oddał Serrotowi w zamian za garść wołowiny.

Minęła zaledwie połowa poranka, miał jednak wrażenie, że chodzą tak cały dzień. Dla każdego mieszkańca Widoków wyzwaniem był nie tylko długi spacer w górach, ale też konieczność utrzymywania niegasnącej czujności i frustracja, jakiej dostarczały uporczywe próby przebicia wzrokiem mgły. Wszystko to odcisnęło piętno zmęczenia na grupie myśliwych.

Alistair niewątpliwie wyczuł napięcie towarzyszy, bo naradziwszy się ze swym naczelnym drwalem Williamem Longaxe’em, który w tej dolinie spędził chyba jeszcze więcej czasu niż Serrot, zezwolił grupie na kwadrans odpoczynku, zanim wstał i przywołał wszystkich do siebie.

– No dobra. Will mówi, że jakieś sto kroków w górę strumienia jest płycizna. Dotrzemy tam i przeprawimy się na drugą stronę, potem znowu ustawimy się w szereg i pójdziemy w górę na grani. Tam zawrócimy i ruszymy do miasta. Nikt z nas nie chce być tu po zmroku. Jeśli do tego czasu nie znajdziemy stwora, to najpewniej dlatego, że wyniósł się do innej części lasu.


Gdy przekraczali strumień, Ben po raz pierwszy cieszył się, że ma przy sobie długą pałkę. Nawet w najpłytszym miejscu woda sięgała mu powyżej kolan, a kamienne dno było śliskie i wystarczyłby jeden nieostrożny krok, by się skąpać. Przewiesił sobie buty przez ramię, żeby uchronić je przed zmoczeniem, i opierał się na jesionowym kiju dla zachowania równowagi. Nie zdołał powstrzymać uśmiechu, gdy za plecami usłyszał plusk i serię głośnych przekleństw. Przynajmniej jednego z mężczyzn czekał długi spacer do domu w mokrym odzieniu.

Ben był w pierwszej grupie, która przeprawiła się na drugi brzeg, usiadł więc wraz z oboma Pinewoodami, tymczasem William Longaxe i syn młynarza Artur stanęli na straży. Will sprawiał wrażenie całkowicie rozluźnionego mimo czekającego ich zadania, za to Artur nieustannie poprawiał chwyt na drzewcu długiej włóczni na niedźwiedzie, którą skądś wygrzebał.

Kolejni mężczyźni wychodzili na brzeg, podczas gdy Ben ponownie wzuwał wysokie buty z miękkiej cielęcej skóry. Alistair zdążył już się podnieść i teraz komenderował wszystkimi, jednym kazał zakładać buty, innym zająć pozycje i strzec brodu, jakby byli niewielką armią najeżdżającą obce ziemie. Ledwie Ben się obuł, a już został wysłany, by zająć miejsce między Brandonem a Arturem, w połowie odległości do linii drzew.

Ćwierć grupy już się przeprawiła, druga ćwiartka właśnie weszła do wody. Pozostali kręcili się na przeciwległym brzegu, czekając na swoją kolej. Wśród nich był również Serrot, który ukończył ostatni przed przeprawą zwiad i teraz, pochyliwszy się, oglądał łuk i sprawdzał cięciwę, wyraźnie zmartwiony szkodliwym wpływem wody.

Ashwood wciąż jeszcze patrzył w stronę przyjaciela, gdy za jego plecami rozległ się ostry trzask. Benowi zamarło serce. Odwrócił się błyskawicznie, unosząc pałkę, ale we mgle widział jedynie kilka pierwszych sosen. Gorączkowo szukał naturalnych przyczyn nagłego hałasu. Przecież przez cały ranek w lesie panowała martwa cisza.

– N-nie p-po-powinien ryczeć...? – wyjąkał Artur.

W tej samej chwili rozległ się wrzask, który przeszył ich aż do kości. Z bieli wyskoczył ciężki, czarny kształt i popędził prosto na nich. Brandon ledwie zdążył unieść topór, gdy stwór minął go i w rozpędzie rozorał szponami nogę. Młody Pinewood zawył w męce.

Ben nie miał czasu, by martwić się przybranym bratem. Stwór był już tuż przy nim.

Wiedziony jedynie instynktem, Beniamin zawinął jesionową pałką i z całej siły uderzył demona w bark. Miał wrażenie, że trafił w mur. Pałka wystrzeliła mu z dłoni. Ale to wystarczyło, by zawrócić bestię z obranej drogi, i ta ruszyła prosto na Artura.

Przerażony Ashwood patrzył, jak Artur pada na plecy, a demon ląduje na nim. Ben skoczył po upuszczoną broń. Przetoczył się i poderwał na nogi, ale było za późno. Stwór rozerwał Arturowi gardło i łapczywie spijał tryskającą krew.

 

Will Longaxe wyskoczył z mgły, unosząc nad głowę swój topór, i zamachnął się potężnie na potwora. Ben aż zachłysnął się ze zdumienia, gdy demon błyskawicznie odskoczył, a topór zaświstał przenikliwie, tnąc jedynie powietrze. Will stracił równowagę. Stwór, który sięgał drwalowi ledwie do pasa, doskoczył do niego i ciął szponami przez brzuch. Jelita wylały się na ziemię z ohydnym plaśnięciem.

Nagle strzała trafiła potwora w grzbiet, dokładnie między niewykształcone skrzydła. Demon zaryczał wściekle i odwrócił się w stronę kolejnego przeciwnika. Serrot stał na przeciwległym brzegu strumienia i właśnie ponownie napinał łuk.


Ben nie miał zbyt wiele czasu, wiedział, że bestia upora się z Arturem i ruszy na niego. Pałka była bezużyteczna w tym starciu, odrzucił ją więc na bok i podbiegł do omdlałego Brandona. Pochwycił go i począć ciągnąć w stronę strumienia i pozostałych mężczyzn.

Widział Alistaira Pinewooda i innych, stali nieruchomi, z wytrzeszczonymi oczami.

– Cofnijcie się! Do tyłu! Nie przejdzie przez wodę! – zaczął krzyczeć.

Uchwycił mocno kaftan Brandona i na wpół biegnąc, potykając się, ciągnął brata po mokrym, nierównym gruncie. Nie mógł spojrzeć za siebie, wiedział jednak, że demon był blisko, bo Serrot i pozostali łucznicy gorączkowo słali strzałę za strzałą i nie przestawali krzyczeć do Bena, by się pospieszył.

Przed sobą widział sparaliżowanego wstrząsem Alistaira, którego towarzysze wlekli przez wodę. Nikt nie został na tym brzegu, żeby pomóc Benowi w ucieczce.

Ashwood wiedział, że nie ma szansy powlec Brandona przez rwący nurt i utrzymać przy tym równowagi. Jeśli spróbuje przeprawić się płycizną razem z bratem, to najpewniej skaże na śmierć siebie i jego, jeśli demon podąży za nimi. W panice wypatrzył głębsze miejsce, tuż przed płycizną, i tylko modlił się, by te wszystkie opowieści, których słuchał, pod tym względem okazały się prawdziwe.

Serrot wypuścił kolejną strzałę o dłoń ponad ramieniem przyjaciela. Ben zrozumiał, że nie ma już ani chwili. Wytężając wszystkie siły, przeciągnął Brandona przed siebie i wraz z nim wskoczył głową naprzód w strumień. Zanurzył się pod powierzchnię. Lodowata woda wycisnęła mu z płuc resztki powietrza. Ciało nieprzytomnego Brandona wyśliznęło się Benowi z rąk. Odbił się stopami od kamienistego dna i wynurzył, kaszląc. Spojrzał na przeciwległy brzeg. Serrot i pozostali nadal szyli z łuków, ale wyraz dojmującej grozy zniknął z ich twarzy. Ben za bardzo się bał obejrzeć i sprawdzić, gdzie znajduje się demon.

Poczuł nagle, jak Brandon miota się w wodzie gdzieś przy jego nogach, pochwycił więc brata i wyciągnął na powierzchnię. Poczęli płynąć niezgrabnie w stronę bezpieczeństwa, jakie dawał przeciwległy brzeg. Ben na wpół holował Brandona, a obaj na wpół tonęli.

Zniosło ich kilkaset kroków w dół strumienia. Kilku mężczyzn ruszyło im na spotkanie. Silne ramiona wywlekły niedoszłych topielców z wody.

Ben leżał na brzuchu, wykrztuszając chyba z połowę Sallaka, a przynajmniej takie miał wrażenie. Brandona otaczali mężczyźni i między ich nogami Ben dostrzegł Edwarda Crusta, piekarza, a zarazem felczera Widoków, zakładającego prowizoryczną opaskę uciskową na zmasakrowanej nodze chłopaka.

Crust uniósł głowę i popatrzył na Alistaira.

– Chyba z tego wyjdzie. Trochę to potrwa, zanim znowu zacznie chodzić, o ile zacznie, ale przeżyje.

Ben opuścił głowę na kobierzec wilgotnych sosnowych szpilek, który pokrywał ziemię pod drzewami. Odetchnął z ulgą. Serce wciąż tłukło mu się dziko w piersi, ale wiedział już, że przeżył i że ocalił Brandona.


Dwa tygodnie po wyprawie na demona całe Widoki wciąż trwały w napięciu. W tak niewielkiej społeczności wszyscy odczuli utratę dwóch ze swoich. Mimo bohaterskich wysiłków Bena obawiali się, że utracą też trzecią osobę. Brandon Pinewood nie umarł na skutek straszliwej rany, jaką demon zostawił mu na nodze, ale kilka dni później złożyła go gorączka, na którą Edward Crust nie mógł nic poradzić.

Gdyby nie to, że demon ciągle grasował w lasach, rany Brandona i czarna rozpacz Alistaira Pinewooda byłyby tematem rozmów w całym miasteczku.

Kiedy niedoszli myśliwi powrócili z wyprawy, zwołano natychmiastowe posiedzenie rady. Alistair domagał się uformowania kolejnej grupy, by pomściła rany jego syna. Tym razem zwyciężyła racja chłodniejszych głów, więc Pinewood zaoferował, że w zamian osobiście sfinansuje kontrakt z łowcą. Po spotkaniu zamknął się w swoim domostwie i nie życzył sobie rozmawiać z nikim prócz swej córki Meghan i Edwarda Crusta. Plotka głosiła, że całe dnie przepędzał u boku Brandona pogrążony w alkoholowej mgle, powoli osuszając zawartość przepastnej piwnicy.

Mimo dramatu Pinewoodów wieści i spekulacje na temat demona wciąż były jedynym tematem rozmów w miasteczku.

Po pierwszym ataku, kiedy Serrot i pozostali łucznicy naszpikowali stwora kołczanem strzał, demon zniknął gdzieś we mgle, wlokąc za sobą ciała Artura i Williama. Mieszkańcy Widoków wiedzieli, że potwór żyje, bo gospodarze ciągle znajdowali nad ranem martwe zwierzęta. Ci mieszkający na obrzeżach zaczęli zamykać żywinę na noc albo przenosili ją do gospodarstw położonych od południowej strony, gdzie ataki przytrafiały się rzadziej. Zaledwie dwie noce wcześniej stwór roztrzaskał wrota obory Nathana Rockfielda i ubił wszystkie jego krowy. Od tego zdarzenia wszyscy barykadowali drzwi, gdy tylko słońce zaszło. Po zmroku nikt nie wychodził z domu, a nawet za dnia ludzie poruszali się grupkami i nierzadko pod bronią.

Gawędziarze siedzący Pod Baranim Rogiem przestali snuć opowieści. Wszyscy wiedzieli, co miało stać się teraz. Ponieważ demon nie przestawał zabijać, rósł w siłę. Za jakiś czas przestanie się bać miasteczka, skupisko ludzi już go nie odstraszy. Wtedy zabije ich wszystkich albo zostanie zgładzony. Ben nie wiedział, jakim sposobem Widoki mogłyby to przetrwać. Nawet dwa tygodnie wcześniej bestia była silniejsza i szybsza, niż ktokolwiek się spodziewał. Zaatakowała grupę sześćdziesięciu mężczyzn, uszła z tego żywa i pozostawiła po sobie jedynie rany i śmierć.

Po zebraniu rady Serrot i jeszcze jeden człowiek wyruszyli o świcie do Przystanku Murdoka, by tam odnaleźć łowcę. Wrócili po czterech dniach z informacją, że w Przystanku nie było nikogo, kto mógłby przyjąć zlecenie. Zostawili więc prośbę samemu Murdokowi, by on poszukał im odpowiedniej osoby, i obiecali dziesięć złotych monet temu, kto zgładzi demona.

Rajcy z Widoków liczyli na to, że wkrótce znajdzie się ktoś gotów podjąć się tego zadania. Przystanek Murdoka nie był właściwie miasteczkiem i niewielu liczył stałych mieszkańców. Wyrósł w miejscu, gdzie przecinały się Droga Sallak, Trakt Fabrizański i Królewski Gościniec. Każdy, kto przemierzał tę część kontynentu Alcott, zwykle zatrzymywał się w Przystanku.

Od kiedy ludzie sięgali pamięcią, Przystanek znajdował się właśnie tam. Murdok był po prostu ostatnim z właścicieli. Przez setki lat Przystanek zmienił się z niewielkiego zajazdu przy drodze w gwarny węzeł handlowy, cel tych kupców, którzy nie chcieli wędrować aż na wybrzeże albo odwiedzać niewielkich górskich miasteczek takich jak Widoki.

Karawany kupieckie często zatrzymywały się w Przystanku na kilka nocy, póki kupcy nie zawarli korzystnych umów z tymi przybywającymi z przeciwnego kierunku. Tym sposobem obie strony oszczędzały sobie długich podróży, co przekładało się ostatecznie na zyski. W osadzie zatrzymywali się też wszelkiego rodzaju poszukiwacze przygód i inne indywidua, by uzupełnić zapasy, zasięgnąć języka czy nająć się do pracy. W tej części świata Przystanek był głównym miejscem spotkań i największą nadzieją Widoków na znalezienie doświadczonego łowcy.


Minęło dziesięć dni od powrotu Serrota z niewesołymi wieściami, ale nawet w obliczu ataku demona życie w Widokach musiało toczyć się dalej. Jedzenie musiało trafiać na talerze, dzieci należało chwalić lub karać, a o sklepiki dbać.

Ben wrócił do pracy po kilku dniach nieopisanego strachu i świętowania. Po tym, jak rozeszła się wieść, jaki był jego udział w odstraszaniu demona i ratowaniu życia Brandona Pinewooda, miał okazję spędzić kilka szczęśliwych wieczorów Pod Baranim Rogiem. Klepano go po plecach, stawiano niezliczone kufle piwa, a wszystko w zamian za jeden jeszcze opis: jak demon wyglądał z bliska, jak był szybki albo skąd Ashwood wiedział, że należy nurkować w rzece.

Oczywiście, gdy Ben dowiedział się o gorączce Brandona, świętowanie przestało sprawiać mu radość. Chociaż nigdy nie byli sobie bliscy jak prawdziwi bracia, to Ben nie miał nikogo, kto byłby temu mianu bliższy, i źle się czuł, fetując swą odwagę, gdy życie młodego Pinewooda wisiało na włosku. Nadto Ben wciąż chodził upojony dziwną mieszaniną strachu i podniecenia, która wypełniła go w chwili ataku. Przyjaciołom oświadczył stanowczo, że ma dość wszelkich przygód. Ale w głębi serca czuł, że oto dowiedział się o sobie czegoś nowego.


Ben potrząsnął głową, żeby pozbyć się myśli o demonie. Wyciągnął kolejny worek szyszek chmielowych z piwnicy i cisnął przy wielkim kotle. Wiedział, że powinien skupić się na pracy, ale nie mógł przestać wspominać tego, jak czuł się w trakcie ataku.

Ciecz w kotle nazywano brzeczką i właśnie zaczynała wrzeć. Ben z wprawą wyliczył właściwy moment i dorzucił szyszki do mikstury. Niedługo będzie mógł zdjąć brzeczkę z ognia i zostawić w piwnicy, by ostygła. Wieczorem schłodzoną przeleje z kilku kotłów do miedzianego zbiornika do fermentacji. Tam mikstura pozostanie przez tydzień, a po tygodniu zbiornik pełen będzie mocnego, ciemnego piwa.

W normalnych czasach Ben warzył jakieś cztery beczki piwa dla karczmy i kilku mieszkańców Widoków, którzy woleli pić w samotności. Ostatnio jednak wypełnił już wszystkie miedziane zbiorniki i żałował, że nie ma ich więcej. Od dnia starcia z demonem w karczmie schodziło dwakroć tyle piwa co zawsze, do tego ci, którzy nigdy wcześniej nie kupowali baryłki dla siebie, teraz jej się domagali. Ben doszedł do wniosku, że to zwykła kolej rzeczy. Ludzie zawsze sięgali po pintę piwa, by szerzyć nieco wesołości albo przetrwać trudne chwile.